Wśród książek

LEKTOR



AMERYKA BLISKA

Julia Hartwig: WIERSZE AMERYKAŃSKIE – „Moje życie między rokiem 1970 i 1974 zatrzymało się na przystanku noszącym nazwę: Ameryka. Spędziłam tam, wraz z moją najbliższą rodziną, mężem i córką, cztery lata... Obraz tego intrygującego mnie, a nieznanego mi dotąd świata znalazł swoje odbicie w prozie »Dziennika amerykańskiego« wydanego w 1980 roku i w wierszach, które wchłonęły całą esencję moich zadziwień tym kontynentem” – opowiada Julia Hartwig w posłowiu do tej książeczki, w której zebrała swe poetyckie americana, rozproszone dotąd po kolejnych zbiorach wierszy. Ułożyły się one w całość spójną i konsekwentną, w świadectwo stopniowego oswajania kraju, którego, jak pisze autorka, „trzeba mi było uczyć się od początku, zapominając o doświadczeniach starej Europy” w zapis kolejnych powrotów do Nowego Świata, do miejsc już znajomych i tych, które dotąd pojawiały się tylko we śnie. 
Znajdziemy w „Wierszach amerykańskich” zdumienie, zadziwienie, fascynację, zachwyt, ale i rosnące poczucie bliskości; pierwotność natury, jakiej próżno szukać na naszym kontynencie, a obok wspólnotę ludzkich przeżyć, niezależną od położenia geograficznego i od egzotycznego sztafażu zaoceanicznych życiorysów. I jeszcze – ślad lektury amerykańskich kolegów, lektury nie pozbawionej odrobiny zazdrości. Bo „Wspaniale jest móc patrzeć na swój kraj / jak na człowieka którego zalety i wady roztrząsać można bez obawy” – czytamy w zakończeniu utworu „Tłumacząc wiersze poetów amerykańskich”. A tom, który mógł powstać tylko dzięki uważnej i czułej obserwacji i wrażliwości, zamyka przewrotna pochwała wyobraźni:

Widziałam te miasta we śnie
San Francisco i Nowy Orlean
Potem zobaczyłam je na własne oczy
A jednak w snach wracają te same co niegdyś krajobrazy
kpiąc sobie z tego co poznałam i z moich czterech zmysłów 


(Wydawnictwo Sic! Warszawa 2002, s. 86.)


DWIEŚCIE LAT TEMU I TERAZ

Jerzy Jedlicki: JAKIEJ CYWILIZACJI POLACY POTRZEBUJĄ – gwałtowny wzrost tempa zmian cywilizacyjnych, rozpoczęty przez angielską „rewolucję przemysłową”, stanowił dla wielu społeczności, zwłaszcza tych, które znajdowały się na obrzeżach cywilizacyjnego centrum, ogromne wyzwanie. Chodziło wszak o rodzaj inwazji, niosącej, jak pisze Jerzy Jedlicki, „pokusę i groźbę, obietnicę i przerażenie, a najczęściej wszystko to razem i jednocześnie”. I choć nieuchronne trudności adaptacyjne stopniowo przełamywano, często zresztą znacznym kosztem, to jednak nie cichł „spór o cywilizację” i o konsekwencje jej tak gwałtownego rozwoju. 
Ten spór pojawił się także w myśli polskiej i toczył się nieprzerwanie od połowy XVIII wieku, choć w stuleciu następnym przytłumiony został ważniejszym i aktualniejszym tematem: tematem utraconej niepodległości i dróg prowadzących do jej odzyskania. I właśnie polski spór o cywilizację, opisany wedle klucza pojawiających się w nim przeciwieństw pojęciowych (narodowość i cywilizacja, rozwój naturalny i rozwój sztuczny, ewangelia i ekonomia, tradycja i postęp), stanowi temat książki Jerzego Jedlickiego.

*

Przedmowa do jej pierwszego wydania powstała w styczniu 1984, ale sama książka ukazać się mogła dopiero cztery lata później, u progu, jak dziś już wiemy, wielkiej cywilizacyjnej zmiany. Spotkała się z zaskakująco żywym, jak na pracę ściśle historyczną, przyjęciem; w analizie sporów ideowych toczonych w Polsce w XVIII i XIX stuleciu szukano bowiem aktualizującego przesłania. Minęło czternaście lat – i jej lektura znów pobudza do refleksji nie tylko nad przeszłością, ale i nad współczesnymi dylematami Polaków, nad ich obecnym stosunkiem do procesów modernizacyjnych i do wyzwań, jakie niesie konfrontacja z cywilizacją Zachodu.
„Pierwsze zarysy tej książki pisałem i dyskutowałem z kolegami w końcu lat siedemdziesiątych – wspomina dziś Jerzy Jedlicki w napisanej na nowo przedmowie. – Byłem trochę zaskoczony, gdy niektórzy czytelnicy moich maszynopisów mówili, że podjąłem temat niezmiernie aktualny. Było to po kilku latach rządów Gierka, kiedy Polacy zaczęli masowo podróżować na Zachód i cały kraj uświadomił sobie, jak przepastny stał się nasz dystans cywilizacyjny względem Zachodu... Porównania okazały się dla realnego socjalizmu zabójcze: mało, że rewolucyjna obietnica stworzenia nowego człowieka i nowego społeczeństwa okazała się żałosną kompromitacją, ale w dodatku planowa znacjonalizowana gospodarka stała się siłą bezwładu i główną zaporą postępu. Tak, »postęp« – to ośmieszone słowo, przeganiane zarówno przez empiryczne nauki społeczne, jak przez filozoficznych i historycznych pesymistów, pojawiło się na nowo w polskim dyskursie w odpowiedzi na potrzebę znalezienia jakiegoś pojęciowego przeciwieństwa dla dotkliwego poczucia ponownego ześlizgnięcia się całego naszego regionu w dół albo w tył, do pozycji ubogiego i protekcjonalnie traktowanego sąsiada wolnych i zamożnych narodów”.
Potem scena historyczna uległa zmianie tyleż niespodziewanej, co zasadniczej, i znaleźliśmy się wśród zupełnie nowych dekoracji. „Już w roku 1990 – zauważa Jedlicki – przejście do kapitalizmu wyglądało na wybór nieodwracalny, a opór stawiany z jednej strony przez byłych komunistów, z drugiej zaś przez narodowych fundamentalistów, okazał się wszędzie zdumiewająco słaby”. Spór jednak nie osłabł, zmienił tylko kierunek: „oświeconej opinii w Polsce nie kłopotało już pytanie, czy mamy zmierzać do kapitalizmu, tylko do jakiego kapitalizmu, w jakim tempie i jakim kosztem”. Głównym tematem stały się społeczne koszty modernizacji, a równocześnie perspektywa wejścia do Unii rozbudziła lęki o utratę narodowej tożsamości i zniszczenie rdzenia rodzimej kultury poprzez roztopienie w europejskim tyglu.
Skupiłem się tu na nieustającej, jak się okazuje, aktualności książki Jerzego Jedlickiego; czytając „Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują” odnajdujemy nieuświadomione praźródła spotykanych wokoło sądów i opinii, a w rozterkach myślicieli i publicystów sprzed stu pięćdziesięciu lat dosłuchujemy się własnych niepokojów i wątpliwości. Sam autor przyznaje, że chciał położyć nacisk na „powszechność, uporczywość i ciągłe nawroty podobnych dylematów, obsesji, lęków i nadziei związanych z niepowstrzymaną ekspansją cywilizacji naukowo-technicznej”, a więc na uniwersalność opisanej przez siebie problematyki. Równocześnie jednak ten „fragment historii polskiej wyobraźni”, jak go nazywa Jedlicki, fascynuje specyficznym i starannie oddanym kolorytem, „arcypolską swoistością argumentów romantycznych i przeciwromantycznych, tradycjonalistycznych i progresywistycznych”. Otrzymujemy arcyciekawy wielogłos i portret rozmaitych wcieleń polskiego ducha.

*

A za czym opowiada się sam autor? Zastrzegając, że jest tylko moderatorem, który układa listę mówców i udziela im głosu, czasem wtrącając parę słów komentarza, Jerzy Jedlicki przyznaje, że nie przepada za doktrynerami lewicy i prawicy, tradycji i postępu, za tymi, którzy wszystko wiedzą z góry, więc nie muszą wciąż sprawdzać, jaka jest rzeczywistość. „Studiując historię umysłową, przekonywałem się raz po raz, że najgłębszym ideowym podziałem jest podział na wiedzących i wątpiących. Większą czuję skłonność do myślicieli trawionych niepokojem, świadomych rozszczepienia wartości, ale nie poddających się rozpaczy i uparcie zbierających okruszyny historycznej szansy swoich narodów albo pokoleń – niż do tych, których świat jest uładzony i podporządkowany nienaruszalnym pierwszym zasadom”. (Wydawnictwo W.A.B., Wydawnictwo CiS, Warszawa 2002, s. 440. Na końcu indeks osób. Seria „Z wagą”.)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl