Z punktu widzenia dokumentu


Żebrak, który był królem

Agnieszka Sabor



Film „Człowiek zwany Nikiforem” nie jest ani użyteczną na lekcjach plastyki artystyczną biografią, ani przydatną na salonach pobieżną analizą dorobku sławnego twórcy tzw. sztuki naiwnej. Postrzępione fragmenty życiorysu Nikifora posklejane są w niekoniecznie konsekwentną całość z opowieści tych, którzy znali go osobiście oraz z entuzjastycznych, wpisanych w epokę PRL-u wycinków prasowych. Niejednoznaczność tej opowieści nie jest jednak błędem, ale skutecznym sposobem poszukiwania sensów. Tematem filmu jest bowiem nie tyle pojedynczy los łemkowskiego artysty, ile problemy, jakie los ten w sobie zawarł: prawdę i fałsz, sławę i zapomnienie, uczciwą pomoc i manipulację, szczęście i nieszczęście.
Nic nie jest do końca wiadome – nawet imię. W księgach parafialnych, gdzie zarejestrowane są chrzty, pod datą 1895 figuruje Epifanius Drowniak syn Eudokii. Podobno matce nie podobało się to nadane tutejszym obyczajem Kościoła „z kalendarza” imię i sama zawsze nazywała syna Nikiforem. Nazwisko „Krynicki” też dostał z urzędu. Nikt z powojennych notabli, którzy wiedzieli już, jak wykorzystać postać niepełnosprawnego artysty-żebraka do politycznych i ekonomicznych celów, nie pytał Nikifora o zdanie, wręczając mu dowód osobisty. Dzięki nim „zaistniał formalnie”. On sam mówił o sobie „Matejko”.
Opowieści świadków tego niezwykłego losu różnią się między sobą tonacją: współczującą i serdeczną, profesjonalną lub urzędniczą, a czasem może nawet nieszczerą. Bez przerwy powracają słowa „podobno”, „prawdopodobnie”, „być może”. Ktoś mówi o Nikiforze, że był niemową, ktoś inny, że wada wymowy nie pozwalała mu sprawnie komunikować się z innymi, ale że można było sobie z tym jakoś poradzić, ksiądz z dumą wspomina zaś jego „czystą łemkowską mowę”. Jedni zapamiętali bezdomnego artystę, gdy przyszedł do ich domu: umyli go i zmienili koszulę, a on kazał starą, którą nosił pewnie kilkanaście lat, „oddać biednym”. Inni nie zapomną, że kiedy miał już pieniądze, nie chciał pożyczyć nawet kilku złotych, gdy trzeba było odkupić ukradzioną krowę. Jedni żałują, że nie zaopatrzyli się w sprzedawane za parę groszy na krynickim deptaku obrazki, które dziś przyniosłyby im fortunę, drudzy wspominają, jak wielkie wrażenie wywarł na nich rysunek przedstawiający warszawski Pałac Kultury, „poprawiony” ręką Nikifora. Niektórzy mają przed oczyma biednego Łemka, który po tym, jak w ramach Akcji „Wisła” wywieziono go w okolice Gdańska, rok wracał piechotą w rodzinne strony. A niektórzy dumni są z tego, że państwo ludowe zapewniło mu konto bankowe, prawnego opiekuna, samochód z kierowcą, mieszkanie i wczasy w Bułgarii. Ci, którzy odkryli jego artystyczny świat pełen mędrców, świętych, artystów, pagórkowatych krajobrazów i wyidealizowanych miast, mówią, że z żebraka uczynili króla. Ci, którzy towarzyszyli mu w ostatnich chwilach, zapamiętali nieporadnego, starego człowieka, który cieszył się jak dziecko kredkami i akwarelami. 
Ten pozornie tylko biograficzny dokument stawia widzowi dramatyczne, moralne pytania. Jak pomagając, nie ingerować w duszę? Jak dając sławę, nie zabierać szczęścia? Jak rozpoznając bezradny geniusz, ustrzec go przed niebezpieczeństwem manipulacji? Jak godzić się innością, a jednocześnie umieć mądrze ją asymilować? I gdzie leży nierozpoznana granica między podziwem a współczuciem?

„Człowiek zwany Nikiforem”, scen. i reż.: Grzegorz Siedlecki, zdj.: Andrzej Szulkowski, producenci: TVP S.A., Agencja Produkcji Filmowej, Studio Filmowe Largo (Kraków)
Emisja: TVP 2, 28 kwietnia, godz. 22.05

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl