Rosja: kierunek Zachód

Stanisław Koziej



Nasila się dyskusja o relacjach NATO – Rosja. Majowe spotkanie Rady Północno-Atlantyckiej oraz listopadowy szczyt NATO w Pradze przyniosą kolejne decyzje w tej kwestii – a rozstrzygnięcia te będą miały duże znaczenia dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego. Warto prześledzić drogę, jaką przeszła Rosja w marszu na Zachód.



Po upadku komunizmu Rosja musiała dostosować swą politykę bezpieczeństwa do nowych warunków oraz gruntownie zreorganizować swe siły zbrojne. Przemiany te miały swą specyfikę, odróżniającą je od reform w Polsce, na Węgrzech, Litwie lub Ukrainie. Wynikała ona z przejęcia przez Rosję imperialnego spadku po Związku Radzieckim – mentalnościowego, koncepcyjnego, organizacyjnego i materialnego. Zdeterminowało to kierunek ewolucji, a nadto komplikowało bądź wręcz hamowało reformy.
Wpływają na nią też inne czynniki, m.in.:
– erupcja zagrożeń wewnętrznych, których najwyrazistszym przykładem stała się wojna w Czeczenii;
– eskalacja zewnętrznego zagrożenia islamskiego na południu Rosji, głównie w Azji Środkowej;
– ekspansja NATO w Europie Środkowej i Wschodniej (członkostwo nowych państw, program „Partnerstwa dla Pokoju”);
– „ciche” narastanie potęgi chińskiej na wschodzie;
– gwałtowne nasilenie się światowej walki z terroryzmem po 11 września;
– pełzający wewnętrzny kryzys ekonomiczny i nadciągający kryzys demograficzny;
– rozkład własnego potencjału militarnego – tak konwencjonalnego, jak jądrowego. Rozkład moralny, techniczny i organizacyjny.
Już te przykłady dają wyobrażenie o wyzwaniach, przed jakimi stoi polityka obronna Rosji. Jak sobie radzić w takich warunkach? Jak zabezpieczyć własne interesy narodowe? Innymi słowy: jaką przyjąć strategię bezpieczeństwa militarnego? Rosja bezustannie szuka odpowiedzi, o czym świadczy szereg dokumentów programowych, jak choćby koncepcja bezpieczeństwa narodowego, doktryna obronna czy doktryna bezpieczeństwa informacyjnego. Ale dla rosyjskiej strategii bezpieczeństwa najważniejsze są trzy kwestie.

PRZEMIANY KONTROLOWANE 

Głównym atrybutem mocarstwowości jest broń jądrowa. Stąd utrzymanie równowagi jądrowej z USA jest chyba największą ambicją Moskwy. Rosji jednak po prostu nie stać na podjęcie wyścigu technologicznego ze Stanami Zjednoczonymi. Starzejący się potencjał nuklearny przekształca się w arsenał obciążający i niebezpieczny dla samego właściciela. Rosja stoi więc przed dramatyczną decyzją: albo unowocześniać broń nuklearną, by utrzymać jej potencjał na poziomie mocarstwa światowego, albo „spasować” i dostosować ją do potrzeb mocarstwa regionalnego. Wybór podyktują nie ambicje, ale ekonomia. 
Drugi problem to bezpieczeństwo informacyjne, które znajduje się dziś w centrum uwagi analityków i strategów. Przodują tu oczywiście Stany Zjednoczone, w ślad za nimi podążają Chiny. Ale także Rosja należy do światowej czołówki. W ubiegłym roku Kreml ogłosił swą filozofię w tej mierze: to chyba pierwszy w świecie dokument rządowy traktujący tak kompleksowo sprawę bezpieczeństwa informacyjnego. Nawet Amerykanie, choć mają bardziej rozbudowany system ocen, ustaleń i założeń, traktują sprawę jedynie wycinkowo (koncentrując się np. na problemie tzw. wojny informacyjnej). Oczywiście nawet najlepsze koncepcje to mało. Trzeba mieć możliwości realizacyjne, których Rosjanom brakuje.
Jest wreszcie kwestia rosyjskich sił konwencjonalnych i koncepcji ich wykorzystania do nowych zadań, w tym do operacji kryzysowych. Siły zbrojne b. ZSRR przygotowane były do wielkich, masowych operacji. Nowe warunki – zarówno potrzeby strategiczne, jak możliwości państwa – wymagają radykalnych zmian restrukturyzacyjnych. Przebudowa rosyjskiej armii przebiega opornie, ale jest to przecież przedsięwzięcie na niespotykaną skalę: chodzi o zredukowanie i „przeprogramowanie” całej machiny wojskowej. 
Tak wielka redukcja oznacza, że dziesiątki tysięcy czołgów, samolotów, wozów bojowych, dział, okrętów będą rdzewieć w bazach lub najzwyczajniej na polach Syberii i w wodach mórz Północy. Te grożące katastrofami ekologicznymi złomowiska i śmietniska odpadów nuklearnych trzeba pomnożyć przez tysiące tragedii (jak śmierć marynarzy „Kurska”) i przez setki tysięcy upokorzeń i utraconych złudzeń żołnierzy. 
Zważywszy na taki stan militarnego potencjału Rosji, należałoby się raczej dziwić, że proces przemian jeszcze nie wymknął się spod kontroli i jest wciąż sterowalny. Jakby tego było mało, Rosja próbuje się przyłączyć do międzynarodowego systemu reagowania kryzysowego, a w niektórych dawnych republikach spełnia nawet rolę stabilizującą – na przykład gdyby nie obecność wojsk rosyjskich, Tadżykistan pogrążyłby się w wojnie domowej. Rosja aktywnie uczestniczy w operacjach kryzysowych na Bałkanach, no i, co jest dla samej Rosji najtragiczniejsze, musi zmagać się z konfliktem w Czeczenii. 
Siły zbrojne Rosji krok po kroku przystosowują się zatem do nowych wymagań. Trzeba patrzeć na ten proces z nadzieją, bo dziś – jakkolwiek paradoksalnie by to zabrzmiało – zagrożenie stwarzają nie tyle silne, sprawne, dobrze zorganizowane i dowodzone siły zbrojne, bo te poddawane są coraz precyzyjniejszej kontroli międzynarodowej, co właśnie siły słabe, zdezorganizowane i niesterowalne.

NIE „19 + 1”, LECZ „20”

Uporządkowaniu potencjału militarnego Rosji sprzyja rozwijanie normalnych relacji ze światem, zwłaszcza z niedawnym wrogiem nr 1, czyli NATO. Skłonność do takiego postrzegania Paktu Północnoatlantyckiego jest w Rosji wciąż silna i oczywista – od upadku komunizmu minęło dopiero pół pokolenia, gdy tymczasem NATO straszyło Rosjan przez dwa pokolenia. Zwrot nie mógł nastąpić szybko, tym bardziej, że wśród rosyjskich przywódców, kształtujących opinię, tylko nieliczni byli zwolennikami szybkiego zbliżenia z Zachodem. 
Próby zorganizowania bliższej współpracy nie były łatwe. Przykładowo rosyjscy wyżsi dowódcy długo nie mogli zaakceptować, że w ramach Rady Współpracy Północnoatlantyckiej NACC traktuje ich się na równi z wojskowymi z byłych republik radzieckich lub dawnych państw Układu Warszawskiego.
Rosja próbowała nakłonić NATO jeśli nie do samorozwiązania (skoro nie ma Układu Warszawskiego, to po co NATO?), to do przekształcenia Paktu w organizację polityczną. To się oczywiście nie powiodło, a w dodatku NATO przyjęło trzy kraje postkomunistyczne. Dla Moskwy były to kolejne oznaki spychania jej z imperialnego tronu.
By nie doszło do nadmiernego napięcia w stosunkach NATO–Rosja, zaproponowano – równolegle z poszerzeniem NATO o Polskę, Węgry i Czechy – podpisanie Aktu Stanowiącego NATO–Rosja, ustanawiającego jednocześnie Stały Wspólny Komitet (PJC) NATO–Rosja (19+1). Miał on umożliwić Rosji zabieranie głosu w kluczowych sprawach bezpieczeństwa euroatlantyckiego. 
Inicjatywa ta zneutralizowała przykre dla Rosji konsekwencje pierwszej fali rozszerzenia NATO. Wkrótce okazało się jednak, że PJC nie jest formułą mogącą trwale rozwijać stosunki NATO–Rosja. Rosjanie nie bardzo mogli się wpisać w NATO-wskie obyczaje – permanentnego dyskutowania, uzgadniania, mozolnego zmierzania do konsensusu i nie wyznaczyli swego stałego przedstawiciela w Brukseli. Ponadto Rosja szybko się zniechęciła, gdy przyszło jej za każdym razem stawać w pojedynkę przeciw blokowi uzgadnianych zawczasu stanowisk „19”. Stwierdziwszy, że to nie jest „19+1”, lecz „19 przeciw 1”, wykorzystała pierwszą okazję – operację NATO w Kosowie w 1999 r. – by zawiesić udział w tym forum. 
Co prawda po dojściu do władzy Władimira Putina wznowiono pracę PJC w maju 2000 r., ale prawdziwy impuls do relacji NATO-Rosja wniosła dopiero reakcja na atak terrorystyczny 11 września ub. roku. To wtedy – po inicjatywach Tony’ego Blaira i George’a Robertsona – prezydenci Bush i Putin postanowili wzmocnić i poszerzyć stosunki NATO–Rosja oraz ustanowić nowe mechanizmy współpracy. Formą jej instytucjonalizacji ma być nowe ciało w postaci Rady NATO–Rosja funkcjonującej już nie wedle reguły „19+1”, ale „20”. 
Formuła ta wzbudza sporo kontrowersji i wątpliwości. Jak przyciągnąć Rosję, nie osłabiając pozycji członków NATO i nie osłabiając siły samego Sojuszu? Jak wyodrębnić sprawy, które mogą być dyskutowane i rozstrzygane wspólnie z Rosją w formule „20”, od tych, na które Rosja wpływu mieć nie może? Są to pytania natury organizacyjno-technicznej, ale odpowiedzi mogą mieć istotne konsekwencje polityczno-strategiczne. Trwają więc intensywne prace nad przygotowaniem konkretnych rozwiązań. Ich propozycje mają być przedstawione w maju w Rejkjaviku na spotkaniu Rady Północno-Atlantyckiej. 
Przyjęcie nowej formuły współpracy Rosji z NATO znów zbiega się z kolejnym etapem rozszerzenia Sojuszu. I znowu opór Rosji chce się zneutralizować propozycją ściślejszej współpracy. Tyle że teraz konsekwencje wadliwego wdrożenia lub załamania się tej inicjatywy mogą być poważniejsze. Źle skonstruowane mechanizmy grożą, z jednej strony, „rozsadzeniem” NATO od wewnątrz, sparaliżowaniem procesów decyzyjnych, podważeniem zaufania wewnątrz Paktu. Konsekwencją może być utrata możliwości skutecznego działania, a nawet rozpad Sojuszu. Z drugiej, niewypał z „Radą 20” może znów zniechęcić Rosję do współpracy. Teraz już na długo. A wtedy skutkiem mogłaby być nawet nowa zimna wojna.
Obie strony będą musiały rozstrzygnąć ten trudny problem w listopadzie podczas szczytu NATO w Pradze. Rozstrzygnąć w interesie zarówno NATO, jak Rosji. Oraz Polski, jako że dobre relacje między NATO i Rosją to jeden z kluczowych czynników naszego bezpieczeństwa.

Autor jest generałem brygady, profesorem Akademii Obrony Narodowej oraz Prywatnej Wyższej Szkoły Businessu i Administracji w Warszawie; do końca ub. roku był dyrektorem Departamentu Systemu Obronnego MON.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl