Spór o konflikt bliskowschodni


Błędna i niesprawiedliwa

Wojciech Pięciak



Wojna Izraela przeciw Palestynie nie jest – jak chce ją widzieć Sergiusz Kowalski („TP” nr 16) i jak głosi propaganda Izraela – taką samą „wojną z terrorem”, jaką USA prowadzą w Afganistanie. Nie tylko dlatego, że równając z ziemią obóz uchodźców w Dżeninie i wypędzając mieszkańców, Izraelczycy postąpili jak Rosjanie wobec Czeczenów. Ważny jest też język, którym się posługujemy: on określa „dobrych” i „złych” oraz legitymizuje politykę. Obie strony mają tu swoje racje – i obie od pół wieku stosowały przemoc wobec niewinnych.



Jeśli pod pojęciem terroru rozumieć celowe zabijanie cywilów, zjawisko to przewija się przez całą historię świata. Wszelako w ostatnich latach, zwłaszcza po 11 września, funkcjonuje ono nie tylko jako opis, ale też element walki – nie tylko psychologicznej, także o prawo do definiowania, co w polityce jest sprawiedliwe i moralne. Różne rządy chętnie używają więc określenia „terror” wobec swych zbrojnych oponentów: Chińczycy wobec Ujgurów, Rosjanie – Czeczenów, Serbowie – Albańczyków, Indonezyjczycy – Timorczyków itd. 
Również kiedy Izrael powtarza, że prowadzi taką samą wojnę z terrorem, jak USA po 11 września, warto pamiętać, że spór o język to też element tamtej wojny na Bliskim Wschodzie. Chodzi o legitymizację dla działań Izraela, który jest przekonany, że toczy kolejną „wojnę o przetrwanie”. Podobne myślenie cechuje zresztą Palestyńczyków: również oni, a wraz z nimi świat arabski, są przekonani, że prowadzą „wojnę o istnienie” swego narodu. Obie strony zaręczają też, że to wróg jest „terrorystą”, że zamiarem wroga jest ludobójstwo, że to wróg neguje ich prawo do istnienia. Tymczasem, patrząc historycznie, od początku konfliktu terrorem nazwać można i wiele działań palestyńskich, i izraelskich. 

O ZIEMIĘ I WODĘ 

Wojna USA, zapoczątkowana 11 września, jest w historii zjawiskiem nowym – i nie sposób zrównywać jej z konfliktem izraelsko-palestyńskim, jak pisze Sergiusz Kowalski, który krytykuje polskie media, że chcą utrzymać równy dystans wobec obu stron. 
USA nie walczyły z narodem afgańskim, ale z przedstawicielami ideologii, która w manii zniszczenia, obłąkańczych wizjach i apokaliptycznym patosie najbardziej przypomina Adolfa Hitlera: to on w Niemczech lat 30. (jak bin Laden w świecie arabskim) wykorzystał konflikty, lęki i klimat epoki do kreowania wizji świata, w której „nie było miejsca na jakąkolwiek cywilizacyjną ideę”, a jedynie na totalne zniszczenie – jak charakteryzuje Hitlera jego biograf Joachim Fest w książce „Untergang” (Berlin 2002).
Natomiast na Bliskim Wschodzie od pół wieku walczą Żydzi przeciw Arabom (Izraelczycy przeciw Palestyńczykom), naród przeciw narodowi. I choć z czasem, zwłaszcza po 1967 r., po obu stronach zaczęto odwoływać się do ideologii i religii, to w swych źródłach jest to konflikt bardzo klasyczny: o granice, o ziemię (której jest mało: cały region ma wielkość polskiego województwa), o wodę (czyli egzystencję: osiedla żydowskie są problemem także dlatego, że zbudowano je na ujęciach wody i garstka osadników ma często „kurek” z wodą dla palestyńskiej większości), wreszcie o obopólne krzywdy. Klasyczności tego sporu – w którym 6 mln Izraelczyków stoi naprzeciw 3 mln Palestyńczyków – nie przekreśla fakt, że Palestyńczycy sięgnęli po terror, i że część jego uczestników (izraelska religijna prawica czy Hamas) w ogóle kwestionuje możliwość kompromisu. 
Warto spróbować zrozumieć (co nie znaczy: usprawiedliwić), dlaczego 16-letnia Palestynka, która jeszcze niedawno interesowała się głównie młodzieżową muzyką, dziś wysadza się, zabijając niewinnych ludzi? Czy motywuje ją tylko nienawiść i indoktrynacja? Czy może też poczucie bezsilności, beznadziei i codziennego upokorzenia? Niewykorzystane szanse lat 90. to nie tylko odrzucenie przez Arafata oferty Baraka, ale także polityka Izraela, który po podpisaniu w 1993 r. porozumienia z Oslo robił wszystko (czasem otwarcie, za rządów Netanjahu), aby przyszła Palestyna była państwem tylko z nazwy, a w istocie karłowatym i zależnym od Izraela kondominium.

DRZEWA ZAGRAŻAJĄ IZRAELOWI

Doktryna bezpieczeństwa Izraela zakłada, że otoczonemu wrogami państwu i jego obywatelom bezpieczeństwo zapewni głównie siła. Takie założenie było trafne, gdy chodziło o konflikt z sąsiadami. Ale dziś Izraelowi nie grozi zniszczenie. Ma nie tylko jedną z najlepszych armii świata, ale także broń atomową i sojusznika: USA traktują Izrael jak jeszcze jeden stan, a dla wielu Izraelczyków Ameryka to druga ojczyzna. Jak integralne jest poparcie USA świadczy choćby wybiórczość, z jaką Stany traktują ofiary cywilne: gdy Palestynka i czworo jej dzieci ginie od izraelskiej bomby-pułapki, Bush nie wzywa Szarona, by zaprzestał takich praktyk, choć czyni to wobec Arafata, gdy giną cywile izraelscy.
Ale zarazem doktryna ta nie zapewnia dziś bezpieczeństwa obywatelom. Do samobójczego zamachu nie trzeba struktur: wystarczy kilku ludzi, trochę dynamitu, pudełko gwoździ i determinacja. A jak izraelska doktryna wygląda w praktyce? Można odnieść wrażenie, że ogłoszona przez Szarona „wojna przeciw strukturom terrorystycznym” to w istocie kampania „spalonej ziemi”, której celem jest doprowadzenie do tego, by sytuacja wyjściowa przyszłego państwa palestyńskiego była jak najgorsza. 
Wojsko izraelskie w takim stopniu niszczy infrastrukturę Autonomii – w tym sieci wodociągowe, elektryczne i kanalizacyjne oraz cywilne lotnisko w Gazie – że trudno mówić o stratach niezamierzonych i nieuniknionych. Represje często opierają się na zasadzie zbiorowej odpowiedzialności. Kiedyś niszczono domy rodzinom zamachowców; gdy teraz żołnierze znajdują w domu np. w Nablusie magazyn broni, wysadzają go, nie pytając, czy właściciel nie został zmuszony do jej przechowania.
Wśród cywilnych ofiar palestyńskich wysoki odsetek stanowią dzieci: od września 2000 do połowy marca 2002 zginęło ich około trzystu, a 30 proc. z 29 tys. rannych miało poniżej 17 lat. Do połowy marca armia 170 razy strzelała do karetek pogotowia, zabijając 11 lekarzy i sanitariuszy, a raniąc 160. Żołnierze izraelscy podkładali wielokrotnie bomby-pułapki w miejscach publicznych, mając na celu zbrojnych Palestyńczyków, ale przy wkalkulowanym ryzyku niewinnych ofiar – i takie były. 
Jeszcze przed akcją „Ochronny Mur” wojsko izraelskie wysadziło archiwum palestyńskiego radia i zarekwirowało archiwum Orient House w Jerozolimie, gdzie odtwarzano stan prawny w kwestii własności ziemi na terenach okupowanych. Teraz zrabowało archiwum palestyńskiej organizacji praw człowieka. Buldożery izraelskie zniszczyły też pół miliona drzewek w szkółkach leśnych w Autonomii (drzewo, jak woda, ma tu znaczenie inne niż w Europie). Czy Szaron uznał, że kiedyś mogą się za nimi chować terroryści?
A może chodzi o coś innego? Palestyńskie domy, gospodarstwa i pola uprawne niszczone są nie tylko w czasie walk: tworzenie „spalonej ziemi niczyjej” trwa cały czas wokół osiedli żydowskich na terenach okupowanych – tych enklaw, które Izrael prędzej czy później zapewne ewakuuje (choć Szaron jest zwolennikiem obecności tych osiedli, wbrew zdrowemu rozsądkowi). Niezgodna z zawartymi przez Izrael porozumieniami rozbudowa osiedli, łączących je dróg i „stref buforowych” wokół nich odbywa się kosztem zwykłych Palestyńczyków; ich prawa się nie liczą. Francuski pisarz Christian Salmon, który niedawno podróżował po Ziemi Świętej, skonstatował, że w ciągu kilkudziesięciu lat w Izraelu pierwotną utopię kibucu zastąpiła dziś „atopia osiedli”: kiedyś żydowscy kibucnicy zamieniali pustynię w kwitnące ogrody, dziś spychacze żydowskich osadników zamieniają palestyńskie gaje oliwne w pustynię.
W ostatnich tygodniach armia zniszczyła też lub splądrowała setki, jeśli nie tysiące palestyńskich sklepów i przedsiębiorstw, niszcząc mienie prywatne, a relacje świadków i dziennikarzy (także izraelskich) wskazują, że działania te były celowe. Z niezwykle brutalną odpowiedzią Izraela spotykają się także pokojowe protesty obywateli Izraela narodowości arabskiej. Wszystko to niewiele ma wspólnego z „walką z infrastrukturą terrorystyczną”.

TERROR I TERROR

Od początku konflikt na Bliskim Wschodzie cechuje i to, że obie strony popełniały zbrodnie. Ponad pół wieku temu zamachowcy żydowscy – żołnierze podziemia albo (wedle współczesnych kryteriów) terroryści – wysadzili kwaterę brytyjskiej policji w Jerozolimie, zabijając 90 osób, a żydowskie oddziały (dziś powiedziano by: ekstremiści) mordowały arabskie wsie, aby wywołać exodus Arabów z terenów przyszłego państwa; później rozkaz ich wypędzania wydał premier Ben Gurion. Minęło kilkadziesiąt lat, nim pojawiło się pokolenie tzw. nowych historyków – nowych, bo zerwali z traktowaniem historii jako instrumentu umacniania tożsamości narodu – którzy zaczęli krytycznie opisywać zbrodnie, towarzyszące narodzinom Izraela. Być może za kilkadziesiąt lat, jeśli Palestyna będzie spokojnie koegzystować z Izraelem, pojawią się i palestyńscy „nowi historycy”, którzy przyznają, że zamachy na żydowskie kobiety i dzieci były zbrodniami, a nie bohaterską ofiarą „męczenników”. 
Ale może już dziś, mając w pamięci tamtych żydowskich partyzantów z Hagany i Irgunu, którzy walczyli o swoje państwo, należałoby – tam, gdzie ofiarami Palestyńczyków nie są izraelscy cywile – mówić raczej o palestyńskim ruchu oporu? 
Bo czy „terrorystami” było tych kilkuset Palestyńczyków, którzy polegli w walce z izraelskimi żołnierzami w obronie obozu dla uchodźców w Dżeninie? Przecież to premier Szaron doprowadził do sytuacji, w której palestyński 18-latek z Dżeninu miał wybór: wyjść z podniesionymi rękami i dać się upokorzyć Izraelczykom, którzy mężczyzn zatrzymywali w „obozie filtracyjnym”, a potem wygnać – albo stawić opór, nawet beznadziejny. Jeśli założymy, że także Palestyńczyk ma godność i nie rodzi się z genem terrorysty, wyboru nie było. Powinni o tym wiedzieć Izraelczycy, których przodkowie 2000 lat temu woleli zginąć śmiercią samobójczą w obronie Masady niż ustąpić przed rzymskimi okupantami.

LEKCJE HOLOCAUSTU 

Aby podważyć legitymizację równego traktowania obu stron konfliktu, niektórzy Izraelczycy mówią, że to pamięć Holocaustu uprawnia Izrael do tak prowadzonej wojny przeciw Palestyńczykom. Skoro kiedyś Hitler chciał zniszczyć Żydów, to dziś Żydzi mają prawo „zmiażdżyć Palestyńczyków” (Szaron), a państwa europejskie „nie mają prawa krytykować Izraela” (tak argumentowała izraelska demonstrantka, oklejając auta organizacji międzynarodowych nalepkami: „ONZ precz”). 
Jednak pamięć o Holocauście można pojmować także inaczej: że najważniejsze jest ciągłe uświadamianie sobie, do czego zdolni są ludzie i podejmowanie wszelkich działań dla ochrony praw człowieka, także do życia, w godności i równości. Każdego, tak Żyda, jak Araba. 
Ivan Nagel urodził się w 1931 r. w Budapeszcie, w rodzinie żydowskiej. Przeżył Holocaust i osiadł w Niemczech, gdzie stał się ważną postacią świata kultury: był dyrektorem teatrów, publikował. Niedawno wysłał list otwarty do ambasadora Izraela w Niemczech. Pisał: 
„Rzym, 3 kwietnia 2002. Szanowny Panie Ambasadorze, cieszę się z zaproszenia i możliwości rychłego poznania Pana. Nasze spotkanie, zaplanowane na 9 kwietnia, muszę jednak odwołać. Powodem jest moje sumienie i ocena polityczna.
Gdy przed kilkoma tygodniami przyjąłem Pana zaproszenie, skłoniła mnie do tego nie tylko uprzejmość Pańskiego zaproszenia, lecz bardziej głęboka sympatia do państwa Izrael i jego mieszkańców. Sądziłem, że mój pogląd, iż obecny rząd tego państwa swoją głupią, fatalną polityką sprowadza coraz większe zagrożenie dla życie tychże mieszkańców, nie powinien przeszkodzić mi w tym spotkaniu, po którym spodziewałem się rozmowy, w której zapewne w pewnych sprawach byśmy się różnili, w innych zaś bylibyśmy zgodni. Wszelako od sześciu dni Izrael prowadzi, wedle oświadczenia swego premiera, wojnę. W moim przekonaniu jest to nie tylko wojna błędna, szkodliwa dla życiowych interesów narodu izraelskiego, ale także wojna niesprawiedliwa.
Zapewne często zapomina się dziś bądź przemilcza to, co przemawia za Izraelem. Zapomina się, że jest to kraj mały, wręcz mikroskopijny, otoczony morzem narodów arabskich, które jutro albo za 10 czy 20 lat, może go zalać. Przemilcza się niezwykłość, czy wręcz wyjątkowość w historii świata żądania, by ten niewielki kraj, który w 1967 r. zwyciężył w wojnie obronnej z przeważającymi siłami zdecydowanych na dokonanie ludobójstwa wrogów, teraz (w zamian za bezpieczeństwo) oddał wszystkie bez wyjątku zdobyte wtedy tereny i przyjął armie uchodźców, których przyjąć nie zechciały kraje arabskie. 
Mimo to prawdą jest: dzisiejsza wojna Izraela jest nie tylko głupia, ale też niesprawiedliwa. Jest to wojna, której celem ma być zapobieżenie przemocy wobec niewinnych – ale która w istocie sama stosuje przemoc i w konsekwencji doprowadzi do jej pomnożenia. 
Piszę do Pana, Panie Ambasadorze, jako Żyd. Od wczesnego dzieciństwa byłem ofiarą prześladowania europejskich Żydów, które dokonywało się przez mord i wojnę na wyniszczenie, i które legitymizuje utworzenie państwa Izrael. Nie pomimo, ale właśnie z powodu takich doświadczeń nie jestem dziś w stanie usiąść z Panem w Berlinie przy kawie z ciastkiem: z Panem, przedstawicielem państwa, który wszelkimi możliwymi środkami militarnymi prowadzi niesprawiedliwą wojnę. Z wyrazami szacunku
Ivan Nagel”.
Przy całej sympatii dla Izraela i jego racji, wypada przyznać rację Nagelowi. Wojna Szarona jest głupia i błędna: oddala perspektywę pokoju na Bliskim Wschodzie i bezpieczeństwa dla zwykłych ludzi, po obu stronach frontu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl