A mój syn

Memento dropsy

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn zrobił gazetę i umieścił w niej pouczającą historię o dwóch mentosach. Ale niestety, odkąd pokazałem mu jego list do mnie wydrukowany w „Tygodniku”, stanowczo zażądał proszenia go na przyszłość o zgodę, bo jest wstydliwy. I nie odstąpił mi kopyrajta na historię dwóch mentosów, wobec czego zdany jestem dziś całkowicie na inwencję własną.
Ależ nie, przecież mam jeszcze Was. Ostatnio dowiaduję się o licznych niebezpieczeństwach związanych z lekturą „Tygodnika”. Na przykład Krzysztof Hoffmann wyjaśnia, dlaczego zaczyna się ją od pierwszej lub ostatniej strony: „Jest to jedyna możliwość, aby oddawać się lekturze »TP« w tramwaju, bez troski o nieprzychylne spojrzenia współpasażerów, którym nagle krajobraz przesłoniła biała płachta papieru wielkości flagi narodowej. Otwarcie gazety na jakiejkolwiek innej stronie może w godzinach porannych wywołać ofiary w ludziach”. Zaś niewiadomska Ewa donosi z Krakowa: „Rozkopali mi Rynek i jest to okropne. Człowiek sobie idzie i czyta, i w sumie nigdy nie wie, czy nie wpadnie w jakiś dołek albo czy go coś nie rozjedzie. Czytanie stało się nagle równie niebezpieczne jak sporty ekstremalne! (...) Pojechałam do mojego ukochanego lasu, ale tam już Unia Europejska zaczęła rozkopywać okolicę... Oczyszczalnia ścieków dobra rzecz, tylko dlaczego TAM i dlaczego nikt się mnie nie pyta o zgodę?!” Pewnie nie mają w Brukseli telefonu do Ewy, a jeśli chodzi o czytanie ,,Tygodnika” jako przyczynę groźnych wypadków tramwajowych, to wygląda na to, że prędzej Unia nam przyśle trzy razy większe tramwaje niż „Tygodnik” przestanie być pismem dużego formatu. Ale tak czy siak, kiedyś i ten problem ulegnie rozwiązaniu.
Gorzej z problemem samej Unii. Niezbyt mnie obchodzi, że mamy wejść do „Europy”, ale bardzo mnie martwi, że „Europa” przychodzi do nas. Owszem, przynosi przestronne środki komunikacji miejskiej i oczyszczalnie ścieków, ale przemyca też w walizach środki zakłócania komunikacji międzyludzkiej i dyskretne oczyszczalnie mózgów. Biorę ją w cudzysłów, bo odnoszę wrażenie, że to właściwie jakaś Alaska albo Hawaje, pięćdziesiąta któraś gwiazdka na amerykańskim pasiaku.
Mogę się mylić, nigdy nie przyjrzałem się dobrze Europie Zachodniej. Co tam zawitałem, zaraz chciało mi się do domu. Ale wiadomości z drugiej ręki też mają swoją wartość. Przeczytałem właśnie zbiór wspomnień rowerzystów z dalekich wypraw na dwóch kółkach. Jeden dzielny Krakus pojechał sobie do Chin przez Rosję i Mongolię. Czasem nie miał co jeść, ale połowę energii czerpał ze spotkań z ludźmi i z ich bezinteresownej życzliwości, a przyjaźni nazawierał tyle, że mu starczy na resztę życia. A jak dwóch chłopaków pedałowało przez Skandynawię, to miejscowi pytani o możliwość rozbicia namiotu na prywatnym terenie nie mogli zrozumieć, że można pytać o coś takiego, omalże policję chcieli wzywać. 
W żartobliwej ankiecie na temat umiejscowienia obecnej granicy Europy spodobał mi się głos satyryka, dla którego granica ta jest tożsama z granicą zasięgu płatnych toalet. Bo ta nowoczesna „Europa” musi być przyjazna człowiekowi. I słusznie, tylko że przyjaźń zorganizowana prowadzi do zaniku po ludzku przyjaznych odruchów. Dlaczego ktoś chce rozbić namiot w moim ogrodzie, skoro przyjazne państwo zapewniło mu dość campingów i hoteli? Dlaczego chce skosztować mojego chleba, skoro w sieci makdonaldsów czekają na niego sandwicze? Polityczne pożytki z wejścia „Europy” do Polski pomijam, bo na tym to się nie znam.
Moja Europa musi być trochę dzika. Andrzej Stasiuk opisuje jej wyrywki na pewno lepiej niż ja potrafię, ale parę zdań ośmielę się dorzucić. To taka Europa, w której za toaletę służy człowiekowi w potrzebie las. Taka, na której polach i drogach obok maszyn widuje się konie. W jej ogrodach nie straszą krasnale ogrodowe, ale strachy na wróble. Wieczorami można czuć zapach ognisk zamiast smrodu grilla. W jej miasteczkach kino ma więcej wspólnego z iluzjonem niż multipleksem. I nie ma „monitoringu” w tych miasteczkach i jak człowiek chce podłubać w nosie, to ma pewność, że nie jest w żadnej ukrytej kamerze. Owszem, można dostać w trąbę nie wiadomo od kogo i nie ustali się go na podstawie zapisu kamery, ale na ogół wiadomo, za co się dostało i że nie za to, iż Legia przegrała mecz z Kolejarzem Browary Tyskie Johnson and Johnson Bystrzyca Kłodzka. I płyną przez tę Europę dzikie rzeki, takie jak wciąż jeszcze Wisła albo Czeremosz. I są w niej niczyje jeziora, które mają swoje nazwy, a nie jak na Mazurach, gdzie co drugie nosi nazwę, sądząc po tabliczkach, Jezioro Prywatne. A jacy ludzie zamieszkują tę Europę! Czasem brzydko pachną własnym potem albo ruskimi perfumami, ale przynajmniej pachną samymi sobą, a nie żadną Coco Chanel ani Gabrielą Sabatini. Ich dzieci nie znają mentosów, tylko dropsy. Nie dziwią się, kiedy ktoś chce przenocować na ich łące i rano przyniosą ci mleko prosto od krowy, prawdopodobnie 100% gratis, a jak nie, to 100% płatności, nikt cię nie potraktuje jak żebraka, proponując „10% gratis”, jak na co drugim opakowaniu w markecie „Biedronka” dla ubogich. Próbowałem kiedyś w takim sklepiszczu dopłacić te 10%, bo nic mnie nie łączy z producentami żywności i nie chcę od nich prezentów, ale pani kasjerka nie zrozumiała, o co mi chodzi.
A ta moja Europa to nie jest żadna kraina mityczna, ona wciąż istnieje, na coraz węższym pasie między mniej więcej Wisłą a Azją. Tak się złożyło, że pisząc ten tekst słuchałem jednym uchem dyskusji o propagandzie naszego wejścia do Unii. I minister czegoś tam Janusz Lewandowski zamarzył sobie, żeby o zaletach tego wejścia mówili w specjalnych „spotach” telewizyjnych np. Małysz i polscy piłkarze. I dodał, że ma nadzieję, iż takie „spoty” nie będą traktowane jak reklama. Skoro tak, to niech Małysz i piłkarze mówią o wadach członkostwa Unii, a pochwałę niech wygłoszą Tomasz Pochwała i Andrzej Gołota. Żeby było sprawiedliwie.

 
Jacek Podsiadło


 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl