„F”

Teoria Wysp

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ

 

„Pan Jezus zmartwychwstał i przyroda zdaje się po swojemu wypowiadać tę prawdę. Musi być dobrze, bo Opatrzność nie utraciła panowania nad tym, co się tu wyrabia.”
(Z listu Czytelnika)


Wyrabia się, oj! – wyrabia! – aż dreszcze chodzą po plecach. Człowiek patrzy i przeciera oczy, bo i ich świadectwu nie dowierza. Ale przecież w tym wszystkim, w tym zgiełku, kłamstwach, złości, upadku obyczajów (dość! – przerywam wyliczankę, bo ogarnia mnie niesmak i żałość) – od czasu do czasu potrafi się wydarzyć coś ujmującego i budzącego zachwyt. I zaraz człowiek nabiera otuchy. A to nagle, przez jedną noc, dzika śliwa rozkwita chmurą gwiazdeczek i stoi tak, bielejąc na tle jeszcze gołego lasu. A to znów, w centrum miasta, na zatłoczonym chodniku, dziecko tkwiące w wózku napotyka wzrok przechodnia, przez chwilę przygląda mu się ze skupieniem, po czym ufnie się rozpromienia w ślicznym uśmiechu. Albo – nadchodzi wspaniała, obfita poczta świąteczna: całe mnóstwo życzeń, dobrych słów i myśli – kartki, listy, pocztówki, fotografie i rysunki, a nawet prezenty! (Za wszystko z całego serca dziękuję!!!) Bezcenny dar nadesłał nasz stały Krytyk i Korespondent, ukrywający się skromnie pod nadto już samokrytycznym pseudonimem: Ohydny Typ z Warszawy. Ten dar to cieniutka (32-stronicowa) książeczka, wydana w Krakowie w roku 2001 przez Księgarnię Akademicką: „Barszcz w kulturze starożytnej Grecji” Jerzego Gota. Książeczka ta ma bardzo brzydką okładkę (grafik, jak słusznie zauważa Ohydny Typ, nie uznał za stosowne poinformować w stopce, że użył reprodukcji obrazu Arcimboldiego, zupełnie zresztą zmieniając jej barwy, żeby ją dostosować do marchewkowego tła; dlaczego Arcimboldi skojarzył mu się ze starożytną Grecją, dociec nie umiem. Jeśli zaś artysta miał zamiar iść raczej tropem buraka, to też dokonał złego wyboru, bo obraz przedstawia profil złożony jedynie z owoców i zbóż).
Ale poza tym książka ma już tylko zalety. Wspaniale, że w ogóle się ukazała. A jeszcze wspanialsza jest historia powstania rozprawki, która – z towarzyszeniem wstępu i korespondencji – składa się na książeczkę. W pięknie napisanym wstępie obszernie opowiada tę historię Jan Michalik. W skrócie przedstawia się ona następująco: dwaj tytani polskiej teatrologii, Zbigniew Raszewski i Jerzy Got, prowadząc – jeden w Warszawie, a drugi w Krakowie – prace naukową i dydaktyczną, mieli zwyczaj listownie wymieniać poglądy, co rychło zaowocowało przyjaźnią. Korespondencja przybrała na sile, kiedy w roku 1978 Jerzy Got zamieszkał w Wiedniu. „Wtedy też łatwiej było mu realizować pasję, jaka owładnęła nim kilka lat wcześniej – pisze Jan Michalik. – Pasją tą była Grecja, w każdym wymiarze: pejzaże, przyroda, ludzie, obyczaje, kultura, dzieje – oczywiście włącznie z antykiem”. I oto 7 października 1985 roku Zbigniew Raszewski pisze do Jerzego Gota list brzemienny w skutki:
„Wyczytałem u Plutarcha, że Katon mł. dla ośmieszenia rzymskiej spektaklomanii obdarzał aktorów (a na pewno i zawodników) rozmaitymi przysmakami (inni obsypywali ich złotem). Rzymianom dawał wieprzowinę, ogórki itp., Grekom – jarzyny. Otóż wśród jarzyn Plutarch na pierwszym miejscu wymienia buraki (sc. wśród jarzyn, które miały Grekom sprawić przyjemność). Proszę, napisz mi całą prawdę, niczego nie ukrywaj: czy ja się słusznie domyślam, że starożytni mogli jadać barszcz?” I dalej, 21 listopada tegoż roku: „W końcu można by sobie wystawić taki obraz: Achilles wraca uznojony do namiotu: Chaire, Bryzejda, czy jest coś ciepłego? A ta mu barszczyk na wędzonce. Oczywiście, Grecy mogli nie dojść do barszczu.
Mogli się zatrzymać na etapie zająca z buraczkami. I trudno by nawet żywić do nich o to jakieś specjalne pretensje. Ale człowiek chciałby WIEDZIEĆ”.
Jerzy Got potraktował zlecenie z całą powagą. „Chodziłem do bibliotek, przeglądałem różne źródła, tezaurusy, które mnie prowadziły do różnych pojęć i książek. To dość długo trwało, w końcu (...) napisałem rozprawkę, która rzeczywiście jest według źródeł nie do podważenia”.
Rozkoszna rozprawka „Barszcz w kulturze starożytnej Grecji” podzielona jest na następujące części: „Zakres i metoda badań. Źródła. Zagadnienie tekstów poetyckich wykorzystywanych w przekładach. Sformułowanie procesu badawczego. Problematyka zająca. W świecie buraka. Wnioski końcowe”. Usiana jest cytatami greckimi (z Homera i Arystofanesa!), znaleźć też w niej można rycinę, przedstawiającą przedmiot dociekań, a pochodzącą z podręcznika medycznego Dioskuridesa (I wiek n.e.). Czytelnik, pochłaniając ten misterny tekst, przepojony prawdziwą pasją naukową, doznaje erudycyjnego zawrotu głowy i z lubością wyławia momenty, kiedy uczony autor nie panuje nad emocjami, wskutek czego wymykają mu się następujące stwierdzenia: „Jedyny obszerny zbiór greckich przepisów kulinarnych zachował się w prymitywnej rzymskiej przeróbce. Jak wiadomo, Rzymianie nie byli zdolni niczego – prócz dyscypliny i taktyki wojskowej, zasad prawa i gramatyki – samodzielnie wymyślić, całą swoją kulturę czerpali od innych narodów, przede wszystkim od Greków, obniżając ją oczywiście do dostępnego im poziomu”. Przeróbka ta jest dziełem rzymskiego kucharza Caeliusa.
„O autorze należy stwierdzić, iż jest to gruboskórny Rzymianin, którego wersja greckiej kuchni jest prostacko zborsuczona. Do potraw mięsnych stosuje najczęściej dwa rodzaje bardzo ostrych sosów, do których przyrządzania używa absurdalnej ilości pieprzu. Nie ulega wątpliwości, że sosy te zabijały smak potraw. Tak więc potrawa (...) jest najpierw posypana pieprzem, a następnie oblana sosem z pieprzu, a po przyrządzeniu przed podaniem na stół ponownie posypana pieprzem. (...) Jest to więc wulgarna wersja greckiej kuchni, dostosowana do rzymskiego karczemnego smaku”.
Trafiają się i sensacje historyczne: „Wpływ buraka na dzieje Rzymu ilustruje przebieg oblężenia miasta Casilinum (...) przez Hannibala. Według zgodnych świadectw Strabona oraz Liwiusza, Hannibal odstąpił od oblężenia, gdy ujrzał, że mieszkańcy miasta posadzili na murach rozsady buraków, które niebawem miały im zapewnić dostatek żywności”.
Zafascynowany czytelnik mknie poprzez kolejne części rozprawy, by wreszcie z triumfem osiągnąć wnioski końcowe – lecz te zachowam do własnej wiadomości, pozostawiając ochotnikom dotarcie do prawdy poprzez nabycie książkowego wydania rozprawki. A jeśli nakład już został wyczerpany, zawsze można zasięgnąć informacji o dziejach barszczu u znajomego teatrologa. Rozprawka Jerzego Gota bowiem – jak informuje wstęp – przez 15 lat krążyła w odpisach wśród wąskiego grona historyków teatru. Chyba więc każdy przedstawiciel tej pięknej profesji wie już wszystko na temat buraka.
I pomyśleć, że kiedyś (w roku 1989 mianowicie) z nieufnym dystansem odniosłam się do opisywanej przez prof. Raszewskiego jego Teorii Wysp. Zalecała ona w przypadkach, gdy społeczeństwo oszaleje, ratowanie duszy poprzez separowanie się od ogółu, „póki się da, wespół z innymi ludźmi zdrowego rozsądku”. „Czy można w takich sytuacjach ratować te wartości, które może pielęgnować tylko zbiorowość? Moja odpowiedź: można, póki możliwe jest istnienie zbiorowości ratunkowej. (...) Z moich doświadczeń wynika, że zbiorowość ratunkowa może być maleńka, np. kilkuosobowa, i mimo to twórcza. Ale musi być absolutnie wolna. (...) Chodzi mi o wolność umysłu, przede wszystkim. Żadnych uprzedzeń. Żadnej mody intelektualnej. Tak-jakby-się-w-ogóle-nic-nie-zdarzyło. Wolno rozważać naturę potopu. Nie wolno przyjmować do wiadomości, że jest dokoła” (Zbigniew Raszewski, „Listy”).
Dlaczego, u licha, dystansowałam się wtedy od Teorii Wysp?!
Teraz bardzo mi się podoba.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl