O esejach politycznych Tomasza Manna


Jego czasy

Juliusz Kurkiewicz



„Moje czasy” to w pierwszym rzędzie jeszcze jeden element autobiografii Tomasza Manna, którą pisał przez całe życie, ale której w znaczeniu dosłownym nigdy nie napisał.



„Najwyższym szczęściem dzieci ziemi 
jest jedynie osobowość.”
J. W. Goethe

 


Od chwili, gdy Tomasz Mann umarł w zuryskim szpitalu, minęło prawie 50 lat, za trzy lata Lubeka będzie świętowała 130. rocznicę jego urodzin. Ta perspektywa, skłaniająca do spojrzenia na Europę i świat odmienione przez ten czas po wielokroć, „w burzach błyskawic przełomów epok”, jest tak zawrotna, że przywołanie tutaj jednej z najpiękniejszych Mannowskich metafor – metafory studni czasu otwierającej tetralogię Józefową – wydaje się uprawnione. Natomiast sam pisarz jest dziś nie tylko klasykiem, ale też autorem żywym, nierzadko z miłością czytanym, o czym świadczy liczba wznowień, również w Polsce. 
Niesłabnące zainteresowanie budzi również jego biografia. Półki księgarń w krajach niemieckojęzycznych uginają się od pozycji poświęconych rodzinie Mannów i samemu autorowi „Śmierci w Wenecji”, od naukowych elaboratów po książki bliskie poziomem prasie brukowej. Wyraźna jest tendencja do odbrązowiania mitu Manna – pisarza wyizolowanego, intelektualisty oceniającego świat z perspektywy pisarskiego biurka, egocentryka, dla którego książki były ważniejsze od ludzi; mitu, do którego stworzenia sam Mann walnie się przyłożył. Ale ten mit został mocno nadwątlony już w latach 60., gdy wydano trzy obszerne tomy listów pisarza pod redakcją Eriki Mann. Korespondencja ukazała Manna uwikłanego mocno w epokę i otwartego na świat (choć bez wątpienia świadomego rangi swej twórczości), zdolnego do autoironii (pod koniec życia wyznawał, że jego książki są mądrzejsze od niego), pełnego sprzeczności i, nierzadko, złudzeń, zwłaszcza w sferze politycznej. 
Polski czytelnik ma kolejną (po wyborze z „Dzienników” w przekładzie Ireny i Egona Naganowskich) okazję, by zmierzyć się z wizerunkiem Manna. „Moje czasy” to sporządzony przez Huberta Orłowskiego wybór esejów Manna z lat 1914-50. Sytuują się one na styku sztuki, polityki i biografii, i w większości nie były dotąd przełożone na polski. Na przekład czekają jeszcze wprawdzie (od ponad osiemdziesięciu lat) kontrowersyjne „Rozważania człowieka apolitycznego”, ale już „Moje czasy” dają pełny obraz przemian światopoglądu Manna.

CESARSTWO, REPUBLIKA, FASZYZM

Powiązany duchem z „Rozważaniami” wojowniczy esej „Fryderyk i Wielka Koalicja” z 1914 roku był drugim, obok nie zamieszczonych w tomie „Myśli w czas wojny”, tekstem o charakterze propagandowym, w którym Mann (tutaj używając historycznego kostiumu) opowiedział się za wojną i za wilhelmińską Rzeszą. Teksty te stanowiły, wraz z esejem Henryka Manna o Zoli, w którym mówił o Tomaszu jako o „tym, który uschnie wcześnie”, tło wieloletniego konfliktu między braćmi. Henryk, przeciwny wojnie, skłonny był winić za jej wybuch tę samą społeczno-kulturową formację mieszczańską, która dla autora „Buddenbrooków” była przedmiotem apologii i źródłem pisarskiej eksploracji. Jednak już wygłoszony w 1922 roku w Berlinie odczyt Tomasza „O niemieckiej republice” przyniósł przełom (zapowiedziany samokrytycznym artykułem „Pokój światowy” z 1917): autor opowiedział się za Republiką Weimarską, nazywając wojnę „kiepskim romantyzmem”, „kłamstwem, blagą, krwawą orgią egoizmu”. Stwierdził, że dla Niemiec nie ma innej drogi niż demokratyczna i niezbyt zręcznie podkreślał ciągłość swych poglądów twierdząc, że źródeł Republiki Weimarskiej trzeba szukać w patriotycznym zrywie 1914 roku. W tym samym roku Henryk Mann ciężko zachorował i rozpoczął się trwający wiele lat proces leczenia braterskich relacji. 
Eseje z dziesięciolecia poprzedzającego II wojnę stanowiły wyraz postawy Manna wobec zbliżającej się i narastającej fali faszyzmu. Już esej o Freudzie z 1929 roku, pozornie nie związany z bieżącymi wydarzeniami politycznymi, był próbą obrony autora „Wstępu do psychoanalizy”, irracjonalisty, przed intelektualnym zawłaszczeniem przez „siły wrogie życiu”. Podobną wymowę miał odczyt o Ryszardzie Wagnerze z 1933 roku, który wywołał nagonkę prasową na autora. Po jego wygłoszeniu Mann udał się na europejskie tournée, z którego już do Niemiec nie wrócił. W wygłoszonej w 1930 roku „Mowie na rzecz Niemiec” (zaopatrzonej w znamienny podtytuł „Apel do rozumu”) oddał hołd Gustawowi Stresemannowi, opowiedział się za niemiecką socjaldemokracją, potępił uprawianą przez niektórych intelektualistów apologię „uczonego barbarzyństwa”, styl polityki narodowych socjalistów określił jako „groteskowy”, jednocześnie powątpiewając, czy „to” może się udać w „w tak starym i wymagającym narodzie”. 
Mann początkowo nie uważał się za emigranta, a nawet odcinał się od niemieckiej emigracji, którą uważał za słabą i „pozbawioną jakichkolwiek wpływów”. W tym samym roku, w którym opuścił Niemcy, zdystansował się, pod naciskiem wydawcy Samuela Fischera, wobec redagowanego przez syna Klausa pisma emigracyjnego „Die Sammlung”. Jeszcze pochodzący z 1935 roku tekst „Uwaga Europo” jest, wbrew alarmującemu tytułowi, „kulturalną” analizą europejskiej sytuacji, odwołującą się do teorii „buntu mas” Ortegi y Gasseta i, mówiąc wprost, nie nazywającą nabrzmiewającego zła po imieniu. 
Dopiero po trzech latach wahań Mann postanowił odciąć się w sposób bardziej zdecydowany od hitlerowskiego reżimu. Wyrazem tego stał się opublikowany w 1936 roku list otwarty do krytyka szwajcarskiego Eduarda Korrodiego, który w jednym z artykułów utożsamił niemiecką literaturę emigracyjną z twórczością autorów żydowskiego pochodzenia. W odpowiedzi Mann sam uznał siebie za autora emigracyjnego, a wkrótce, w liście do rektora Uniwersytetu w Bonn, stanowiącym reakcję na odebranie przyznanego w 1919 roku doktoratu honorowego napisał, że „celem narodowosocjalistycznego systemu państwowego jest uczynić z Niemców ślepe narzędzie wojny”. 
Należy wyraźnie podkreślić: Mann nigdy nie poparł w żaden sposób narodowego socjalizmu, nie próbował też, o co oskarżano go po wojnie, podpisać „paktu z diabłem”: powrót do Niemiec i dostatnie życie w zamian za milczenie w sprawach politycznych. Motywacje jego mało wyrazistej (choć dla notabli III Rzeszy wystarczająco oburzającej) postawy przed 1936 rokiem były z pewnością złożone: chęć podtrzymania kontaktu z niemieckim czytelnikiem, obawa przed niepewną przyszłością, oczekiwanie na zmianę sytuacji w Niemczech. 

MIĘDZY AMERYKĄ A NIEMCAMI

W 1936 roku Mann został pozbawiony obywatelstwa niemieckiego, a w 1938 roku odpowiedział na propozycję objęcia profesury w Princeton, opuścił Szwajcarię i udał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie miał mieszkać przez 15 lat, najpierw w Princeton, potem w Pacific Palisades w Kalifornii. Ameryka Roosevelta podobała się Mannowi i była mu niezwykle życzliwa, co mógł stwierdzić podczas wcześniejszych wizyt. 
W 1939 roku powstał w Ameryce krótki tekst „Brat Hitler”, którego swobodny, błyskotliwy ton budził w roku wybuchu wojny konsternację, a dziś wydaje się dziełem prawdziwie wolnego ducha. Mann spojrzał na Hitlera nie jako na groźnego dyktatora, ale jak na nieudanego artystę, „brata nieprzyjemnego i zawstydzającego”, ucieleśniającego, w karykaturalnej i zdegradowanej postaci, najistotniejsze cechy właściwe sztuce w jej wydaniu romantycznym. Ironia, dystans, pogoda były cechami, które najbardziej kontrastowały z tonem propagandy hitlerowskich Niemiec, dlatego Mann nie miał oporów przed rozpoznaniem samego siebie, artysty, w osobie kanclerza: „lepsze, uczciwsze, bardziej pogodne i twórcze niż nienawiść jest rozpoznanie samego siebie, gotowość zjednania się z tym, co nienawiści godne”.
Najdobitniejszym przykładem rozległej politycznej działalności Manna w czasie wojny były jego radiowe pogadanki, kierowane do słuchaczy niemieckich za pośrednictwem amerykańskiej sekcji BBC. Również w czasie wojny rozpoczął Mann pracę nad „Doktorem Faustusem”. Jako uzupełnienie i klucz do powieści mogą być traktowane dwa eseje powojenne: „Niemcy i naród niemiecki” z 1945 oraz „Filozofia Nietzschego w świetle naszych doświadczeń” z 1947 roku. 
Podstawowa myśl pierwszego z nich, który był próbą psychologicznej genealogii faszyzmu, brzmiała: „nie istnieją dwa narody niemieckie, dobry i zły, ale tylko jeden, którego najlepsze cechy za sprawą diabelskiego podstępu obróciły się w zło. Złe Niemcy to dobre Niemcy, które obrały błędną drogę, dobre w nieszczęściu, winie i upadku”. Traktowano ją potem jako dyskursywne wyłożenie przesłania „Faustusa” (z tradycyjną wykładnią dzieła przeprowadzającą znak równości między Niemcami i kuszonym przez diabła Faustem interesująco polemizuje we wstępie Hubert Orłowski).
W 1945 roku „emigrant wewnętrzny” Walter von Molo zasugerował, w utrzymanym w niezwykle przyjaznym tonie liście, że Mann powinien wrócić do Niemiec. Jednocześnie niektórzy pisarze niemieccy, którzy nie opuścili III Rzeszy, bez oporów przywdziewali szaty męczeństwa, przedstawiając siebie jako tych, którzy „dochowali wiary ojczyźnie, nie odstąpili Niemiec w nieszczęściu, nie przypatrywali się jej losom z wygodnej, zagranicznej loży”. W tym klimacie, sprzyjającym niesprawiedliwej ocenie Manna jako „dezertera niemieckości”, nie dziwi jego ostra odpowiedź na zaproszenie do powrotu: „Dlaczego nie wracam do Niemiec?”. 
Pisarz surowo ocenił artystów, którzy przystawali na rolę „ornamentu” hitlerowskiego systemu i podkreślił swą wdzięczność dla Ameryki, która zdążyła się stać jego prawdziwym domem. List otwarty Manna był rozpięty między dwiema skrajnościami: stwierdzeniem, że w Niemczech czułby się obco, bo „porozumienie między kimś, kto ten sabat czarownic przeżywał na zewnątrz, a wami, którzy usługiwaliście panu Urianowi, byłoby trudne”, oraz oczywistym faktem, że „nigdy nie przestał czuć się niemieckim pisarzem”, czego dowód stanowiła nie tylko jego emigracyjna działalność polityczna, ale i powstała na emigracji „Lotta w Weimarze”. List kończył się pojednawczym akcentem: zapowiedzią odwiedzin Niemiec „gdy nadejdzie godzina”.
Jednak Mannowi nie dane było dożyć swych dni w Stanach Zjednoczonych. W Ameryce McCarthy’ego pisarz, nie rozumiejący na dobrą sprawę zimnowojennego świata, stawał się postacią niewygodną. Do tego jego wypowiedzi, nie zawsze przemyślane, nieraz mylnie interpretowano. Gdy na przykład mówił, że „socjalizm to jedyna droga dla demokracji”, z pewnością nie miał na myśli konkretnego systemu opartego o społeczną własność środków produkcji, ale raczej mglisty ideał, pokrewny czy zgoła tożsamy z demokracją i humanizmem. W 1950 roku Biblioteka Kongresu, w której działał od lat, wymówiła mu współpracę i nie wygłosił już tam zamykającego tom odczytu „Moje czasy”, nostalgicznej podróży przez własne życie, zakończonej utopijnym wezwaniem Ameryki do zwołania „powszechnej konferencji pokojowej”, która położyłaby kres zimnej wojnie. 
W 1951 roku publikacja na łamach czasopisma „The Freeman”, stanowiąca kombinację kłamstw i wyrwanych z kontekstu wypowiedzi pisarza, rozpoczęła nagonkę prasową na Manna. Pisarz, który od momentu zakończenia wojny regularnie odwiedzał Europę, w 1949 roku, jeszcze przed powstaniem dwu państw niemieckich, wziął udział w obchodach dwusetnej rocznicy urodzin Goethego, odwiedzając Frankfurt nad Menem i położony w radzieckiej strefie okupacyjnej Weimar. Podkreślał wtedy, że jego wizyta dotyczy „Niemiec jako całości”, uchylając się przed poparciem zarówno władz Trizonii, jak i strefy radzieckiej. W 1952 roku Mann wrócił na stałe do Europy i osiadł w Erlenbach nad Jeziorem Zuryskim.

„NIE ODRZUCAM NIC Z MOJEGO ŻYCIA”

Tomasz Mann zapuszcza się w rozległe i fascynujące obszary polityki, sztuki, filozofii i wielokrotnie błądzi. Lista błędów jest długa. Należy do nich mająca swe źródło w perspektywizmie Nietzschego relatywizacja prawa, które nie istnieje po platońsku, ale które trzeba stwarzać czynem, relatywizacja prowadząca do apologii prawa „potężniejszego mocarstwa” w czasie I wojny. Nie dość czujna postawa wobec zbliżającej się katastrofy w epoce międzywojennej (w 1926 roku Mann pisał „Niemcy nie mogą być ekstremistami, to fakt psychologiczny”). Połowiczne zrozumienie źródeł faszyzmu (Mann pomijał, a nawet negował czynniki ekonomiczne, zajmując się jedynie psychologiczno-duchowymi, raczej zacierał niż uwypuklał związki między XIX- i XX-wiecznym nacjonalizmem). Naiwny idealizm w ocenie powojennego świata, który kazał mu dopatrywać się dobrej woli po obu stronach zimnowojennej barykady. 
Źródło pomyłek Manna leży w jego postawie artystycznej, zdecydowanie bliższej estetyzmowi niż jakiejś formie społecznego zaangażowania, postawie postulującej nie tylko daleko idącą autonomię sztuki wobec życia, ale również jej przewagę. Dlatego, gdy Mann pisze w 1914 roku propagandowy niemal esej o Fryderyku II, tworzy przede wszystkim dzieło sztuki – artystyczny efekt jest ważniejszy od intelektualnej głębi (warto dodać, że król pruski miał się stać tematem kolejnej powieści Manna).
W 1926 roku Mann pisał: „duch jest czymś bardzo czystym, a kto chroni formę życia w sferze duchowej, ten zachowuje jej czystość, ten ochrania ją przed wielkim zwyrodnieniem i petryfikacją, jakim mogłaby ulec w sferze tego, co rzeczywiste”. W roku zakończenia wojny: „z trudem można by znaleźć polityka lub męża stanu, który, osiągnąwszy wielkie cele, nie zadałby sobie pytania, czy może jeszcze zaliczyć siebie do grona przyzwoitych ludzi”. Dwa lata później w eseju o Nietzschem: „w gruncie rzeczy daleki był od polityki i niewinny w swym uduchowieniu”. 
Estetyzm Manna nie jest tak radykalny jak estetyzm Nietzschego, Mann nie uważa, że życie jest jedynie estetycznym fenomenem, rodzajem gry. Niewątpliwie jednak należy do tych, którzy bronią wolności sztuki przed uzurpacjami życia, z drugiej strony zastrzegając, że to, co najbardziej ludzkie, znajduje się „pomiędzy” jedną a drugą dziedziną, pomiędzy „estetycznym zindywidualizowaniem a pozbawioną godności zagładą indywiduum w tym, co ogólne”.
Mann przebył ogromną drogę od nacjonalistycznego „Fryderyka i Wielkiej Koalicji”, do „Moich czasów”, w których, parafrazując Goethego, pisał, że „każdy człowiek jest umiarkowanym socjalistą”. Całkowicie zmienił swe poglądy polityczne i świadectwem tej zmiany była jego polityczna aktywność po roku 1918, a zwłaszcza w latach II wojny. Trudno o dwie bardziej odmienne oceny niż apologia Fryderyka II – uosobienia niemieckiego ducha w eseju z 1914 roku i opinia o królu w jednym z powojennych listów: „w swoim całkowitym poddaniu się wpływom kultury francuskiej wydaje mi się on mało niemiecki”. 
Jednocześnie rację miał raczej Mann niż jego adwersarze, gdy zarzucali mu nie dość ostre odcięcie się od „Rozważań człowieka apolitycznego”. Pisarz odpowiadał: „»przełom«, który jakoby dokonał się w moim życiu, jest bzdurnym wymysłem, życie to stanowi raczej rozwijającą się jedność. Zapewne, pisząc ostatnie słowa »Rozważań« nie znajdowałem się już tam, gdzie byłem, gdy pisałem pierwsze słowa. Poszedłem dalej, jak na żywy umysł przystało; tylko że leży to już w mojej naturze, że nie odrzucam nic z mojego życia, lecz to, co było wcześniej, wnoszę w przeżycia późniejsze, tak że w każdej chwili może się ono uaktywnić twórczo”. Tym, co pozostało z ducha „Rozważań”, było romantycznej proweniencji przekonanie o autonomii sztuki wobec życia, w tym – wobec polityki.
Traktowanie sztuki jako w pełni autonomicznej dziedziny ludzkiej działalności odsyła nas do pytania o prawdę. Czy prawda sztuki jest inna niż prawda życia, czy ich rozdzielenie nie prowadzi do relatywizmu, czy sztuka powinna być odpowiedzialna przed życiem? Mann dostrzega wagę tych pytań, a rozstrzygając je obwarowuje nietzscheańską maksymę „tylko to, co sprzyja życiu, jest prawdziwe” poważnym zastrzeżeniem: „tylko prawda sprzyja życiu”. Prawda, zgodnie z duchem heglowskiego idealizmu, jest i obiektywna, i zmienna. Rezultatem jest uniwersalny ideał, dotyczący i życia, i sztuki: sceptycyzm połączony z namiętnym poszukiwaniem prawdy, uczciwość i odwaga intelektualna. 
W zakończeniu eseju „Moje czasy” Mann wygłasza pochwałę czasu: „Czas jest drogocennym darem, danym nam, abyśmy za jego sprawą stali się mądrzejsi, lepsi, dojrzalsi, doskonalsi. Jest pokojem samym”. „Moje czasy” to w pierwszym rzędzie jeszcze jeden element autobiografii Manna, którą pisał przez całe życie, ale której w znaczeniu dosłownym nigdy nie napisał. Dlatego tytuł zbioru należy czytać ostrożnie: uwypukla on związek biografii i historii w sensie głębokim i niemal intymnym, tak że przepaść między autorskim „ja” i opisywanym na przestrzeni kilku dziesięcioleci światem ulega znaczącej redukcji, aż do zupełnego zniknięcia. Powinniśmy pamiętać, że w tym przypadku „ja” należy do wybitnego pisarza, który pisał o swych książkach jako o „stworzonych z własnego życia” i dla którego życie było „grą, artyzmem, humorem”.

Tomasz Mann, „Moje czasy”. Wybór i wstęp Hubert Orłowski, tłum. Wojciech Kunicki, Poznań 2002, Wydawnictwo Poznańskie, seria Poznańska Biblioteka Niemiecka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl