Koncentracja władzy

Andrzej Kaczmarczyk



Dostałem kiedyś od przyjaciela z Londynu pocztówkę. Przedstawiała żółwia, który idąc drogą, mówił do siebie: „Może to i dobrze, że idę tak powoli, bo wcale nie jest pewne, że idę we właściwym kierunku”. Szkoda, że ta pocztówka nie znalazła się w poselskich skrytkach razem z rządowym projektem nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Prace nad nim Sejm rozpoczął bowiem w iście stachanowskim tempie, podczas gdy jego zawartość można określić – zachowując angielską stylistykę – jako wzbudzającą pewne kontrowersje.



Obowiązująca ustawa o radiofonii i telewizji ma prawie 10 lat i najwyższy czas ją znowelizować. Są ku temu co najmniej dwa powody. Po pierwsze, technika przekazów medialnych zmieniła się przez tę dekadę tak dalece, że pojawiły się nowe problemy (np. naziemna telewizja cyfrowa), które wymagają pilnego uregulowania w trybie ustawowym. Po drugie, czas zastanowić się, czy aby treść obecnej ustawy nie jest jedną z przyczyn, dla których telewizja publiczna jest tak mało publiczna, a tak bardzo komercyjna i partyjna.
Pierwszy problem istotnie jest regulowany przez nowelizację, ale to nie on jest powodem medialnej burzy wokół projektu. Drugi nie spędzał chyba snu z powiek autorów. Panaceum na małą misyjność mediów publicznych ma być nowy sposób ściągania abonamentu i licencje. Jednak powodem burzliwych sporów wokół projektu jest temat całkiem inny, mianowicie 


koncentracja kapitału.

Pisząc o nowelizacji, ograniczę się do problemów telewizyjnych, bo to właśnie zapisy dotyczące telewizji są wykładnią zamiarów projektodawców.
Na rynku telewizyjnym mamy w Polsce następujących nadawców: TVP (z trzema programami naziemnymi i satelitarną Polonią), Polsat (Polsat i TV4 plus programy dostępne w telewizji kablowej i satelitarnej), ITI (z TVN i satelitarnymi TVN 24 i TVN 7) oraz, najsłabszy segment, Telewizję Familijną (TV Puls). Dotychczasowa ustawa zezwala na 33% udział kapitału zagranicznego w stacjach prywatnych. Mówiąc o udziałowcach telewizyjnego rynku trzeba też wspomnieć o spółce Agora S.A. (wydawcy „Gazety Wyborczej” i właścicielu 17 lokalnych stacji radiowych), która chce kupić Polsat. Żeby obraz był pełniejszy warto przypomnieć, że jedynie 1 Program TVP można oglądać w całym kraju. Polsat pokrywa już jedynie 2/3 powierzchni Polski, a TVN ledwie 1/3 (czyli mniej niż TVP 3). Równocześnie TVP oprócz abonamentu dysponuje ok. 230 mln dolarów rocznie ze sprzedaży czasu reklamowego. Drugie 230 mln USD dzielą pomiędzy siebie nadawcy prywatni.
Przy takim rynku medialnym autorzy projektu nowelizacji wyszli z założenia, że Polsce może grozić zjawisko monopolu i nadmiernej koncentracji kapitału w mediach elektronicznych, na wzór podobnych zjawisk na Zachodzie. Przestrzegając więc przed Murdochem i Berlusconim oraz chcąc, by Polak choć raz był mądry przed szkodą, wprowadzili zapisy mające zapobiec takim zjawiskom. Według najbardziej kontrowersyjnego, koncesji na ogólnopolską stację radiową lub telewizyjną nie może otrzymać nadawca posiadający już taką koncesję, ani wydawca ogólnopolskiej gazety lub czasopisma. Dalej idą ograniczenia w uzyskiwaniu lokalnych koncesji radiowych i telewizyjnych, tak dla posiadaczy koncesji ogólnokrajowych, jak dla nadawców lokalnych.
Takie regulacje zjednoczyły prywatnych nadawców w oporze przeciw ustawie. Nowe prawo ogranicza bowiem, lub uniemożliwia, rozwój stacji radiowych (np. RMF czy Radia Zet) i telewizyjnych (jak ITI, właściciela TVN). Dodatkowo większość zainteresowanych i obserwatorów uznała, że część dekoncentracyjnych zapisów ma tylko jeden

cel: zablokowanie
ekspansji Agory. 

Ta niezwykle prężna medialna spółka giełdowa, po codziennej gazecie i radiu, postanowiła sięgnąć po najpopularniejszy środek przekazu, jakim jest telewizja.
Oczywiście wnioskodawcy temu zaprzeczają, ale jest kilka faktów świadczących na ich niekorzyść. Prace nad nowelizacją Krajowa Rada prowadziła od 5 lat, jednak dopiero, gdy kraj obiegła wiadomość, że Agora kupi Polsat, wszystko nabrało zadziwiającego przyśpieszenia. Po drugie, jedna z kolejnych rządowych wersji tekstu nie zawierała zakazu udzielania ogólnopolskiej koncesji telewizyjnej wydawcy ogólnopolskiego czasopisma, ograniczając się tylko do wydawcy ogólnokrajowego dziennika. Taka też wersja trafiła pierwotnie do Sejmu. Po trzecie, tak sformułowane ograniczenia w wejściu wydawców prasowych na rynek telewizyjny nie dotyczą wszystkich potentatów. Uniemożliwiają ekspansję właścicielowi „Gazety Wyborczej”, ale nie zakazują takiej ekspansji zachodnim spółkom medialnym, które rządzą większością regionalnych i lokalnych tytułów prasowych.
Nie chciałbym jednak poświęcać zbyt wiele miejsca niechęci projektodawców do Adama Michnika (naczelnego „Wyborczej” wymienił w tym sporze z imienia i nazwiska, jak zwykle walący prosto z mostu, Andrzej Lepper). Sprawę Agory komentowała szeroko prasa codzienna, a szkoda, by zabrakło miejsca na omówienie innych ważnych elementów lub ich braku. O ile bowiem lista przepisów blokujących koncentrację kapitału prywatnego jest w mediach odmieniana na wszystkie sposoby, to chyba nikt nie zauważył, że jest nadawca, którego nowe pomysły antymonopolowe jakoś nie dotyczą. Ten

wyjątek to Skarb Państwa. 

Telewizja Polska SA nie jest bowiem właścicielem samej siebie. Jej właścicielem jest Skarb Państwa. Oprócz ogólnopolskiej telewizji (z trzema programami), Skarb Państwa posiada Polskie Radio SA (4 programy ogólnopolskie), 17 regionalnych spółek Polskiego Radia oraz 49% udziałów w ogólnokrajowym dzienniku „Rzeczpospolita”. O tym stanie własności trzeba pamiętać, kiedy słucha się premiera Leszka Millera, mówiącego o „niebezpiecznym monopolu medialnym posiadającym ogólnopolską gazetę, radio i telewizję”, który „może manipulować opinią publiczną”, oraz sekretarza generalnego SLD Marka Dyducha zapewniającego, że „jego partia chce stworzyć takie warunki, by po wejściu do Unii Europejskiej na naszym rynku mogły funkcjonować tak polskie media, jak i zagraniczny kapitał w odpowiedniej proporcji”. Polecam uwadze sformułowanie „odpowiednia proporcja”. O tej proporcji mówił też z sejmowej trybuny Aleksander Małachowski (UP): „Media komercyjne nic dobrego polskiej kulturze nie przynoszą. Trzeciorzędne filmy, skandaliczne programy typu »Big Brother«. Im bardziej są ograniczone, tym lepiej”.
Tu dygresja. Nie sposób oczywiście dyskutować z oceną programu „Big Brother” dokonaną przez Małachowskiego. Przypomnę jednak, że to nie komercja, lecz telewizja publiczna wyemitowała „Dramat w trzech aktach” o aferze FOZZ. Film rodem z epoki Wielkiego Brata, którego autorzy zostali przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich uhonorowani antynagrodą „Hieny Roku”. Przypomnę też, że to telewizja komercyjna, a nie publiczna, poinformowała o pożyczce mieszkaniowej premiera Millera w banku, którego znacznym udziałowcem jest Aleksander Gudzowaty. Tak samo było z informacją o ubezpieczeniu potężnego majątku TVP w małej firmie ubezpieczeniowej (też z udziałami Gudzowatego) czy też z poznańską manifestacją młodzieży w obronie nowej matury. Czy rzeczywiście lepiej, by media komercyjne były bardziej ograniczone – czyli by mniej obywateli o takich faktach wiedziało?
Wróćmy do monopoli i „odpowiednich proporcji”. Warto zobaczyć, jak po ewentualnej zmianie ustawy wyglądałaby

lista przepisów
z przywilejami TVP.

Otóż po nowelizacji TVP będzie miała prawo do otwierania dowolnej liczby ogólnopolskich kanałów. W wypadku tworzenia platformy cyfrowej ze swoimi programami nie będzie musiała występować o koncesję. Utrzyma prawo do abonamentu, którego ściągalność ma się poprawić. W zamian za abonament będzie podpisywać z KRRiTV umowy licencyjne dotyczące ilości audycji misyjnych. Może ustalić, że tylko niektóre kanały są licencjonowane, a pozostałe będą miały charakter komercyjny. Licencjonowane audycje edukacyjne i programy dla Polonii będą finansowane z budżetu państwa. TVP zachowa przy tym prawo do sprzedaży czasu reklamowego, a audycje w programach nielicencjonowanych mogą być przerywane reklamami. Otrzyma też na własność archiwa telewizyjne.
Przeciwnicy tak rozumianej równowagi na rynku mediów elektronicznych nieoczekiwanie zostali poparci przez przewodniczącego KRRiTV Juliusza Brauna i, co ważniejsze, prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Przewodniczący Rady, a wstępny projekt nowelizacji jest jej dziełem, stwierdził, że zapisy o dekoncentracji mediów powinny się znaleźć w innej ustawie i zadeklarował, że będzie do tego przekonywał posłów. Prezydent natomiast, a przypadek to rzadki, już na etapie pierwszego sejmowego czytania publicznie poinformował, że ustawy w takim kształcie nie podpisze. W innej sytuacji taka zapowiedź mogłaby zmusić posłów do zmiany stanowiska. Tym razem jednak rząd może liczyć na połączone głosy SLD-UP, PSL i Samoobrony, zdolne odrzucić prezydenckie weto.
Jest jeszcze w nowelizacji jedna ważna, a mało eksponowana, kwestia:

zwiększenie uprawnień
Krajowej Rady Radiofonii
i Telewizji. 


Członkowie KRRiTV będą mogli być powoływani na dwie kadencje (obecnie tylko na jedną). Rada będzie mogła nie przedłużyć koncesji, jeśli „uzasadnia to ocena działalności nadawcy”. Będzie też mogła ukarać łamiącego prawo nadawcę karą finansową sięgającą wysokości opłaty koncesyjnej. W skrajnym przypadku chodzić może nawet o 7 mln zł (do tej pory najwyższa kara wynosiła 300 tys.) Zgody Rady wymaga też wyższa niż 5% zmiana w strukturze kapitałowej nadawcy. KRRiTV dalej będzie przyznawać koncesje, wzbogacone teraz o koncesje na telewizję cyfrową. Będzie też, jak obecnie, mianować członków rad nadzorczych i rad programowych spó-łek mediów publicznych oraz ustalać wysokość abonamentu. Będzie też mogła żądać od operatorów telewizji kablowych i satelitarnych spisu klientów w celu sprawdzenia, czy płacą oni abonament.
Na koniec zachowałem to, czego w nowelizacji nie ma, a co jest przyczyną takich chorób telewizji publicznej jak 

komercjalizacja
i upartyjnienie TVP.


Nowela nie zmienia tu dotychczasowego stanu rzeczy, więc, jak rozumiem, autorzy świadomie sankcjonują rzeczywistość jako zadowalającą. Media publiczne pozostają prawnie spółkami prawa handlowego i jako takie mają przynosić zysk. Pozostaje to w sprzeczności z podstawowymi, misyjnymi zadaniami radiofonii i telewizji publicznej. Wykazanie zysku jest obowiązkiem zarządów i jest premiowane przez rady nadzorcze i właściciela. Wysoka jakość i misyjność nie jest nagradzana, a jej brak nie jest karany. Głośne ostatnio i wysokie nagrody dla zarządu TVP za rok 1999 są tego dobrym przykładem.
Równocześnie trzeba pamiętać, że w ulubionym sformułowaniu prezesa Roberta Kwiatkowskiego: „tyle misji, ile abonamentu”, jest dużo słuszności. Dotychczasowa ustawa i jej nowela nakazują utrzymanie TVP jako giganta. Oczekują nawet rozbudowy. Tymczasem dotychczasowa ściągalność abonamentu na poziomie ok. 30% daje telewizji zaledwie 1/3 jej budżetu. Wcale nie jest pewne, czy nowe, restrykcyjne zasady ściągania abonamentu okażą się skuteczniejsze. Zachodzi nawet pytanie, czy „domniemanie używania odbiornika radiowego lub telewizyjnego w każdym gospodarstwie domowym”, dostęp KRRiTV do spisu abonentów operatorów kablowych i satelitarnych oraz obowiązek wpuszczania do mieszkania kontrolerów wytrzymają analizę prawną. Szczegóły tego ostatniego przepisu wzbudzają pewne wątpliwości Rzecznika Praw Obywatelskich. Nowelizacja utrzymuje też słabą pozycję rad programowych (proponowano nawet ich likwidację), a dotychczasowa kontrola misyjności Spółek ze strony Krajowej Rady dotyczy jedynie statystyk, a nie jakości i raczej nie będzie tu poprawy.
Co do choroby upartyjnienia, to nie próbuje się jej nawet leczyć. KRRiTV pozostanie ciałem wyłanianym w drodze politycznego przetargu. 1/3 Prezydent, 1/3 Sejm, 1/3 Senat. Uprawnienia Rady będą większe. KRRiTV w dalszym ciągu będzie powoływać rady nadzorcze i rady programowe spółek. W tym drugim przypadku istnieje nawet ustawowy zapis, że większość członków pochodzi z rekomendacji partii politycznych. I nie oszukujmy się, problem nie polega tylko na tym, że obecnie na kilka lat władzę w mediach przejęła lewica i PSL. Żadna ze stron sceny politycznej nawet nie próbuje się tu samoograniczać. 
Jednym słowem: szansa na refleksję została zaprzepaszczona. Lepiej już było.

Autor jest dziennikarzem Radia Kraków i wieloletnim współpracownikiem TVP.






„W ciągu zaledwie 13 lat niezależne media kształtujące opinię publiczną stały się wyzwaniem dla mediów publicznych i wzorem do naśladowania. Obawiamy się, że intencją ostatnich działań władz może być zastraszenie niezależnych mediów” – czytamy w apelu ogłoszonym podczas ubiegłotygodniowej konferencji „Niezależność mediów a interes publiczny”. Jest to już kolejny protest przeciwko rządowym planom nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Tym razem dokument podpisali wspólnie przedstawiciele największych prywatnych stacji telewizyjnych i rozgłośni radiowych, wydawców prasy, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Obawy dotyczą m.in. zbytniego wzmocnienia mediów publicznych kosztem komercyjnych. Tymczasem – zdaniem sygnatariuszy – największym problemem, którym powinni zająć się ustawodawcy, jest przywrócenie społecznej kontroli nad mediami publicznymi i ich odpolitycznienie. Rządowy projekt krytykują także międzynarodowe organizacje wolności słowa i mediów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl