Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier III Rzeczypospolitej, ukończył właśnie 75 lat. Przyjacielowi, współautorowi pisma, jednemu z najważniejszych twórców polskich przemian, życzymy jak najdłuższych lat dalszej działalności publicznej i doczekania zasłużonej satysfakcji z poniesionych trudów.


Tygodnik Powszechny

 







Czy polska demokracja jest zagrożona?


Groźba erozji

Tadeusz Mazowiecki



W wolności i w demokracji, przy wszystkich ich wielkich i dobrych stronach, tkwią też elementy autodestrukcyjne. Jeżeli wolności i demokracji nie towarzyszy odpowiednie poczucie odpowiedzialności za wspólne dobro i za kształt życia zbiorowego, to w niektórych sytuacjach może nastąpić ich autodestrukcja. 



W ostatnich 12 latach przeżywaliśmy chwile, które wydawały się groźne dla demokracji. Wspomnę choćby rok 1994 i obiad drawski, kiedy to generałowie wypowiedzieli posłuszeństwo ministrowi obrony. Na szczęście nie były one trwałe. Ale po ostatnich wyborach, w związku z wejściem do parlamentu dwóch skrajnych ugrupowań, czyli „Samoobrony” i Ligi Polskich Rodzin (w sumie 20 proc. posłów), pytanie o zagrożenia demokracji stanęło przed nami w całej ostrości. Zaczęliśmy sobie uświadamiać, że nie jest to problem marginesu, bo margines ten może się rozszerzyć i stworzyć dla demokracji istotne niebezpieczeństwo. 
Kiedy po ogłoszeniu wyników wyborów rozmawiałem z różnymi ludźmi spoza Polski, usłyszałem żartobliwą tezę, że są one także objawem normalności; mamy w parlamencie ugrupowania skrajne, tak jak w Austrii, we Francji czy w Holandii. Tyle że jest i zasadnicza różnica: na Zachodzie dzieje się to w demokracjach utrwalonych, u nas w warunkach demokracji ciągle budowanej. Ponadto świadomość zagrożenia i słabości naszej demokracji nie jest na tyle ostra, by mówiło się o realnym niebezpieczeństwie. Sondaże wykazują, że Andrzej Lepper jawi się Polakom bardziej jako rzecznik słabych i pogromca dotychczasowej klasy politycznej niż jako zagrożenie dla systemu demokratycznego. I to pomimo że swego czasu dociskany przez dziennikarzy nie zaprzeczył, że jego scenariusz zakłada przejście od demokracji przez anarchię do dyktatury. Bagatelizowaniu sytuacji sprzyja także to, że rządzący Sojusz Lewicy Demokratycznej wchodzi w parlamentarne układy z Samoobroną. Na jej brutalne wystąpienia reaguje dopiero wtedy, gdy sam jest atakowany. 
Zagrożenie demokracji w Polsce jest większe niż w Europie Zachodniej, bo ruchy demagogiczne mogą wykorzystać rosnące problemy socjalne, których najostrzejszym przejawem jest wysokie bezrobocie. Można się zgodzić z tymi, którzy mówią, że najskuteczniejszym remedium na populistyczne zagrożenie demokracji jest rozwój gospodarczy, a zwłaszcza tworzenie nowych miejsc pracy. Problem polega na tym, że jest to kwestia wielu lat. 
Pytanie, czy demokracja jest w Polsce zagrożona, można przeformułować: czy demokracja obroni się sama przed sobą metodami demokratycznymi? To zasadniczy problem, który przed nami stoi. Społeczeństwo musi to sobie uświadomić, nim zagrożenia te się umocnią. Czy po 12 latach przemian nie znajdujemy się w sytuacji, w której potrzebny byłby nowy krok – osiągnięcie wyższego stopnia rozwoju naszej demokracji? Zwłaszcza, że i moment historyczny wydaje się z tego punktu widzenia niezwykle ważny. Przecież przed wejściem do Unii Europejskiej dokonujemy rozlicznych przygotowań prawnych, instytucjonalnych, ekonomicznych. Zadajemy sobie pytanie, czy polska gospodarka będzie zdolna konkurować z gospodarką krajów unijnych. Ale o tym, jaka będzie pozycja Polski w UE, zdecyduje zarówno stan gospodarki, jak poziom funkcjonowania demokracji i instytucji państwa. Prócz wzrostu gospodarczego, konieczny jest nacisk na kwestie społeczne – tak, by uniknąć skazania całych grup obywateli na trwałe wykluczenie z rozwoju społecznego. Potrzebna jest też zmiana stosunku do państwa i niektórych przejawów funkcjonowania demokracji.
Warto tu zakwestionować dwa obiegowe przekonania. Pierwsze, to teza o państwie słabym. Przez lata mieliśmy do czynienia z państwem totalitarnym, wtrącającym się we wszystko, nawet w prywatne życie człowieka. Niewątpliwie więc państwo musi być ograniczone. Powinno być choćby maksymalnie oddzielone od gospodarki. Ale nie powinno to być państwo słabe. Tymczasem idea państwa ograniczonego w powszechnej świadomości łatwo sprowadza się do przekonania, że państwo to instytucja zewnętrzna, która może obywatela nie obchodzić. Tymczasem chodzić nam powinno o państwo dobrze funkcjonujące: ograniczone, ale mocne, zwłaszcza w takich dziedzinach, jak sądownictwo czy policja.
Druga teza, którą trzeba zanegować, wyraża się w powiedzeniu, że zwycięzca bierze wszystko. Wzorem mają tu być Stany Zjednoczone – tyle że realia amerykańskie są kompletnie inne niż nasze. Tam, na przykład, państwo jest oddzielone od gospodarki. U nas jeszcze nie. Dlatego choćby jako premier wydałem rozporządzenie, że urzędnicy państwowi nie powinni zasiadać w radach nadzorczych. Mój następca zakaz ten zniósł. Potem przyszły rządy SLD-PSL i zaczęło się coś, co można nazwać rozdawnictwem stanowisk. Następnie rządy AWS przyjęły zasadę: skoro oni tak robili, to teraz my. Także pierwsze działania obecnej ekipy w gruncie rzeczy polegały na obsadzaniu stanowisk, zwłaszcza rad nadzorczych, swoimi ludźmi.
Podejście takie świadczy o stosunku do państwa i jego instytucji – jakby były one do zawłaszczenia. A przecież w systemie demokratycznym musi istnieć grupa instytucji, które wprawdzie wybierane są przez ciała polityczne, ale nie ze względu na interesy poszczególnych partii, lecz po to, by stać na straży dobra ogólnego. Próbowaliśmy tworzyć takie instytucje, lecz tylko niektóre z nich spełniają oczekiwania. Udało się, na przykład, z Trybunałem Konstytucyjnym. Nie udało natomiast choćby z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji. Niepokoi też spór o Radę Polityki Pieniężnej i delikatną sferę służb specjalnych. Co gorsza, próby ich upartyjniania podejmowane są często pod pozorem reform i... odpolityczniania.
Wiąże się z tym także kwestia funkcjonowania ugrupowań politycznych. W demokracji nie ma innego sposobu na wyłanianie rządu i kształtowanie opozycji niż system partyjny. W Polsce jednak wciąż mechanizm ten nie działa należycie: politycy i partie nie mają poczucia służby państwu i społeczeństwu, mają za to poczucie własnego interesu. Nie trzeba być politologiem, by to zauważyć. Dostrzegają to zwykli ludzie – i budzi to ich sprzeciw. Patologię tę można nie tyle zlikwidować, co złagodzić poprzez rozwój samorządów, organizacji pozarządowych, fundacji. Ale tak czy inaczej zmiana nastawienia do państwa jest kwestią kluczową. W Polsce, która przez tyle lat nie miała państwowości lub miała państwowość niesuwerenną, powinno być to oczywiste. Tymczasem wciąż nie dostrzegamy, że państwo jest naszym wspólnym dobrem. 
Co szczególnie ważne: system demokratyczny nie sprowadza się jednak tylko do procedur – musi bazować także na zespole podstawowych wartości, zapisanych w konstytucji. Są nimi zwłaszcza: niezbywalna godność człowieka, prawa człowieka, których inny człowiek nie może naruszać oraz szacunek dla instytucji państwa. Swego czasu Vaclav Havel mówił z niepokojem o podziale Czechosłowacji. Obawiał się, że małe Czechy zamkną się w prowincjonalizmie. Nam groziło i grozi polskie piekło, polskie kłótnie, polska nieumiejętność porozumienia. Ale grozi nam także nieumiejętność przeciwstawienia się zagrożeniom demokracji. Nie chodzi tu nawet o groźbę zamachu na demokrację, ale o równie niebezpieczny – bo tak samo śmiertelny – proces „ściągania” jej w dół. 

Fragmenty wystąpienia w Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl