Kościół wobec molestowania seksualnego


Gniew i smutek

Z O. Jamesem J. Gillem, amerykańskim psychiatrą, rozmawia w Chicago Jarosław Makowski



JAROSŁAW MAKOWSKI: – Co Ojciec czuje, gdy słyszy o kolejnych przypadkach księży oskarżonych o molestowanie seksualne nieletnich? 
O. JAMES J. GILL: – Kiedy oglądam telewizję i czytam największe amerykańskie gazety, głównie artykuły z pierwszych stron, czuję z jednej strony smutek i rozczarowanie, z drugiej zaś gniew, oburzenie i złość.
Jako psychiatra od lat zajmuje się Ojciec księżmi, którzy mają kłopoty ze swoją seksualnością. Czyżby problem wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży był dla Ojca zaskoczeniem?
– Przyznam, że tak. To prawda, że pierwszy raz opiekowałem się kapłanem, który wykorzystywał seksualnie nieletnich, już w 1964 r. Ale z rozmiarów tej patologii zacząłem zdawać sobie sprawę dopiero wówczas, kiedy jako konsultant do spraw molestowania seksualnego rozpocząłem pracę w komisji, działającej przy Konferencji Biskupów Amerykańskich. Komisja została powołana siedem lat temu i od tamtej pory spotyka się 3-5 razy w roku. Podczas tych spotkań stwierdziłem, że liczba raportów na temat molestowania seksualnego wzrasta. Jednak były to niemal zawsze stare przypadki, sprzed 10, a nawet 20 lat.
Należy pamiętać, że upływa sporo czasu, nim ofiara molestowania zdobędzie się na odwagę, jak również uzyska odpowiednie wsparcie najbliższych, by opowiedzieć swoją historię i złożyć skargę. Ale kiedy przed miesiącem „Boston Pilot” opublikował dane dotyczące liczby księży w archidiecezji bostońskiej oskarżonych o molestowanie nieletnich, to – muszę wyznać – przeżyłem szok. Sprawa dotyczy niemal 90 księży, na 900 pracujących w tej archidiecezji! Przez wiele lat mieszkałem i pracowałem w Bostonie: wielu z tych księży znałem, wielu było moimi kolegami i nigdy by mi do głowy nie przyszło posądzać ich o to, że mogą kogokolwiek wykorzystać seksualnie. Od tego czasu wciąż dręczy mnie pytanie: dlaczego tak wielu kapłanów nie było w stanie sprostać swemu powołaniu?

PROCES LECZENIA

– Pracuje Ojciec w ośrodku dla kapłanów, którzy mają problemy z własną seksualnością. W jaki sposób tam trafiają?
– Kierują ich przełożeni: biskupi, prowincjałowie zakonni albo przełożeni instytutów życia konsekrowanego.
– Na czym polega terapia?
– Przede wszystkim księża, co do których pada podejrzenie o molestowanie, są natychmiast odsuwani od pracy duszpasterskiej. Następnie stawiana jest diagnoza, a potem następuje odpowiednia terapia. Diagnozę stawiamy na podstawie wszystkich aspektów życia pacjenta: psychologicznych, społecznych, biologicznych, osobowościowych i oczywiście duchowych. Podstawowy cel takiej oceny to zdefiniowanie mocnych i słabych stron człowieka. Każdy przypadek kapłana, który molestował nieletnich, jest inny. Każdy z nich niesie swoją historię, swoje doświadczenia, osobowość, wzory życiowe i, co oczywiste, osobistą patologię. Proces oceny, jak i terapia, wiąże się z pracą, która dotyka głębokich pokładów ludzkiej świadomości. Staramy się poznać i zanalizować doświadczenia pacjenta, które doprowadziły do tego, że z kapłana stał się seksualnym napastnikiem. Dlatego pytamy: jakie pacjent podjął wysiłki, by oprzeć się pokusie, jaki rodzaj młodych ludzi molestował? Jakie zachowania towarzyszyły tym działaniom, jak często dochodziło do molestowania? Dalej: czy używał przy tym alkoholu, czy brał narkotyki? Czy już wcześniej był poddawany jakiejś terapii, czy rozmawiał z inną osobą o swoich problemach? Odpowiedzi na wszystkie te pytania pozwalają sformułować wstępną ocenę dewiacji pacjenta i opracować terapię, którą podejmują psychologowie i psychiatrzy, ale także neurolodzy. Terapia obejmuje zajęcia indywidualne, jak i grupowe.
Oczywiście cały proces leczenia ma miejsce pod ścisłym nadzorem wysoko wyszkolonych specjalistów w dziedzinie ludzkiej seksualności. Zazwyczaj kuracja trwa od sześciu do osiemnastu miesięcy. Okres pobytu w szpitalu kończy się sporządzeniem raportu. Końcowa ocena pacjenta, wraz z prognozami co do przyszłych seksualnych i społecznych zachowań księdza, jest przedstawiana jego zwierzchnikom. Ponieważ chodzi o kapłanów, dodatkową opinię sporządza osoba duchowna, która nadzorowała terapię. W większości przypadków zalecamy, by przełożony lub biskup badanego kapłana miał świadomość, że nigdy nie powinien on wrócić do pracy duszpasterskiej. W bardziej krytycznych sytuacjach sugerujemy, by ksiądz został pozbawiony możliwości kontaktu z dziećmi i młodzieżą.

CELIBAT, SEMINARIUM, PROBLEM

Czy na podstawie pracy z duchownymi, którzy wykorzystywali seksualnie dzieci, można wskazać czynniki powodujące pedofilię?
– Wiele ośrodków na całym świecie bada przyczyny pedofilii. Dotychczas nie mamy jasności, jakie są jej główne przyczyny. Niektórzy uczeni wskazują na uwarunkowania genetyczne, inni że są one wynikiem zaburzeń prenatalnych, jeszcze inni, że hormonalnych. Nie bez wpływu na późniejsze zachowania mają wczesne kontakty seksualne. Więcej niż połowa badanych przez nasz ośrodek była w dzieciństwie lub w okresie dojrzewania wykorzystywana seksualnie. Uważam, że to bardzo istotny czynnik, który leży u podłoża dewiacyjnych zachowań wielu księży.
A celibat? Wielu psychologów, teologów i świeckich katolików uważa, że to właśnie celibat jest przyczyną zaburzeń seksualnych księży...
– To niepoważne opinie. Celibat w żadnym wypadku nie prowadzi do pedofilii. Ba, więcej przypadków wykorzystywania seksualnego notuje się wśród ludzi żonatych niż tych, którzy żyją w celibacie. Trzeba pamiętać też o tym, że taką samą liczbę przypadków pedofilii notuje się wśród żonatych księży innych Kościołów chrześcijańskich.
Osobiście nigdy nie słyszałem, żeby jakiś pedofil powiedział, iż został księdzem, ponieważ miał takie skłonności. Ale nie wykluczam, że byli i tacy, którzy wstąpili do seminarium, bo zdawali sobie sprawę z tego, że mają kłopoty ze swoją seksualnością. Może chcieli uwolnić się od społecznej presji posiadania żony czy jakichkolwiek intymnych kontaktów z kobietami?
– A jak wygląda sprawa z homoseksualizmem? 
– Bywają tacy, którzy wiedząc o swoich skłonnościach homoseksualnych, traktują wstąpienie do seminarium jako możliwość bycia pośród innych mężczyzn, którzy również mogą mieć podobne skłonności. Prawdą jest i to, że z nie do końca wyjaśnionych powodów zwiększa się liczba mężczyzn o skłonnościach homoseksualnych, wstępujących do amerykańskich seminariów. W wielu seminariach ostrzega się kleryków przed zbytnim emocjonalnym zbliżeniem z innymi mężczyznami. Wszystko oczywiście z obawy przed potencjalnymi oskarżeniami o homoseksualizm. Ale kleryków ostrzega się też przed kobietami: przełożeni obawiają się, że seminarzysta mógłby się zakochać i porzucić sutannę. Postępując w ten sposób, nie uczy się przyszłych księży rozwijania umiejętności życia w grupie. A to, moim zdaniem, prowadzi do tragedii.
Obecnie w większości parafii USA pracuje tylko jeden ksiądz – kiedyś było trzech lub czterech. Kapłan pracujący w parafii jest więc właściwie pozbawiony towarzystwa; poczucia, że z kimś dzieli swe życie. Inny kłopot polega na tym, że księża mają wielu znajomych, lecz niewielu prawdziwych przyjaciół. A to znaczy, że tak naprawdę nikt nie wie, czego się oni obawiają, co ich rozczarowuje, w jaki sposób doświadczają Boga, jakie są ich fantazje, marzenia? Choć większość księży żyje w grupie, to jednocześnie są oni odizolowani od prawdziwego życia.

WIĘKSZE WYMAGANIA

Czy zgadza się Ksiądz z opinią kard. Dario Castrillón Hoyosa, prefekta watykańskiej Kongregacji Duchowieństwa, który podczas prezentacji Wielkoczwartkowego listu Jana Pawła II do kapłanów powiedział: „w warunkach panseksualizmu i libertynizmu seksualnego, stworzonych przez świat dzisiejszy, niektórzy księża, będąc ludźmi tejże kultury, dopuścili się bardzo ciężkiego grzechu nadużycia seksualnego”?
– Przeciwstawienie się temu, czym bombarduje nas współczesna kultura seksualna, wiąże się z większym niż dotąd wysiłkiem, dyscypliną i samokontrolą. Ale to nie współczesna kultura jest zła; problem leży w nas, którzy nie mamy na tyle siły, by ją przemienić.
Na ile ujawniane przypadki pedofilii i homoseksualizmu wśród księży zmienią oblicze amerykańskiego katolicyzmu?
– Wizerunek amerykańskiego Kościoła, głównie w Europie, jest następujący: prawa i zasady kościelne spisuje się w Watykanie, a amerykańscy duchowni i świeccy ściśle tych zasad przestrzegają. To, co się dziś dzieje w naszym Kościele, pokazuje, że pod powierzchnią doskonałości kryje się wiele występków i wykroczeń. Choćby ukrywanie seksualnych przestępców. Myślę jednak, że zasięg i rozmiar kryzysu amerykańskiego katolicyzmu zmusił wiele osób do refleksji i odpowiedzenia sobie na pytanie: czy jest to rzeczywiście tylko wewnętrzny problem Kościoła w USA, jak wielu – łącznie z Watykanem – sądziło na początku, czy też dotyka on także inne Kościoły?
Kto zatem jest odpowiedzialny za rozmiar skandalu, który dotyka tutejszy Kościół? Czy winę ponoszą biskupi, którzy ukrywali seksualnych przestępców?
– Każdy przestępca, także osoba wykorzystująca seksualnie dzieci, ukrywa swoje grzechy. Oczywiście są ludzie, którzy potrafią się przyznać, ale zazwyczaj mamy do czynienia z nieustannym zaprzeczaniem. Także księża, nawet przed samymi sobą, nie są w stanie przyznać się do złych czynów. Jeśli nawet zdają sobie sprawę ze szkód, jakie wyrządzili, zawsze próbują racjonalizować i usprawiedliwiać swoje zachowania. Sądzą, że to, co robili, nie ma większego znaczenia dla dziecka, które wykorzystali. Widzimy ten mechanizm podczas terapii.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego biskupi ukrywali przypadki molestowania, wydaje się prosta: starali się ukryć skazy na nieskazitelnym dla wielu katolików wizerunku Kościoła. Trzeba pamiętać, że biskupi złożyli obietnicę chronienia oblicza i dobrego imienia Kościoła. Poniekąd myślę, że to naturalna tendencja – skłonność do skrywania czegoś, co jest ohydne. Co się stanie, kiedy ludzie dowiedzą się, że ich ukochany ksiądz, którego przez całe życie słuchali, zwierzali się mu się ze swoich grzechów, który chrzcił ich dzieci, prowadził grupy ministrantów, jest pedofilem? Przecież ujawnienie tych przypadków – myślał niejeden biskup – będzie tragedią i dla Kościoła, i dla wiernych. Szokiem, z którego ci ludzie mogą się już nie podnieść. Bo dla każdego musi być szokiem wiadomość, że ksiądz, któremu zaufał, w tym samym czasie seksualnie wykorzystywał jego dziecko.
Oto powód, dlaczego wszystko trzymano w tajemnicy. Proszę mi wierzyć: nienawidzę takiego uzasadnienia, ale myślę, że jest prawdziwe. Nienawidzę, gdyż chroniono wizerunek Kościoła kosztem niewinnych i bezbronnych dzieci.
Co Kościół powinien teraz zrobić? Czy do końca ujawnić historie księży podejrzanych o wykorzystywanie seksualne nieletnich?
– Śledząc komentarze z ostatnich tygodni uważam, że Kościół nie ma innego wyjścia. Katolicy i niekatolicy nie zgodzą się na połowiczne rozwiązanie problemu. Trzeba ujawnić wszystkie skandale, w jakie uwikłani są księża. Inaczej nie wyobrażam sobie, że ludzie ponownie zaufają swojemu księdzu, będą chcieli posłać dziecko do katolickiej szkoły albo przekroczyć próg seminarium.
– Czy więc bycie księdzem w Stanach jest dziś trudniejsze?
– Dla niektórych na pewno. Wielu ludzi widząc kapłana zastanawia się, czy jest on jednym z tych wykorzystującym seksualnie dzieci albo aktywnym homoseksualistą? Wierni są źli na księży, którzy pozbawili ich złudzeń, że można żyć bez grzechów; którzy pozbawili ich twardego i pewnego gruntu. Zdajemy sobie sprawę, że trudniej teraz będzie o powołania i trudniej będzie zachęcić ludzi do odwiedzenia kościoła.

O. James J. Gill jest psychiatrą i jezuitą, członkiem prowincji kalifornijskiej. Pomysłodawca i założyciel czasopisma „Human Development”. Założył i kieruje Instytutem Badań nad Ludzką Seksualnością (Christian Institute for the Study of Human Sexuality) w Chicago. Pracuje jako konsultant w ośrodku Institute for Living, który zajmuje się leczeniem i pomocą dla księży wykorzystujących seksualnie dzieci w Hartford w stanie Connecticut.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl