A mój syn

O rozmnażaniu się diabłów (2)

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn i ja mamy wspólne hobby: nazbieraliśmy już dwadzieścia kilka wersji piosenki z filmu o przygodach Pippi Langstrump. Ostatnio najczęściej prosi: „Puśćmy to, jak diabły śpiewają”. Chodzi o wersję skandynawskiego zespołu heavy-, a może nawet death-metalowego – nie wyznaję się w tych odmianach. Puszczamy, tańczymy i jesteśmy w siódmym niebie.
A z książki ks. Józefa Warszawskiego „Garabandal – objawienie Boże czy mamienie szatańskie”, dowiaduję się, że „W 1823 roku w Ariano (Puglia, Włochy) dokonywano egzorcyzmów nad 12-letnią opętaną. Zły duch na otrzymany rozkaz ułożył sonet ku czci Niepokalanego Poczęcia i wypowiedział ustami tejże dwunastoletniej analfabetki. Sonet był tak piękny, że Papież Pius IX, kiedy mu już po ogłoszeniu dogmatu o Niepokalanym Poczęciu ów sonet pokazano, był wzruszony do łez”.
Stosunki między diabłem a sztuką wcale nie są dla mnie jasne. Gdybyż można było powiedzieć, że diabeł rozmnaża się przez sonety, a kancona służy mnożeniu się aniołów, wszystko byłoby prostsze. A tu nawet tak jaskrawo przeciwstawne gatunki jak „muzyka” „satanistyczna” i muzyka sakralna o niczym nie przesądzają. Gdyby moje dziecko chciało na przykład słuchać zespołu „Kat”, nie miałbym nic przeciwko temu, bo choćby lider „Kata” Roman Kostrzewski zjadł dwadzieścia czarnych kotów, nie da rady wyprodukować nic ponad niegroźnego chochlika. Natomiast nie chciałbym już, żeby moja latorośl słuchała chorałów gregoriańskich w wersji disco. Boję się diabła przebranego w fatałaszki piękna, ale kiedy mówi się o szatanie wprost, nawet dziecko widzi, że to odpychająca persona. Przypadki dzieci, których nie nauczono odróżniać piękna od ohydy i dobra od zła, na razie pomijam.
Śmiem podejrzewać, że sztuka między innymi wtedy służy diabłu, kiedy się ją, lub jej piękno absolutyzuje. Kiedy artysta zapomina, że oprócz sztucznych światów sztuki istnieje świat realny. Być może takie zapomnienie przydarzyło się Karlheinzowi Stockhausenowi, kiedy za wybitne dzieło sztuki uznał atak na WTC. To nawet może i prawda, ale zauważyć to, to już hańba. Widzieć sztukę tam, gdzie umiera człowiek, to dewiacja, o której była już mowa przy okazji artystów obiektywu obskakujących trupy w niezliczonych „punktach zapalnych” globu. Jeśli śmierć jest sztuką, to niech Stockhausen popełni jakieś ładne seppuku za pomocą smyczka i szlus.
Bardzo lubię złotą myśl Gauguina, że brzydkie może być piękne, zaś ładne nie będzie piękne nigdy. Wielu współczesnych artystów zdaje się to rozumieć, ale dodatkowo zakłada, że jak coś będzie ohydne, to już będzie takie piękne, że nam pourywa powieki z zachwytu. Ten stworzy kompozycję przestrzenną ze zmumifikowanych zewłoków, ta piramidę z wypchanych trupów ustawi i gołe stare baby sfilmuje, ten zanurzy krzyż w moczu, ta zawiesi na krzyżu genitalia. A właśnie. Wcale nie uważam krzyża za nietykalny symbol, ale rad bym poznać życiorysy tych wszystkich Katarzyn Kozyr i Andresów Serrano. Czy czasem nie pochodzą z rozbitych rodzin albo nie są sierotami, których nie nauczono odróżniać? Ich artystyczne gesty bardzo mi przypominają zachowania dzieci z tzw. marginesu, które odwracają krzyże na cmentarzach, bo jak coś jest postawione do góry nogami, to ma straszną wymowę.
Dyjaboł musi się cieszyć z ich dzieł, ale chichra się też pewnie, kiedy szukamy go tam, gdzie go nie ma. Wcale nie postuluję polowania na szatana, maccarthyzmu i żeby red. Rydzyk został ministrem kultury. Tym bardziej, że w tropieniu szatana i na mnie kiedyś padło. Oj, wiem jak to boli przeczytać o sobie: „Jeśli jednak, nawet podświadomie, czytelnik Podsiadły przyjmie jego przesłanie – sam siebie postawi w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ponieważ ten, kto faktycznie kieruje doktryną poety, nie zna się na etykiecie. Po prostu: nie jest człowiekiem” („Brulion” 1/1999, str. 259). Oj, jak potem podejrzliwie człowiek sprawdza, czemu mu pięty twardnieją, czemu mu sterczy kość ogonowa i czy mu coś nie rośnie w zakolach! Albo zbiera człowiek te piosenki Pippi, a tu nagle trafia na artykuł Davida Nagela z „New York Times”: „Rudowłosy zwiastun Apokalipsy”, zaczynający się zdaniem mówiącym, iż powołaniem Pippi było wypełnić próżnię powstałą po śmierci Hitlera. Nie wiem, czy to nie kaczka dziennikarska, ale dalej idzie drobiazgowa analiza wszystkiego: imion Pippi (starofrancuskie „pepin”, oznaczające owoc zakazany), jej przygód, jej zwierząt (małpka Pan Nilsson to fizyczna manifestacja upadłego anioła Nelchaela), a nawet jej naszej piosenki! „Mam ledwie dziewięć lat, mieszkam sobie sama w domu taty, czekając, aż wróci z daleka” – „Tutaj Pippi zdradza, iż jest w dziewiątym roku tysiącletniego panowania Antychrysta, mieszkając w „domu taty«, czyli na ziemi będącej królestwem Szatana. Prorokuje także drugie nadejście »taty«, czyli czas Apokalipsy...”.
Jest jeszcze jeden sposób, w jaki sztuka płodzi diabły: kiedy nie odwzajemnia się swoim wyznawcom. Wspomniany Hitler boleśnie przeżył, że nie przyjęto go do wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych i jeszcze krótko przed wojną zanotował: „Jakże chętnie zostałbym na wsi i poświęcił się malarstwu!” W wierchuszce III Rzeszy aż się roiło od niespełnionych artystów. Alfred Rosenberg bez powodzenia malował i pisał. Goebbels pisał dramaty i wiersze, udało mu się nawet opublikować powieść. Wyjątkiem, być może potwierdzającym regułę, był przywódca Hitlerjugend Baldur von Schirach, uchodzący za najlepszego poetę Rzeszy. Na poezje Stalinów i Ceausescu spuśćmy litościwą zasłonę. Widziałem akwarelki Hitlera, są ładne. Nie bałbym się przeczytać liryków von Schiracha ani szatańskich sonetów 12-letniej Włoszki. Bałbym się za to powiesić na ścianie reprodukcję „Piss Christ” Serrano. Też jest ładna i podoba mi się ten krzyż w rozemglonej przestrzeni, ale nie podoba mi się tytuł. Z dwojga złego wolę Matkę Boską fosforyzującą, com ją niedawno kupił dziecku w pewnym sanktuarium, żeby świeciła mu w nocy nad czołem.
Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole 1
podsiadlo@atol.com.pl


 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl