Votum separatum

Niewiele mniejsza niż życie

JÓZEFA HENNELOWA

 

Taka okazała się stawka satysfakcji, która jeszcze niedawno towarzyszyła sukcesom filmu „Cześć, Tereska”. Cieszono się z powodzenia filmu, z nagród i wyróżnień, a także z odkrycia, jakim okazała się odtwórczyni tytułowej roli, dziewczynka kilkunastoletnia, która zagrała samą siebie, tylko w wersji jeszcze bardziej pesymistycznej i bez happy endu. Ola, prawdziwy talent. Prosto ze środowiska dalekiego od normalności, jaka należy się człowiekowi dopiero uczącemu się życia, miała wystartować do sławy międzynarodowej, jadąc po nagrodę do Hollywood. Nie pojedzie. Uciekła kilka tygodni temu z zakładu, w którym przebywała, dając sygnał, że dokonuje jakiegoś sobie tylko znanego wyboru drogi. A skończyło się na razie przyłapaniem na okradaniu sklepu (w kilka osób, a więc już w jakimś ciemnym środowisku) i perspektywą wyroku: zakład poprawczy. Dużo o tym pisano i mówiono w mediach, ale trudno było dosłuchać się w którymkolwiek przekazie nuty niepokoju albo wyrzutów sumienia. A byłyby chyba na miejscu. Bo ktoś zrobił tu wiele, aby jeszcze na dobre nie rozpoczęte, a już i tak zagrożone życie jednej dziewczynki zepchnąć na ścieżkę klęski. Może my wszyscy jesteśmy jakoś winni?
Co to za pomysł, żeby kazać Oli grać samą siebie? Dlaczego, odkrywając w niej zadatki talentu, na sam początek zaproponowano jej coś tak bardzo groźnego: fikcję będącą naśladownictwem rzeczywistości niedobrej, ciemnej i prowadzącej ku złemu moralnie zakończeniu? Jakby w tym kilkunastoletnim zaledwie życiu nie dosyć było takich doświadczeń i jakby nikt nie pomyślał, co to znaczy w jej sytuacji wcielać się w nibyrzeczywistość jeszcze gorszą, a prowadzącą nieubłaganie na sam dół. I w tej właśnie roli osiągnąć sukces, podziw, rozgłos, czyli nagrodę zamiast ostrzeżenia. Może film miał być tym ostrzeżeniem, ale to już dla innych, stawką bowiem było tu przecież realne życie Oli. Czy Ola zmarnuje się, bo nam się podobało mieć czarny film wysokiej klasy?
To może jest bardzo naiwne pytanie, ale zastanawiam się, czy komuś tak skrzywdzonemu jak ta dziewczynka, najwyraźniej okaleczona już od dzieciństwa, nie pomogłaby rola całkowicie odwrotna: rola kogoś, kto uosabia dobro, wciela jakieś postawy budzące podziw i wzruszenie. Co by było, gdyby równie dobry reżyser jak Robert Gliński zapragnął stworzyć opowieść o ludziach lepszych niż my, przeciętni, o sprzeciwie wobec zła? Oczywiście, to zupełnie nie jest współczesne, teraz, gdy nieustannie ktoś każe nam się doszukiwać najgłębszych przesłań w makabrycznych wizjach Sarah Kane, samej godnej tylko współczucia. Ale ilekroć czytam czy widzę na ekranie telewizora następną relację o młodocianych przestępcach, muszę myśleć, że ich akurat sztuka stawiająca na czarną wizję człowieka na pewno nie będzie w stanie uratować – jeśli w ogóle ktoś jeszcze chciałby to robić.

Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl