Wiersze

Wojciech Koczwara



Anioł

[1]
Stoję na skraju świata,
słup miękkiego światła
tworzy kształty chmur.
Korsarz, postrach mew i gór lodowych,
z bocianiego gniazda
nakazał mi wyglądać statku,
co zwodzi tysiąc gwiazd
i zachował, by na ląd je wypuścić,
bizony.

Pod wodą ukryły się lądy.


[2]
Widzę: płyniesz gładko,
zasłuchany w śpiew syren,
„Czy twój, matko?”
Ona stoi na brzegu,
póki słońce nie skryje
swojego i twojego biegu.
Płyniesz bez słodkiej wody,
bo kto ją posolił,
jeśli nie łzy twoje.
Pragnienie
(by w ciszy uspokoić ducha)
to posucha, wobec morza skrucha,

głęboki oddech fali, co głaszcze skały,
zakołysze sercem, żagle rozerwie,
twoje długie spojrzenie przeleci po niebie,
by za burtą milczeć jak Ikar zgaszone.

Daleko jest ziemia, na którą „Ląd!”
z morza wołamy.






***

Umieram,
by urwać ślad,
by ci, co po mnie pozostaną,
mogli zedrzeć z siebie szaty
i pruć je
w labiryncie krwionośnych naczyń.

Umieram
by złamać czas,
długi, stalowy pręt,
jedną z krat.

Umieram
zawieszony w powietrzu,
co łączy oddech
y:
boski i nasz.







***

Cierpiałem zazdrość i złorzeczenia
przeciw ciału, w którym się objawiłem.
Cierpiałem męki piekielne
i cześć dla Boga;
wieść o Nim mnie wiodła.

Cierpiałem żywot wieczny,
nurt rzeki obosieczny,
rozwiązłość duszy z ciałem,
gdy w przebudzeniu oszronionych
i leciwych powiek,
w zafascynowaniu światłem,
żaden już mięsień nie zadrga
i nie dotknie chłodu świata.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl