Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Nadzieja na sprawiedliwość

Ks. Adam Boniecki Klonować czy nie?

 

Wojciech Pięciak Za mundurem panny...?

 

Jacek Imbramowski Monopol zły, monopol dobry

 

Tomasz Fiałkowski Trudniej zbudować niż zburzyć

 

 

 




  
Nadzieja na sprawiedliwość

„Trybunał świata”, „Na wyjątkowe zło wyjątkowy lek”, „Ponadpaństwowy sąd nad zbrodniami”, „Młot na potężnych”, „Nowa karta w dziejach ludzkości” – takimi tytułami prasa opatruje kolejne etapy prac nad stworzeniem Międzynarodowego Trybunału Karnego. Oczekiwania są ogromne: chodzi o powołanie sądu społeczności międzynarodowej dla winnych ludobójstwa, zbrodni wojennych i przeciwko ludzkości (co ważne: jurysdykcja MTK nie obejmie terroryzmu). Dotąd trybunały takie powoływano okazyjnie (w Norymberdze i Tokio dla oprawców z czasów II wojny, w Aruszy dla winnych masakr w Rwandzie, a w Hadze dla zbrodniarzy z czasów konfliktu w Jugosławii). Sporadycznie też udawało się osądzić winnych z najwyższych szczebli władzy (stąd wydarzeniem jest proces Miloszevicia).
Jednak ubiegłotygodniowa wiadomość, że udało się wreszcie osiągnąć wymaganą do powołania Trybunału liczbę państw, okazała się sensacją. Równocześnie bowiem idea Trybunału napotyka na duży opór. I to nie tylko ze strony dyktatur w rodzaju Chin, Libii czy Iraku, ale też Rosji i Izraela oraz – co najważniejsze – Stanów Zjednoczonych. Wszyscy przeciwnicy powołują się naturalnie na zasadę suwerenności, którą ograniczy poddanie się pod jurysdykcję Trybunału. Waszyngton przedstawia jednak i inne, już mniej ideologiczne, argumenty. Że choć powołany zostanie MTK, to zbrodniarze będą – paradoksalnie – bezpieczniejsi. Trybunał nie będzie dysponował własnymi siłami do ścigania podejrzanych, a wśród dotychczasowych globalnych żandarmów – Amerykanów właśnie – osłabnie ochota na angażowanie się w zaprowadzanie światowego porządku: wszak i ich można będzie ciągać przed sąd. Jednocześnie trudno wyobrazić sobie, by Pekin czy Trypolis zgodziły się wydać swoich obywateli Trybunałowi. Chiny zaś czy Rosja jako stali członkowie Rady Bezpieczeństwa mogą nadto hamować podejmowanie postępowania (szczęśliwie są i inne sposoby wszczęcia sprawy). Istotne wreszcie, że groźba postawienia przed Trybunałem (a ścigane przezeń czyny się nie przedawniają) może zniechęcać tych dyktatorów, którzy chcieliby pokojowo oddać władzę za cenę uniknięcia kary. 
Mimo tych obiekcji powstanie Trybunału jest szczęśliwie nieuniknione. A czy pomysł się sprawdzi, zależy i od determinacji jego zwolenników – m.in. od tego, jak szybko przystosują prawo wewnętrzne do procedur Trybunału, czy zdołają nominować odpowiednich sędziów i będą reagować na próby wykorzystywania Trybunału dla czyichkolwiek interesów.
 
Krzysztof Burnetko

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 



Klonować czy nie?

Wiadomość, że matka zastępcza sklonowanego zarodka ludzkiego jest w ósmym tygodniu ciąży, stała się światową sensacją. Jeszcze raz zabrały głos autorytety, lekarze, etycy, na ogół odnosząc się do eksperymentu negatywnie, tak z punktu widzenia medycyny, jak etyki i religii. Autorem eksperymentu ma być włoski genetyk Severino Antinori, który zasłynął m.in. z uszczęśliwienia macierzyństwem (in vitro) pań w wieku podeszłym. Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z zagadnieniem fundamentalnym, tzn. z samą istotą rozumienia człowieka oraz granic dopuszczalnego manipulowania nim i jego losem. To problem nowy i wyjątkowo trudny. Ale wkrótce powinniśmy sobie z nim poradzić. Oto przez cały tydzień strona internetowa jednej z rozgłośni radiowych będzie otwarta dla tych, którzy chcą się wypowiedzieć czy są za, czy przeciw klonowaniu. Potem, już na antenie odbędzie się debata, w której będą się ważyć „wszystkie za i przeciw powielaniu ludzi”. Jej zapis wydrukuje duży krajowy dziennik... Dyskusje na aktualne tematy są potrzebne. Znając jednak przeciętny poziom internetowych dysput, jestem pełen najgorszych przeczuć. Pogląd, że wszystko da się rozstrzygnąć przez referendum, jest ryzykowny. Proponuję temat następnej sondy: „uśmiercać czy nie emerytów”. 


Ks. Adam Boniecki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Za mundurem panny...?

Czy powszechna służba w wojsku – czyli egzekwowanie przez państwo od obywatela poważnego świadczenia, jakim jest wyrwanie go na kilkanaście miesięcy z życia rodzinnego i zawodowego, jest zgodna z konstytucją demokratycznego państwa? Na to pytanie musiał odpowiedzieć w ubiegłym tygodniu Trybunał Konstytucyjny Niemiec, orzekając w sprawie młodego człowieka, który postanowił podważyć legitymizację tak zasadniczej, jak zastępczej służby wojskowej. Potencjalny poborowy (z zawodu prawnik) użył przy tym nowego w tym sporze argumentu. Twierdził, że „w dzisiejszych warunkach służba wojskowa jest nieproporcjonalną ingerencją państwa w podstawowe prawa obywatela”. Sąd niższej instancji przyznał mu rację, sprawa trafiła przed Trybunał. Ten nie podzielił poglądów młodego człowieka, ale przeciwnicy powszechnego poboru będą coraz częściej sięgać po jego rozumowanie.
Bo czy powszechna i obowiązkowa służba w wojsku ma dziś sens? Powszechny pobór – z którego niedawno zrezygnowały Francja, Hiszpania, Belgia i Holandia – zagościł na dobre w Europie dopiero za Napoleona, apogeum osiągając podczas XX-wiecznych „wojen totalnych” (kiedy wygrywał ten, kto potrafił lepiej zmobilizować i rezerwy ekonomiczne, i masę ludzką) oraz za „zimnej wojny”. Dziś wojny z udziałem Zachodu to „punktowe” interwencje, prowadzone nie przez podszkolonych rekrutów, ale przez specjalistów, przy użyciu nowoczesnego sprzętu, gdzie celem jest nie zamienienie wrogiego państwa w „spaloną ziemię”, ale osiągnięcie metodami militarnymi konkretnych celów politycznych. 
Dotąd w dyskusjach o poborze – a trwają one we wszystkich (niewielu) krajach europejskich, w których państwo nakłada jeszcze na obywateli płci męskiej takie obciążenie – dominowały argumenty ideowe bądź pragmatyczne. Powszechna służba wojskowa ma być nadal obowiązkiem obywatelskim albo/i konsekwencją doktryny bezpieczeństwa kraju (liczna armii w razie kryzysu) bądź zwykłą koniecznością wobec ograniczeń finansowych. W Polsce słyszy się, że armia zawodowa kosztuje więcej (choć wyliczeń nikt nie przedstawił). W Niemczech zaś, gdzie służba w wojsku ma charakter ochotniczy – bo przyznanie zastępczej jest automatyczne – pobór to sposób na tanią rekrutację kandydatów na żołnierzy i na tanią siłę roboczą: likwidacja poboru, a więc i służby zastępczej, grozi krachem opieki socjalnej. To argument mało ideowy, ale jak widać (jeszcze) decydujący. 


Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Monopol zły, monopol dobry

Rząd uchwalił dokument „Założenia polityki konkurencji na lata 2002-03” i przyjął raport Urzędu Ochrony Konsumentów o stopniu monopolizacji gospodarki. Wiele uwagi poświęcono supermarketom, które – jako monopoliści – mają być przyczyną upadku rodzimego drobnego handlu. Planuje się więc m.in. restrykcje odnośnie obniżania cen w ramach promocji – nie bacząc, że uderzy to w klientów i że podział cen na zwykłe, urzędowe, regulowane już przerabialiśmy. 
Równocześnie jako sukces odtrąbiono porozumienie między Telekomunikacją Polską S.A. a Niezależnym Operatorem Międzymiastowym. Dzięki temu NOM będzie mógł wreszcie dostać należne pieniądze od tych obywateli, którzy wybrali jego usługę (wykręcając prefiks 1044), nie chcąc przepłacać w TP S.A. Wreszcie – bo dotąd TP S.A. przy pomocy prawnych kruczków udawało się blokować dopływ pieniędzy do konkurencji. Tu jakoś rząd miesiącami nie reagował, choć ma do tego agendy, problem dotyczył większości Polaków, a dalsze korzystanie przez TP S.A. z monopolistycznej pozycji w tak kluczowej branży było oczywiste. Więcej: porozumienie utrzymuje pozycję potentata, bo z usług konkurencji będą mogli korzystać tylko ci, którzy podpiszą z NOM osobną umowę.


Jacek Imbramowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trudniej zbudować niż zburzyć

Chmury nad Zespołem Literackim Instytutu Adama Mickiewicza nieco się rozrzedziły – przynajmniej taką nadzieję dają wypowiedzi ministra Celińskiego – ale jego los nadal jest niepewny. Likwidacja instytucji, której zawdzięczamy sukces polskiej prezentacji na frankfurckich Targach Książki w roku 2000 – a wydawało się, że czeka nas blamaż! – i która zdążyła stworzyć sprawne i nowoczesne instrumenty promocji naszej literatury za granicą, byłaby stratą niepowetowaną. 
Można wydać własnym nakładem tłumaczenie jakiegoś cennego dzieła i zapełnić nim magazyny, bo pies z kulawą nogą nim się nie zainteresuje. Trudniej zainteresować renomowanego zagranicznego wydawcę, dotrzeć do niego z informacją o współczesnej polskiej literaturze, zachęcić przejęciem części kosztów, być obecnym na międzynarodowych imprezach – a to właśnie robił Zespół. Oby mógł robić nadal. Zwłaszcza, że chcemy znaleźć się w Unii; mam nadzieję, że kultury nie zostawimy za jej progiem. 


Tomasz Fiałkowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 16, 21 kwietnia 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl