Komentarze

 


Janusz A. Majcherek Kwestia klimatu

Krzysztof Burnetko Służba partyjna

 

Marek Orzechowski z Brukseli Straszenie biedą

 

Jacek Kubiak z Francji Le Pen i Bin Laden

 

Wojciech Pięciak Havel ostrzega, Warszawa milczy

 

 

 




  
Kwestia klimatu

Rząd przyjął ostatnie projekty zmian ustaw z programu „Przede wszystkim przedsiębiorczość” i stają się one przedmiotem dyskusji w Sejmie. Nowe rozwiązania służyć mają ułatwieniu podejmowania działalności gospodarczej i uproszczeniu procedur związanych z jej prowadzeniem. To słuszne posunięcia, ich skuteczność jednak może się okazać niewielka, a wpływ na gospodarkę niezbyt ożywczy.
Zmiany odnoszą się bowiem do drugorzędnych, choć faktycznie uciążliwych przepisów. Koncentrowanie się na drobiazgach może zaś zagmatwać i sparaliżować prace właściwej komisji sejmowej (jak stało się choćby z tzw. zespołem do spraw odbiurokratyzowania gospodarki). Brak radykalnych zmian każe się obawiać, że gospodarka pozostanie przeregulowana, a finalne modyfikacje poszczególnych przepisów staną się w praktyce przedmiotem interpretacji urzędników, mających skłonność do stosowania ich na niekorzyść przedsiębiorców. 
Lecz główną wadą projektów jest utrzymanie dotychczasowych obciążeń fiskalnych, zarówno stricte podatkowych, jak związanych z kosztami pracy. Większość drobnych przedsiębiorców płaci zwykłe podatki dochodowe, a te ostatnio wzrosły (przez zamrożenie progów) i mają jeszcze rosnąć (aby zrównoważyć proponowane przez ministra finansów zwolnienie od podatku kilku milionów osób najniżej zarabiających). Przedsiębiorcy będą więc może płacić państwu łatwiej, ale nie mniej. Do tego w pakiet zmian mających wspierać przedsiębiorczość upchnięto restrykcje przeciw hipermarketom, co przyniesie wymierne straty klientom, a nie powstrzyma zaniku drobnego handlu. A wielcy inwestorzy tracą zainteresowanie Polską i coraz częściej wybierają Czechy lub Węgry. Potrzebna jest zmiana klimatu, a nie tylko przepisów.
 
Janusz A. Majcherek

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 



Służba partyjna

Obecna ekipa doszła do władzy m.in. pod sztandarem poprawy jakości administracji. Standardem zaś służby cywilnej – uchodzącej za modelowy system nowoczesnej administracji – jest 6 tzw. zasad Nolana. Chodzi o bezinteresowność, nieprzekupność, obiektywizm, odpowiedzialność, uczciwość i jawność. 
Tymczasem Rada Służby Cywilnej alarmuje, że kontrolowane przez gabinet Leszka Millera urzędy państwowe niechętnie zatrudniają absolwentów Krajowej Szkoły Administracji Publicznej – uczelni powołanej w pierwszych latach III RP właśnie dla kształcenia urzędniczych elit. Jej wychowankowie są przygotowywani do pracy nie tylko pod względem profesjonalnym, ale i etycznym (wpajanie idei Nolana, poczucia etyki i więzi korporacyjnej, reguły apolityczności itp.). Do tej pory z absolwentami KSAP był jeden kłopot: mieli tyle ofert z ministerstw i urzędów centralnych (a z czasem i z renomowanych firm prywatnych), że rzadko wracali do pracy w rodzinnych stronach. 
Można żartować, że nie oferując KSAP-owcom atrakcyjnych stanowisk, rząd chce skłonić ich do szukania jej w terenie i wzmocnić administrację lokalną. Wiele jednak (choćby stosunek SLD i PSL do ustawy o służbie cywilnej) wskazuje, że taktyka jest mniej subtelna: chodzi o to, by zachować jak najwięcej miejsc dla własnych ludzi, a równocześnie mieć podwładnych jak najmniej przywiązanych do wzorca Nolana


Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Straszenie biedą

Projekt stanowiska Unii Europejskiej dotyczący rolnictwa, przesłany właśnie rządom unijnym przez Komisję Europejską, stanie się zapewne oficjalnym stanowiskiem 15-tki podczas jesiennej rundy rozmów z Polską i innymi kandydatami. Jest to bowiem wypadkowa interesów państw członkowskich UE oraz wynik kompromisu między nimi a Komisją, która uwzględniła również interesy kandydatów. 
Po ogłoszeniu założeń projektu w Polsce wybuchła wrzawa, że Unia chce skrzywdzić polskich rolników. Faktycznie, silne unijne lobby rolnicze nie próżnuje. Trzeba przecież połączyć dwa odmienne systemy rolne, z których unijny nastawiony jest na intensywną produkcję, a polski opiera się na tradycyjnym gospodarstwie. Wizja finansowania masowego polskiego rolnictwa według dotychczasowych unijnych zasad odbierana jest na Zachodzie jak horror. Stąd naciski na przyśpieszenie zmian w unijnej polityce rolnej oraz taki pakiet pomocy finansowej dla polskiej wsi, by już z chwilą członkostwa rozpocząć strukturalne zmiany. W efekcie w ciągu ledwie trzech lat Polska otrzyma ponad 20 mld euro, a w roku 2005 będzie współdecydowała o budżecie UE 2007–2013. Pakiet jest więc ofertą solidną, zaś jego notowania w Polsce niezasłużenie niskie.
Unijna pomoc oceniana jest głównie przez pryzmat tzw. dopłat bezpośrednich do produkcji rolnej, które wynosić mają tylko 25 proc. Tyle że dopłaty są instrumentem, który ma być w Unii redukowany do zera. W Brukseli pojawiła się obawa, że po wejściu do Unii Polska w interesie swoich rolników zablokuje redukcję. Przez to nie dojdzie też do przemian polskiej wsi. Tymczasem biedna i przestarzała strukturalnie polska wieś ma szansę na wielomiliardową pomoc. Straszenie, że chłopi powiedzą Unii „nie” zakłada, iż polska wieś nie ma problemów; że niepotrzebne jej dofinansowanie i modernizacja, że nie brakuje sprzętu, wodociągów, sklepów, miejsc pracy i w ogóle perspektyw. Oraz że Polacy stoją murem za chłopem i nie pozwolą go „skrzywdzić”. Średnie polskie gospodarstwo ma szansę dostać od Unii ok. 1300 euro bezzwrotnej pomocy. Kto dotąd oferował polskim rolnikom chociaż 1/5 tej sumy?


Marek Orzechowski z Brukseli

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Le Pen i bin Laden

Pierwsza tura wyborów prezydenckich we Francji zdruzgotała polityczny krajobraz kraju. Co prawda Jacques Chirac ma zapewnione ok. 80 proc. głosów (a więc i zwycięstwo w drugiej turze), ale z pola widzenia zniknął jego dotąd główny przeciwnik – lewica. Wyrósł mu natomiast inny, choć nie nowy, wróg: drugi w tych wyborach Jean-Marie Le Pen i nacjonalistyczny Front Narodowy. Francuzi ukarali rządzącą przez 5 lat lewicę. W miejsce klasycznej Partii Komunistycznej wyrosło kilka partii trockistowskich. Środek sceny pustoszeje na korzyść ekstremów. 
To dramat, lecz jeszcze nie tragedia. Zarówno prawica, jak lewica, choć ta wbrew sobie, odda głosy na Chiraca. Francja nie wpadnie w szpony Le Pena. Ale nacjonaliści wyborczy sukces zawdzięczają tylko po części nieudolności lewicy. Mocny człowiek Francji umiał bowiem wykorzystać obawy i lęki wyrosłe po 11 września. Karykaturując: prawie 20 proc. Francuzów woli Le Pena niż bin Ladena. 
Za miesiąc wybory parlamentarne. Czy złagodzą kryzys? Dziś nie sposób odpowiedzieć na to kluczowe dla przyszłości Francji pytanie. Nowa sytuacja dowodzi, że Francja zmierza w kierunku Austrii i Włoch. Tutejsze wyniki wyborów są też z uwagą śledzone w Berlinie, bo w Niemczech jesienią niewykluczone są podobne sensacje. 


Jacek Kubiak z Francji

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Havel ostrzega, Warszawa milczy

Praga przeszła do ofensywy: w siedmiu europejskich dziennikach (w tym w „Gazecie Wyborczej”) ukazał się artykuł Vaclava Havla, ostrzegający przed skutkami kampanii, którą przeciw Czechom prowadzą niektórzy politycy z Niemiec, Austrii i Węgier. Chodzi o tzw. dekrety Benesza, na mocy których po 1945 r. w Czechosłowacji wywłaszczono Niemców. Zniesienia dekretów żądają zgodnie, choć z różnych powodów, Edmund Stoiber (wkrótce może kanclerz Niemiec), Viktor Orban (lider węgierskiej prawicy; dekrety dotyczyły też Węgrów) i Wolfgang Schüssel (premier Austrii). Pojawiają się nawet głosy (Orban), aby od tego uzależnić akces Czech do UE. Emocje podgrzewa kontekst: wybory w Niemczech, Czechach, na Węgrzech i Słowacji. 
Warszawa milczy, uważając pewnie, że nas spór nie dotyczy. Czy słusznie? Nie, bo naciski na Pragę uderzają pośrednio w Polskę i w konsens, wedle którego choć wysiedlenia były moralnie złem, to politycznie nie można ich było uniknąć. Nawet gdyby podobny ton wobec Polski – Erika Steinbach ze Związku Wypędzonych mówi o „dekretach Benesza i Bieruta/Gomułki” – nie uzyskał takiego rezonansu, jak w przypadku Czech, to Havel ma rację: skutki psychologiczne już są fatalne. Chodzi nie tylko o rozbudzanie nacjonalizmów, ale i o kształt pamięci o II wojnie. Tymczasem ostatnio Niemcy chcą pamiętać głównie o własnych ofiarach – i o Holocauście. A pomysł p. Steinbach zbudowania w Berlinie „Centrum przeciw Wypędzeniom” – prowokacyjny wobec Polski i Czech – popiera spora część niemieckiej lewicy, odkrywającej w ostatniej powieści Grassa dramat uciekinierów z Prus Wschodnich. 


Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 17, 28 kwietnia 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl