„Złe urodzenie”

JÓZEFA HENNELOWA

Proces łomżyński nie może nikogo pozostawić obojętnym. Z wielu względów. Pierwszym jest nieszczęście ludzkie: rodziców i dwojga od urodzenia nieuleczalnie chorych dzieci. Dla nich decyzja sądowa przyznająca finansową możliwość przynajmniej znośnej egzystencji i pielęgnacji byłaby decyzją sprawiedliwą. Ale to tylko jeden aspekt sprawy. 
Chodzi przecież o odszkodowanie od lekarzy, którzy odmówili skierowania kobiety będącej w drugiej ciąży, matki już jednego nieuleczalnie chorego dziecka, na badania prenatalne dla zdiagnozowania stanu tego drugiego dziecka. Odmówili, bo kobieta nie ukrywała, że rozważy możliwość aborcji, jeśli i drugie dziecko będzie podobnie obciążone. A więc chodzi o wyrok precedensowy, za uniemożliwienie skorzystania przez pacjentkę z prawa przyznanego jej ustawowo: niekaralności aborcji przeprowadzonej z takiego właśnie powodu.
I tu dopiero jesteśmy u sedna problemu, o którym nikt nie chciał myśleć, kiedy pracowano – od początku lat 90. – nad nową ustawą, mającą zasadniczo zmienić zasady poprzedniej „dopuszczalności przerywania ciąży”, zasady z założenia dość liberalne, a przez kolejne rozporządzenia resortu i praktykę doprowadzone do stanu dowolności nieograniczonej. Wtedy wystarczyło „nie chcieć”. Zdarzało się, że lekarz sam pytał: rodzimy czy przerywamy?
Nowa ustawa miała chronić życie także i pośrednio: ustalając możliwie najmniej liczne wyjątki, w których usunięcie poczętego dziecka, uznane w zasadzie za działanie złe i poddane karom, karane jednak nie będzie. W toku nie kończących się debat ustalono trzy wyjątki od karalności, a wśród nich i ten, kiedy dziecko poczęte „zagrożone jest poważnymi wadami rozwoju”. Motywacja wprowadzenia tego zapisu była uczciwa: chodziło o to, żeby do postaw heroicznych, wymagających poświęcenia mogącego przerastać siły ludzkie, nie zmuszać straszakiem kodeksu karnego (podobną argumentację wysuwano również przy zapisie niekaralności usunięcia ciąży, będącej wynikiem gwałtu). Mówiono wtedy dużo o rozbudowaniu pomocy niezbędnej wszystkim rodzicom, a zwłaszcza samym matkom, które staną przed taką próbą. Ostatecznie uchwalono ustawę, uznaną za kompromis jedynie możliwy do osiągnięcia i jednocześnie akceptowalny. Tylko maksymaliści głosowali przeciw – właśnie z powodu owych wyjątków. Było ich jednak niewielu, bo głosowanie przeciw doprowadzić mogło, paradoksalnie, do utrzymania ustawy starej, akceptującej aborcję „na życzenie”.
A jednak od początku było wiadome, choć nikt nie chciał mówić o tym głośno, że właśnie ów wyjątek od karalności, powołujący się na trwałe albo szczególnie ciężkie uszkodzenie płodu, może stać się źródłem problemów. W praktyce oznaczał on bowiem, że ktoś musi rodzicom pomóc zdiagnozować dziecko przed urodzeniem. Diagnostyka prenatalna, rozwijająca się coraz wspanialej, otwiera przed nienarodzonym dzieckiem coraz to nowe możliwości leczenia. Mieliśmy już przecież nawet udaną operację na sercu paromiesięcznego płodu! Ale równocześnie wiadomo, że genetyczne wady – cała ich lista – w tej chwili leczone być nie mogą. Zaangażowany obrońca życia ludzkiego zapyta: co w takim wypadku oznacza diagnoza po USG? Czy nie wyrok śmierci na dziecko, choćby tylko jako pokusa podsunięty rodzicom? A jeśli istnieje przypuszczenie, że proszą o badania prenatalne z góry zakładając, że w razie niepomyślnej diagnozy sięgną po ustawowe prawo do przerwania ciąży – czy wierzący lekarz ma im w tym pomagać, dając skierowanie na badania, a potem odczytując im diagnozę?
Prawnicy już się podzielili. Lekarze także. Jedni bronią swojego prawa sumienia, maksymalnie szeroko pojętego. Drudzy – jak minister zdrowia – stwierdzają, że lekarz nie jest przewodnikiem duchowym i swoich zasad nikomu narzucać nie ma prawa: wolno mu odmówić dokonania aborcji, ale nie wolno zajmować się przewidywaniem, co zrobi pacjent, który tylko prosi o diagnozę. Wyrok sądu i dla nich będzie precedensem.
To jednak nie wszystko. Bo kropka nad „i” została postawiona z okazji podobnych procesów za granicą. Nazwano je bowiem – jako procesy o odszkodowanie, które przecież jest rekompensatą za coś złego – procesami o „złe urodzenie”. Czyli wydanie na świat człowieka, który jest bardziej obciążony od innych, a jego egzystencja będzie nieporównanie trudniejsza we wszystkich tych wymiarach, które przywykliśmy uważać za normalne. Każdy umie to sobie dopowiedzieć: prawo pozwala wtedy za rozwiązanie lepsze uznać decyzję, by człowiek taki nie przychodził na świat. Na razie wszyscy się zgadzają, że decyzję taką pozostawia się rodzicom, w imię ich prawa do nie bycia zmuszanym do heroizmu. Ale jeśli raz wprowadziło się i zaakceptowało pojęcie „złego urodzenia”, kroki następne są tylko kwestią przyszłości. I wszyscy to wiedzą.
To jest pułapka, którą w Polsce stworzył kompromis ustawodawczy z 1993 roku. Nie ma z niej wyjścia, póki zapis brzmi tak, jak brzmi. Wszyscy, którzy wtedy, w 1993 roku opowiadaliśmy się za owym „pierwszym krokiem w dobrym kierunku” – jak ustawę nazwał ksiądz prymas Glemp – za to odpowiadamy. Ufaliśmy wtedy, że resztę – to znaczy także zgodę na decyzje heroiczne, ocalające życie dzieci nie narodzonych – będzie można uzyskiwać rozbudowując tak szeroko, jak tylko się da, wszelkie formy solidarności z rodzicami nie mogącymi sobie poradzić. Solidarności, to znaczy i zrozumienia, i pomocy, a nie tylko wzniosłych apeli i pięknych haseł. Dzieje się w tej mierze wiele dobrego. Sama znam matki, które – także po niepomyślnych badaniach prenatalnych – rodziły dzieci niezdolne do życia, po to, by móc je ochrzcić i pożegnać się z nimi. I takich rodziców, którzy dźwigają rodzicielstwo trudne, budząc dosłownie uczucie czci. Ale na pewno nie będą w stanie robić tego wszyscy, których takie doświadczenie dotknie. 
Stąd na długą metę niepokój i pytanie, co robić? Nie ma odpowiedzi, która by mogła zadowolić. Pozostaje za to rachunek sumienia z solidarności w obronie życia, który dzisiaj, w kontekście precedensowego procesu łomżyńskiego musi być nieubłaganie szczery.
Drugie dziecko matki skarżącej lekarzy – to, które przepełniło kielich jej wytrzymałości – narodziło się w drugiej połowie 1999 r. Ma więc już trzeci rok. Nie można nie zapytać: czy doprawdy od tamtego czasu jedyne, co chrześcijańscy obrońcy życia zrobili dla obojga rodziców, to aroganckie odrzucanie ich próśb o badania prenatalne? Czy rzeczywiście Barbara i Sławomir W. muszą żyć we czwórkę na trzydziestu metrach zagrzybionego mieszkania i nie są w stanie przeprowadzić koniecznych dla jednego i drugiego dziecka zabiegów? Gdzie jest środowisko, które pomagałoby im dźwigać to wszystko tak, by chociaż czasem mieli trochę lżej? Bo lekko nie będą mieli nigdy – tak lekko jak my, rodzice czy dziadkowie dzieci „dobrze urodzonych”...
Nie chce się wierzyć, że na te pytania nie ma odpowiedzi innych niż obojętność albo bezradność. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl