Chłopcy wcale na to nie liczą

ERNEST SKALSKI

 

Chłopcy liczą na nasze przyzwolenie, naszą ignorancję, nasz strach. Chłopcy liczą, że ich fiuty, pięści, noże, p....nie [skrót od redakcji „TP”], gwałty zmienią nas w potulne kobiety... Chłopcy są w cholernym błędzie” – przestrzega „Vacula”, fanzin jednego z radykalnych nurtów feministycznych. Wynikałoby z tego, że feminizm, tak jak komunizm oraz parę innych ideologii, musi mieć wroga. A komu wróg potrzebny, ten go znajduje. Wokół feminizmu powstaje aura niechęci i lekceważenia. Nawet bp Tadeusz Pieronek, znany z życzliwego podejścia do ludzi, posłużył się epitetem „feministyczny beton”, i to pod adresem min. Izabeli Jarugi-Nowackiej, z którą można się zgadzać lub nie, lecz która nie jest ani krańcowa, ani nieustępliwa.

Krzyk czy rozmowa
„Nie ma większej bzdury niż to, że feministki wojują z mężczyznami. One walczą z niesprawiedliwym systemem społecznym, z instytucją patriarchatu, z przypisywaniem jednej płci ról mniej cennych”. Ta wypowiedź Wandy Nowickiej, dyrektora (dyrektorki?) Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny pokazuje, że istnieją różne nurty w feminizmie. Prymitywny i agresywny, lecz również humanistyczny i światły, dążący do braterstwa – przepraszam: siostrzeństwa też – wszystkich ludzi, a więc także mężczyzn i kobiet. Ale w powszechnym odbiorze feminizm to kobiecy szowinizm. Znamy go głównie z USA, i to przeważnie sprzed 20-30 lat. W Polsce nie jest tak silny i wyrazisty, lecz parę happeningów, stanowiących margines nurtu i nawet robionych z przymrużeniem oka – „Kopernik była kobietą” – decyduje o odbiorze całości, jako głupiej i destrukcyjnej. Społeczeństwo raczej się nie zna na żartach.
Rozumowanie w takich ruchach wygląda następująco: jeśli świat jest źle urządzony, to znaczy, że ktoś go tak musiał urządzić. A jeśli urządził źle i broni, to musi być zły i mieć w tym interes. Ten złowrogi herrenvolk to oczywiście mężczyźni, którzy poniżyli kobiety, by je wykorzystywać. Jak również ciemne lub sprzedajne kobiety. Nie tylko „kury domowe”, lecz także kupione przez męski establishment „agentki”, czyli takie panie na stanowiskach, jak Hanna Gronkiewicz-Waltz, eksponująca swoją rolę żony i matki, czy Hanna Suchocka, która pokazała się w telewizji przy zajęciach kuchennych. Bardzo to uproszczony ogląd rzeczywistości, lecz światłe feministki nie starają się, aby ich z nim nie utożsamiano. Z tego, co dociera do mężczyzny ze strony feministycznej, może on wyłuskać przesłanie, że musi uznać swą winę, upokorzyć się, podzielić się władzą, wziąć na siebie część obowiązków domowych i wychowawczych, nie będąc zwolnionym z dotychczasowych zobowiązań.
Orędowniczka praw kobiet Kinga Dunin w jednym z pierwszych felietonów w „Wysokich Obcasach” (dodatek „Gazety Wyborczej”) podparła się przykładem pewnej wartościowej pani, która nie mogła dostać pracy, bo jest kobietą. W innym tekście wyraziła żal, że publicystka „Gazety” Joanna Szczęsna, autorka krytycznego tekstu o feminizmie, nie skorzystała z zaproszenia do przyjścia na dyskusję o tym zjawisku. Szczęsna zrobiła jednak coś innego – pomogła znaleźć pracę kobiecie, o której wcześniej pisała Dunin. Dowiedziawszy się o tym, zacząłem rozumieć, dlaczego nie przepadam za feminizmem, choć jego cel – jeśli jest nim poprawa sytuacji kobiet – trudno mi negować.
Nie musi być sprzeczności między głoszeniem jakiejś ogólnej prawdy a załatwieniem konkretnej sprawy. Ale to pierwsze jest znacznie łatwiejsze i bardziej zauważalne. By wyjaśnić, czemu się czepiam, posłużę się dwoma przykładami. Pierwszy: „Trzeba umożliwić kobietom nabywanie wibratorów w kulturalnych warunkach, gdyż źle się one czują w dwuznacznej, lepkiej atmosferze sex-shopu”. Rok z górą temu, na spotkaniu feministek w Zegrzu, wysunięto m.in. ten postulat. Można mieć i takie problemy, ale komu ten postulat należy zgłaszać; państwu, gminom? Czy może zebrać się w parę pań i założyć właściwy sklepik? I drugi: Na początku stanu wojennego telewizja nadawała serial Stefana Bratkowskiego (długo nie podając, kto jest autorem) „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”. W jednym z odcinków syn-
-socjaldemokrata wypomina ojcu-pozytywiście nędzę, ciemnotę i niehigieniczne warunki, w jakich znajduje się lud. Na pytanie ojca, czy wobec tego założył choć jedną szkółkę, zbudował studnię lub sprowadził lekarza, odpowiada przecząco; to wszystko hurtem załatwi rewolucja socjalna.
Socjalna, feministyczna, kulturalna... rewolucja, przemiana, odnowa... najczęściej jest to hasło zwalniające od zajmowania się nieefektownymi posunięciami, składającymi się na faktyczną poprawę i postęp. Załatwimy wszystko hurtem! A na razie wysuwajmy żądania. Albo zostaną spełnione, albo też – jeszcze lepiej – udowodnimy, że mogą być spełnione tylko w wyniku rewolucyjnej przemiany.
Myślenie rewolucyjne oparte jest na zasadzie: wszystko lub nic. Dla części feministek ich ruch jest częścią wyzwoleńczego ruchu wszystkich uciśnionych i wszystkiego, co uciśnione. Zapisują się więc do walki z faszyzmem, rasizmem, kolonializmem. Do antyglobalizmu (choć globalizm sprzyja rozpowszechnianiu cywilizowanych stosunków między płciami, to kobiece ciało w reklamie jest dla nich czymś straszniejszym niż kamienowanie kobiet przez islamskich fundamentalistów). Gotowe są walczyć w interesie lesbijek i gejów, w obronie środowiska naturalnego oraz praw zwierząt. W tym mnożeniu postulatów można dostrzec realizację hasła: „Za wolność waszą i naszą”, lecz również sposób na to, by walcząc o wszystko, nie osiągnąć niczego.
Sądziliśmy jeszcze niedawno, że w Polsce od strony formalnoprawnej wszystko jest z grubsza w porządku. Różnice w uprawnieniach płci – wiek emerytalny, opieka nad chorym dzieckiem – istnieją, lecz nie bardzo wiadomo, czy i którą płeć dyskryminują. Teraz Komisja Europejska wytyka nam, że mamy jeszcze wiele do nadrobienia, by sprostać unijnym standardom. Można założyć, że uda się nadgonić zaległości legislacyjne. Problem w tym, że stan faktyczny jest daleki od ideału równości płci, a główną tego przyczyną jest obyczaj, uprzedzenia i – częściej niż się sądzi – bezmyślność. Wiele jest do zrobienia dla wyrównania dysproporcji, lecz trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chce się załatwiać konkretne sprawy, czy też udowodnić, że ma się rację. Odnoszę wrażenie, że feministkom, przynajmniej tym, które się eksponują, częściej przyświeca ten drugi cel. A jeśli już wielka część społeczeństwa (42 proc. kobiet i 26 proc. mężczyzn) zdaje sobie sprawę, że kobiety mają gorzej, to chyba już nie należy krzyczeć, ale rozmawiać, skoro jest z kim.
Odpowiednikiem krzyku jest rażąca przesada, czyli mówienie o powszechnej dyskryminacji kobiet. Trudno opierać przekonanie o jej istnieniu na tym, że się usłyszało: „Pani wadą jest, że jest pani kobietą”, na co – też w „Wysokich Obcasach” – poskarżyła się kiedyś jedna pani profesor. Coś takiego to zaledwie przykrość. Dyskryminacja jest wtedy, kiedy nie można wejść do restauracji, bo się jest czarnym, lub kiedy, będąc kobietą, nie można odsłonić twarzy czy usiąść za kierownicą. Byłaby też, gdyby ta pani nie została profesorem z powodu swojej płci.
Dobrze jest znać miarę rzeczy. Jeśli tak wielu ludzi dostrzega gorszą sytuację kobiet, a tylko 4–5 proc. widzi w tym ich dyskryminację, to szykuje się niepotrzebna awantura o to, co jest, a co nie jest dyskryminacją. Gdy usłyszę, że jestem męską szowinistyczną świnią – czy choćby „miśkiem” w nazewnictwie Kingi Dunin – bo nie uważam, by w Polsce panowała powszechna dyskryminacja kobiet, to wiem, że nie będzie poważnej rozmowy o pracy i płacy kobiet, o zapobieganiu przemocy wobec nich, o ułatwianiu macierzyństwa itd.
Z drugiej strony nie można podjąć konstruktywnej dyskusji z krzyczącymi o godności Matki-Polki i świętości rodziny, nie pozwalającymi na ochronę maltretowanych w rodzinie kobiet i dzieci, bo to by rodzinę... osłabiło. Trzeba przyznać, że o ile fundamentalizm feministyczny jest w Polsce (jeszcze?) zjawiskiem marginalnym, to patriarchalny ma się dobrze, czemu trudno się dziwić, skoro gruntował się przez stulecia.

Socjalizm czy rynek
Komunizm, jako dziedzic opowiadającej się za emencypacją europejskiej lewicy, ogłosił się bojownikiem o równouprawnienie kobiet. Jako system totalitarny chciał jak najwięcej ludzi mieć pod jak najściślejszą kontrolą, a najpowszechniejszą formą tej kontroli było zatrudnianie przez państwo. Jednocześnie system zmierzał do osłabienia, jeśli nie likwidacji, wszystkich struktur poza tworzonymi przez siebie. Osłabiał więc funkcje rodziny, przez zajmowanie ludziom jak najwięcej czasu – jak nie praca, to czyny produkcyjne albo społeczne, wiece, szkolenia, scentralizowane życie kulturalne. Uspołeczniał też czynności opiekuńcze, tworząc żłobki, przedszkola, świetlice. A poza tym, realny socjalizm był systemem niedoboru wszystkiego, a więc i pracy. Brak rąk roboczych, przy niskich przeważnie płacach, prowadził do powszechnego zatrudniania kobiet.
Było to połączone z odpowiednią propagandą, która korespondowała z powszechną w całej cywilizacji dążnością do emancypacji kobiet. Realny socjalizm zaczął w niej przodować. U wielu kobiet taka polityka rozbudzała ambicje i zaspokajała aspiracje, choć i wtedy kobiety miały utrudniony dostęp do kierowniczych stanowisk i niższe od mężczyzn wynagrodzenie za taką samą pracę. Zresztą praca w dużym stopniu przestawała być taka sama, bo dziedziny, które szczególnie marniały płacowo, jednocześnie feminizowały się, przy czym trudno określić, co było skutkiem, a co przyczyną. Przemysł lekki, handel, oświata, lecznictwo, sądownictwo, administracja niskiego szczebla – wszystko to było gorzej wynagradzane niż przemysł ciężki i rewiry prawdziwej władzy. Lecz i w tych upośledzonych branżach szefami zostawali przeważnie mężczyźni.
System ten powstawał w społeczeństwie bardzo jeszcze tradycyjnym, które musiało zaakceptować przejmowanie męskich prac przez kobiety, nie zwalniając ich z tradycyjnych kobiecych zajęć. Wyposażenie mieszkań w cywilizacyjne udogodnienia zaczęło ułatwiać prace domowe, ale aż do końca PRL nie równoważyło zmory kolejek, a codzienne zakupy – przeciętnie dwie godziny dziennie na gospodarstwo domowe – pozostawały domeną kobiet. Drugą zmorą stał się niedobór żłobków i przedszkoli.
Po PRL-u zostało nadmierne oczekiwanie, że wszystkie problemy może i powinno załatwić państwo. Jeśli realny socjalizm robił to źle, to III Rzeczpospolita powinna wywiązać się lepiej. Jednak wiele spraw o wiele skuteczniej, choć niezbyt spektakularnie, reguluje rynek. Przeczytałem kiedyś w prasie skargę na brak udogodnień dla matek z małymi dziećmi i opis tych udogodnień w hotelu w Berlinie. Tam jednak nie jest istotna polityka prorodzinna państwa ani to, czy hotelarz lubi dzieci – klient płaci i wymaga. Podejrzewam, że do faktycznej emancypacji kobiet w większym stopniu przyczyniły się pampersy niż „pampersi”, mówiący o świętości macierzyństwa, i feministki, domagające się, by ojcowie też przewijali dzieci.
Rynek zaspokaja potrzeby, na które się zapracuje. Jeśli się chce równouprawnienia płci również w postaci równej płacy za równą pracę, to ta praca musi być naprawdę równa. Kiedyś w Kopenhadze widziałem, jak dwaj szarpiący się menele zamarli, gdy zobaczyli, że zbliża się do nich wielki, barczysty policjant. W Nowym Jorku z kolei widziałem policjantkę, niemłodą, małą i szczupłą, na której ledwo się mieściło wyposażenie; wielka spluwa, długa pała, radiotelefon, kajdanki, raportówka. Gdyby szef na służbę patrolową dobierał jedynie wielkich chłopów, zostałby oskarżony o seksizm...

Wszystkie dzieci są nasze
Do ludzi biadających dziś nad bezdusznym stosunkiem szefów i pracodawców do kobiet-matek i do kobiet-pracownic w ogóle, jakby nie docierało, że czasy się zmieniły. Problem bowiem wygląda tak: z jakiej racji ktoś, akurat przedsiębiorca, ma ponosić koszty cudzego rodzicielstwa? Cywilizowane społeczeństwo musi ponosić koszty polityki socjalnej jako zbiorowość – państwo czy gmina. Istnieje też wdzięczne pole do popisu dla działalności tradycyjnie zwanej społeczną; dziś – organizacji pozarządowych. Ewangeliczne wezwanie „Jedni drugich ciężary noście” brzmi pięknie, pod warunkiem, że podejmuje się je dobrowolnie. Narzucanie ciężarów wybranym osobom w ramach ustawodawstwa pracy jest sprzeczne z jakąkolwiek sprawiedliwością, szkodliwe gospodarczo i mało skuteczne, gdyż obraca się przeciw tym, którym się chciało pomóc. W tym przypadku niechętnie zatrudnia się kobiety, nie daje się im odpowiedzialnych stanowisk, nie inwestuje się w nie.
Nakazy zmienią bardzo niewiele. Jeśli ktoś chce zatrudnić kobietę młodą i atrakcyjną, albo tylko mężczyznę, to i tak to zrobi, choćby nie wolno było wymieniać tych właściwości w publicznym ogłoszeniu. Sądzę, że jeszcze gorszą rzeczą byłyby kwoty: tyle a tyle kobiet wśród personelu, w parlamencie i innych ciałach przedstawicielskich, we władzach publicznych i tak dalej. Byłoby to obrazą zasad, na których opierają się demokracja parlamentarna i wolny rynek.

Kobiety kobietom
Gdy zamierzam zatańczyć tango, płeć partnera staje się sprawą istotną. Gdy wybieram posła albo radnego, jego płeć jest mi obojętna. Częściej wybieram mężczyzn tylko dlatego, że jest ich na listach więcej. Gdybym jednak wiedział, że kobiety faktycznie mają na listach gwarantowane 30 (lub więcej) proc. miejsc, zastanawiałbym się nad tym czy kandydatka, oprócz słusznej płci, ma jeszcze inne kwalifikacje.
Na krótko przed ostatnimi wyborami Wirtualna Polska przeprowadziła internetowe prawybory. Wśród odpowiadających znalazło się ok. 20 proc. kobiet. Wśród nich na pewno jakaś część ma ambicje polityczne i może uczestniczyła w wyborach, ale jest to jeszcze pięć razy mniej niż mężczyzn o podobnych kwalifikacjach. A przecież 63,8 proc. kobiet uważa, że ma ich być więcej w życiu publicznym i w rządzie. Tylko to mają być te „inne” kobiety. 43 proc. ankietowanych, obojga płci, chce mieć więcej kobiet w rządzie. Ale same kobiety nie starają się w wystarczającym stopniu wykorzystać swych szans. Gdyby pęd kobiet do władzy był tak silny jak do nauki, parlament, rząd i samorządy byłyby już zapewne sfeminizowane w poważnym stopniu. Zaś Przedwyborcza Koalicja Kobiet, mających się wzajemnie wspierać ponad podziałami partyjnymi, podważa sens wyborów politycznych i funkcjonalność parlamentu: w sprawie kobiet i rodziny Unia Pracy i Liga Polskich Rodzin stoją przecież na antagonistycznych pozycjach.
Niepoważne jest odwoływanie się do Sejmu PRL, w którym było więcej kobiet niż jest tam obecnie. To nie był parlament, lecz dekoracja. Grupa towarzyszy komponowała skład, ustalając m.in., ile ma tam być kobiet, a w tym ile prządek, oraz ile damskich miejsc przydzielić SD i ZSL.
Od połowy lat 80. w USA funkcjonuje instytucja Emily’s list. Nie jest to żadna lista Emilki, lecz skrót od „Early Money Is Like Yeast”, co znaczy: wczesne pieniądze są jak drożdże. Do wygrania wojny – mawiał Eugeniusz Sabaudzki – potrzebne są pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Pieniądze są też potrzebne, aby popierać kandydatury kobiet do obu izb Kongresu, do legislatyw stanowych i do władz samorządowych. Ale pieniądze nie funkcjonują same. Emily’s list, struktura związana z Partią Demokratyczną, nie tylko prowadzi kampanie wyborcze, lecz przygotowuje zainteresowane polityką kobiety do pełnienia funkcji publicznych. Jeśli partia, którą popieram, stworzy wiarygodną instytucję szykującą kobiety do udziału we władzach, będzie to dla mnie argument, by głosować raczej na nie niż na nieznanych mi mężczyzn, nie mających podobnego certyfikatu.
W internecie udało mi się naliczyć 323 organizacje kobiece. Różne co do składu i zasięgu, celów i sposobu działania. Strony niektórych z nich nie były odnawiane od roku i dwóch. Większość z pozostałych ma charakter dyskusyjny, oświatowy, propagandowy. Są bez wątpienia potrzebne. Jeszcze bardziej potrzebne są te, które konkretnym kobietom udzielają porad w konkretnych sprawach. Jest ich mniej, ale są. Niewiele jest jeszcze bardziej potrzebnych, zajmujących się pośrednictwem pracy dla kobiet.
Co by szkodziło, gdyby organizacje tyle mówiące – jedne o równych prawach kobiet, drugie o świętości macierzyństwa – mówiły nieco mniej, a za to coś zorganizowały dla kobiet z małymi dziećmi? Choćby jakiś efektywny system pomocy kobietom w domu, żeby mogły choć trochę popracować? Czy stworzyć – tam, gdzie to będzie możliwe – instytucję zastępstwa w pracy kobiet, które nie mogą pracować w ciąży czy muszą się zajmować małymi dziećmi? Tak, żeby pracodawca nie bał się zatrudniania kobiet w wieku rozrodczym... 
Niektóre organizacje zajmują się przemocą wobec kobiet, czy w ogóle w rodzinie. Jedne służą poradą prawną, inne tworzą azyle dla bitych kobiet i dzieci. Prof. Wiktor Osiatyński apeluje o taki porządek prawny, który pod groźbą surowych kar usuwa z domu agresora i zakazuje mu zbliżania się do ofiar. W przypadku przemocy w rodzinie trudności pogłębia postawa samych maltretowanych, które się boją bądź wstydzą zgłosić fakt przemocy, albo wycofują skargi, ku uldze policji. One nie trafiają do internetu. Trzeba do nich dotrzeć i ośmielić do złożenia skargi.
Polem działania dla organizacji kobiecych powinna też być walka z wszelką przemocą w rodzinie, a więc i w stosunku do dzieci. Na tym tle, z pokolenia w pokolenie, rozwija się kultura bicia. A dzieci częściej są bite przez matki.

Natura – kultura
„Do urodzenia dziecka jest potrzebna macica – kursuje w świecie wypowiedź jakiejś niemieckiej feministki – ale by je wykąpać, wystarczą ręce, a te ma również mężczyzna”. I rzeczywiście: poza ciążą, rodzeniem, karmieniem piersią, cała reszta jest do dyskusji. To, że mężczyzna może, czy nawet powinien, nie znaczy jednak, że w każdym wypadku musi. Biologia, polecając rodzić kobiecie, jednocześnie predestynuje ją lepiej niż mężczyznę do bezpośredniej opieki nad małym dzieckiem. To oczywiście nie znaczy, że nie mogą tego robić oboje, ani że absolutnie każda kobieta jest w stanie i musi się tym zajmować.
Z naturą nie daje się dyskutować – co innego kultura. Kształtują ją ludzie, więc nie muszą zawsze być jej niewolnikami. Rozwój techniki oraz związane z tym zwiększanie się roli i wolności jednostki sprawiają, że na przestrzeni dziejów stopniowo stają się niepotrzebni niewolnicy, chłopi pańszczyźniani, zahukani terminatorzy, oraz jednostki podporządkowane we wszystkim rodowi. A był on – i nieraz jeszcze jest – gwarancją egzystencji większości ludzi przez większość historii ludzkości i wymagał ścisłego podziału zadań, również między płciami. Ten schemat przejęła tradycyjna rodzina, wciąż występująca na polskiej wsi. 
Teraz jednak, w rozwiniętych społeczeństwach przemysłowych, a tym bardziej w postindustrialnych, nie ma już takiej potrzeby. Nie trzeba rodzić wielkiej ilości dzieci, aby zachować gatunek, więc nawet przy zwiększeniu czynności opiekuńczych i wychowawczych przypadających na jedno dziecko, suma tych zajęć nie musi absorbować przeciętnej kobiety przez większość dorosłego życia. Trwającego zresztą dłużej niż kilkadziesiąt lat temu.
Stan prawny i poziom rozwoju materialnego Polski dają już chyba coraz większej ilości, jeśli nie większości kobiet, możność wyboru takiego modelu życia, jaki im odpowiada. Dziś więc Polka może w całości poświęcić swe życie rodzinie i domowi. Wolno jej też zrezygnować z tych wartości na rzecz kariery. Może, jeśli potrafi, heroicznie godzić jedno i drugie. Ma też do wyboru warianty pośrednie. Jest to zależne od jej predyspozycji osobistych i okoliczności życiowych.
Wśród tych okoliczności najistotniejsza jest sytuacja rodzinna, przede wszystkim w związku mężczyzny i kobiety. Jeśli obydwojgu naprawdę odpowiada ten sam model podziału zadań, to mają szansę na szczęśliwe życie, niezależnie od tego, czy ich rodzina jest tradycyjna czy nowoczesna i co o niej sądzą feministki albo, obojga płci, zwolennicy patriarchatu. Model związku muszą wybierać oboje, gdyż oboje ponoszą skutki tej decyzji. Dla kobiety, w każdych warunkach, jest to wybór trudniejszy, chociaż bogatszy o jeden kardynalny element: ciąża, rodzenie. I trudno jest mieć pretensję do przyrody.
Tradycjonaliści uważają, że samo wybieranie modelu życia jest niemoralne, bądź stanowi niepożądane zło konieczne. Dobrem, które trzeba wybierać – mówią – jest rola kobiety, będącej prawie wyłącznie matką i opiekunką ogniska domowego, przy odpowiednim uświęceniu tej roli. Dla feministek to hipokryzja, mająca ułatwić zagnanie kobiet do kuchni i osłodzić ich poniżenie. Może nie formułują tego wprost, ale z ich postaw wynika, że samo istnienie naturalnego bądź co bądź wyboru drogi życiowej przez kobiety jest złem narzuconym przez patriarchalną strukturę społeczeństwa, które powinno być tak zorganizowane, aby nie musiały one ponosić skutków swego wyboru.
Nachalna pedagogika społeczna z obu skrzydeł nie przekonuje, natomiast poniża ludzi. Układ, w którym mąż pracuje, a żona zajmuje się domem, odchodzi powoli w przeszłość, ale jeszcze istnieje. I w jakiejś części związków obojgu odpowiada. To też jest małżeństwo partnerskie, skoro oboje wykonują różne zadania dla osiągnięcia wspólnego celu. Natomiast nie jest nim takie, w którym co prawda oboje wykonują prace domowe, lecz jednocześnie kłócą się o to, które pierwsze napisze pracę doktorską. Dla feministek jednak w każdym przypadku kobieta zostająca w domu będzie kurą domową, niewolnicą wymagającą uświadomienia jej, w jakiej nędznej kondycji się znajduje. On zaś jawić się będzie jako satrapa wyzyskujący jej nieświadomość.
Z drugiej strony są kobiety, których rzeczywiście nie pociąga rodzicielstwo, podobnie jak ich partnerów. Albo które nie chcą związku z mężczyzną, bo chcą się całkowicie poświęcić jakiemuś innemu celowi. Tradycjonaliści pozwalają na to jedynie zakonnicom. Inne będą gorszycielkami, które się sprzeciwiają swojemu naturalnemu obowiązkowi. Wszystko, co „naturalne”, robi się u nas ostatnio nienaruszalne, jakby nieważne było parę tysiącleci rozwoju cywilizacji.
Tak więc z prawa i z lewa śpieszą pouczać, zachęcać, ustawiać, potępiać. Jakoś trudno jest uszanować czyjąś godność i wybór i nie przeszkadzać, nie mówiąc już o tym, by pomóc.

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl