Przegląd prasy

Pytania dla polskiego Kościoła cd. 



W związku ze sprawą abpa Paetza najważniejsze pytanie brzmi teraz: jak od szoku i bólu przejść do oczyszczenia? „Skoro wierzymy, że prawda wyzwala i oczyszcza, to jak przyczyniać się do tego, aby rzeczywiście dokonywało się wyzwolenie i oczyszczenie? W jaki sposób publicznie mówić o tak bolesnym i delikatnym problemie? Czy nie grozi to podważeniem zaufania do duchownych, których większość pełni swą służbę pokornie i w prawdzie? Jak zabezpieczyć się przed podobnymi skandalami w przyszłości? Jak ukazywać świętość Kościoła pomimo grzechu jego członków?” Refleksja ta jest tym bardziej potrzebna, że można się obawiać, iż „zwycięży w naszym Kościele opcja przemilczenia i przemodlenia wszystkiego w pokornej bezczynności...” – pisze w WIĘZI (4) redaktor naczelny Zbigniew Nosowski.
Oczywiście można uznać, że sprawa ma charakter jednostkowy. Tyle że takie pocieszanie się może doprowadzić do przeoczenia prawdziwego problemu: „Bardzo poważne i bardzo wiarygodne zarzuty postawiono przecież nie szeregowemu księdzu, lecz arcybiskupowi, jednemu z 13 metropolitów Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce. Mamy do czynienia z karygodnym zgorszeniem pełnych religijnej żarliwości młodych ludzi przygotowujących się do kapłaństwa, w dodatku z wykorzystywaniem zależności kleryka od swego biskupa”. Do tego dochodzą próby ukrywania i tuszowania sprawy przez osoby i instytucje kościelne uprawnione do jej wyjaśnienia. W efekcie ucierpiała nie tylko opinia poszczególnych osób – nadwerężone zostało zaufanie do Kościoła. „Ludzie, którzy mają wątpliwości, czy struktury kościelne potrafią radzić sobie z tego typu przypadkami, wręcz wyczekują uczciwych wyjaśnień, które pozwolą im odbudować zaufanie do Kościoła. Skoro sprawa stała się publiczna, to nie można już niczego ukrywać – trzeba wyjaśnić wszystkie zarzuty otwarcie, szybko i uczciwie.” Od reakcji ludzi i struktur Kościoła zależy, czy wiarygodność da się odzyskać. 
I nie chodzi tu tylko o wizerunek Kościoła w oczach opinii publicznej, lecz „przede wszystkim o »wewnętrzną« uczciwość życia Kościoła”. Grzech seksualny duchownych dotyczy przecież najczęściej „osób powierzonych ich pasterskiej pieczy”. Najpierw między księdzem a przyszłą ofiarą „powstaje zaufanie na poziomie duchowym, które następnie jest przez duchownego wykorzystywane dla zaspokojenia potrzeb erotycznych”. Zgorszenie jest tu porównywalne z wykorzystywaniem seksualnym dzieci przez rodziców. Zasadą działania Kościoła w takich sprawach winno być zdecydowanie i szybkość. 
W Polsce jedyną metodą postępowania Kościoła wobec księży podejrzewanych o nadużycia seksualne było przeniesienie kapłana do innej parafii. Zakładano, że wyciszenie sprawy będzie oznaczało jej rozwiązanie. Tymczasem ten sam problem mógł się pojawić i w nowym miejscu… Więcej: trzeba wypracować procedury rozwiązywania nie tylko przypadków nadużyć wobec nieletnich, ale też gwałtów i molestowania osób dorosłych oraz aktywnego homoseksualizmu wśród duchownych. „Takie przypadki są i powinny być rozwiązywane siłami i środkami Kościoła lokalnego.” 
Zdaniem Nosowskiego lepiej, by historie takie nie były roztrząsane publicznie: łatwo bowiem obrzucić kogoś błotem podejrzeń, z którego trudno się oczyścić nawet po oddaleniu zarzutów, a ujawnienie sprawy powoduje dodatkowe cierpienia poszkodowanych. Jednak „ukrywanie może być dobrem tylko w takim wypadku, kiedy od razu reaguje się na zło”. 
Problemów księży na tle seksualnym nie da się rozwiązać decyzją o przeniesieniu do innej parafii. Często niezbędna jest specjalistyczna terapia. „Czy są jednak w Polsce ośrodki, gdzie można by ją dyskretnie przeprowadzać wobec księży, którzy by jej potrzebowali? Czy biskupi są gotowi wysyłać swoich księży na takie sesje terapeutyczne?” Kościół w Polsce do tej pory nie posiada żadnych wytycznych, co do postępowania w podobnych sytuacjach. 
Doświadczenia zachodnie wskazują, że przy ujawnieniu sprawy najgorszą metodą jest chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie stało. „Więź” już latem ub. r. przestrzegała przed taką taktyką, pisząc o reakcjach metropolity przemyskiego na oskarżenia wobec proboszcza z Tylawy. Stwierdzała wtedy: „prawdziwe dobro Kościoła to nie jego wizerunek publiczny, nie obrona instytucji, ale dobro tych, których (...) Ewangelia nazywa »owieczkami«. Dobro Kościoła to dobro dzieci”. W przypadku poznańskim „dobro Kościoła to nie tylko troska o dobre imię arcybiskupa, lecz przede wszystkim o tamtejszych seminarzystów, którzy najprawdopodobniej otrzymywali niemoralne propozycje ze strony swojego pasterza, na którego ręce mieli złożyć śluby posłuszeństwa”. W kościelnych reakcjach zabrakło troski o młodych ludzi, którym doświadczenia z hierarchą mogły zawalić w gruzy hierarchię wartości. 
Rzecz jasna, wobec metropolity tylko papież może podejmować decyzje. Formalnie polscy biskupi nie mieli w tej sprawie wiele do powiedzenia. „Czy jednak we wspólnocie Kościoła nie powinny działać także inne mechanizmy służące oczyszczaniu?” Znaleźli się duchowni i świeccy, którzy zwracali się bezpośrednio do abp. Paetza i do Stolicy Apostolskiej z sugestiami odnośnie dalszego pełnienia przez niego funkcji metropolity. Należy im się szacunek za odwagę, z jaką podejmowali problem, mimo restrykcji, jakie niektórych z nich spotykały. „Czy bracia w biskupstwie metropolity poznańskiego próbowali zastosować wobec niego znaną doskonale w Kościele metodę, jaką jest upomnienie braterskie?” Klimatu szczerości – przerwania milczenia wokół sprawy, o której wiedziało wiele osób – zabrakło nie tylko wśród biskupów poznańskich, ale i w gronie całego Episkopatu. 
Po ujawnieniu zarzutów całkowicie zawiodła polityka informacyjna Sekretariatu Episkopatu Polski. Okazało się, że rzecznik Konferencji Episkopatu – a więc „osoba odpowiedzialna za kształtowanie publicznego wizerunku Konferencji Episkopatu Polski, a pośrednio także całego Kościoła – nie ma na ten temat nic do powiedzenia”. 
Nic dziwnego, że pogubili się też niektórzy katecheci czy kaznodzieje. „Niewielu było nauczycieli religii, którzy postanowili odnieść się do rzeczywistości, która poprzez media zbulwersowała ich uczniów. Częściej zdarzało się uciekanie od niej w inną rzeczywistość – modlitwy. Owszem, należało się wówczas modlić, ale także trzeba było jakoś pomagać młodym, często zagubionym ludziom ogarnąć ten trudny problem. Modlitwa to właściwa odpowiedź człowieka wierzącego na zło, o którym się dowiaduje. Pokusą nie jest samo uciekanie się do modlitwy, lecz skłonność do traktowania modlitwy jako ucieczki od zbyt trudnej rzeczywistości. Można bowiem zamknąć ból w milczeniu. Modlitwa może się wówczas stać wymówką dla własnej bezczynności”. 
Jak zatem reagować na zło pojawiające się w Kościele? „Na czym polega nasza odpowiedzialność za Kościół, za ludzi Kościoła w sytuacjach kryzysowych? Kiedy uzasadniona dyskrecja przeradza się w niedopuszczalne asekuranctwo? Czy modlitwa to naprawdę wszystko, co powinniśmy czynić? Czy modlitwa bez uczynków nie jest martwa? Czy pokorne oczekiwanie – w przypadku kogoś, kto ma jakiekolwiek możliwości oddziaływania, informacji, alarmowania – nie staje się bezczynnością? Jak reagować na plotki, pomówienia, podejrzenia, a jak na poważne poszlaki świadczące o grzechach osób pełniących funkcje kościelne – zarówno duchownych, jak świeckich? Czy jako postronny chrześcijanin mam obowiązek odróżniać pomówienia od poszlak, czy mam obowiązek podejmowania dociekań w sprawie tzw. publicznych osób Kościoła? Na czym polega szanowanie godności osoby – tej, na którą pada cień podejrzeń, i tej, co do której posiadamy moralną pewność, że jest winowajcą? Kiedy miłosierdzie przestaje być sobą i przeradza się w pobłażliwość?” 
Nauczanie Kościoła odróżnia predyspozycje homoseksualne od zachowań. Same skłonności nie podlegają ocenie moralnej, lecz dopiero uleganie im. „Jest jednak wielki obszar do dyskusji: co praktycznie można zaproponować osobom o skłonnościach homoseksualnych, które chcą być autentycznymi katolikami?” Istnieje też problem obecności osób o skłonnościach homoseksualnych wewnątrz struktur kościelnych. Jego istnienie potwierdzają liczni wychowawcy seminaryjni. „Tymczasem ciągle nie mamy w naszym Kościele odwagi i właściwych instrumentów do dyskusji na ten temat.” Wiadomo też o przejawach „wzajemnego popierania się osób o skłonnościach homoseksualnych” w zakonach – co bywa destrukcyjne dla całej wspólnoty. Czy jednak przełożeni potrafią sobie z tym radzić?
Komentatorzy postawili wręcz problem funkcjonowania w Kościele homoseksualnego lobby. „Powyższe pytanie dotyka chyba najbardziej mrocznej z poruszonych kwestii. Odpowiedź pozytywna oznaczałaby nie tylko, że we wspólnocie Kościoła mogą pojawiać się grupy nacisku, ale że poczucie zwartości tych grup może opierać się na więzi zbudowanej wokół grzechu, że może chodzić o solidarność w złu…” Oczywiście nie można opierać się tu na plotkach czy pogłoskach. „Jednak pytanie to trzeba postawić, tak jak wiele wcześniej przytoczonych, oraz – odważnie i roztropnie – poszukiwać odpowiedzi.”
 

KB
 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl