Spór o PRL w Trzeciej Rzeczpospolitej
Stopniowanie zniewolenia
Andrzej Friszke
W latach 90. odbyło się wiele dyskusji na temat bilansu PRL – uczestniczyli w nich historycy, socjologowie, ekonomiści, publicyści. Z owych debat wyłania się katalog najważniejszych pytań, wokół których toczy się spór. Trzy podstawowe brzmią: czy PRL spełniała takie kryterium suwerenności, aby można ją było uznać za jedną z form polskiej państwowości – zatem potraktować analogicznie, jak Francuzi II lub III republikę czy też jak państwo Vichy? Czy PRL była państwem totalitarnym, względnie czy takie cechy miała tylko w okresie stalinowskim? Czy w okresie PRL dokonał się postęp społeczno-ekonomiczny, czy przeciwnie – system ustrojowy hamował modernizację?
Na te pytania padają różne odpowiedzi, zarówno w dyskusjach publicystycznych, jak w monografiach naukowych. Można jednak wydobyć oceny podzielane niemal przez wszystkich.
Niemal wszyscy zgodni są, że do 1956 r. suwerenność Polski była tak ograniczona, że przypominała status protektoratu. Poświadczają to liczne ogłoszone dokumenty źródłowe oraz fakty tak symboliczne, jak podyktowanie przez Stalina wyników pierwszych powojennych wyborów w 1947 r., kierowanie wojskiem przez generałów oddelegowanych z Armii Czerwonej, poprawki Stalina na projekcie konstytucji PRL z 1952 r., narzucenie przez Moskwę wzoru dla twórczości literackiej, artystycznej i badań naukowych. Wszyscy też są zgodni, że po 1956 r. Polska uzyskała znaczny poziom autonomii – przedmiotem sporu pozostają jednak jej granice. Powstaje również pytanie, czy państwo o tak ograniczonej suwerenności godne jest zabarwionego w Polsce pozytywną emocją miana Rzeczypospolitej.
MOSKWA CZY WARSZAWA, CZYLI KTO TU RZĄDZIŁ?
Wśród uczestników debaty wyraziste stanowisko zajmuje prof. Tomasz Strzembosz. W 1992 r. pisał on na łamach
„Tygodnika Solidarność”: „Od roku 1944 do 1990 trwała specyficzna okupacja, zarówno wewnętrzna, jak i zewnętrzna”. Jego zdaniem znaczenie roku 1956 polegało na tym, że bardziej jawną formę okupacji zastąpiono staranniej kamuflowaną – Moskwa zbudowała bardziej finezyjny system zniewolenia, którego elementami były RWPG i Układ Warszawski. Na postawy i zachowania w tym okresie trzeba „patrzeć tak, jak patrzy się na zachowania ludzi w kraju okupowanym”. To „twarde” stanowisko reprezentatywne jest dla postsolidarnościowej prawicy i wyraźnie artykułowane w takich pismach, jak „Tygodnik Solidarność” czy kwartalnik „Arcana”.
Bardziej zniuansowane stanowisko zajmują historycy źródłowo badający epokę PRL. Prof. Jerzy Holzer mówił w wywiadzie udzielonym miesięcznikowi
„Odra” (nr 9/1994), że po roku 1955/56 zakres swobody własnych decyzji władz PRL „stał się większy niż w państwach kolaboranckich. Najbardziej porównywalny do sytuacji Polski w tym okresie był właśnie status państw satelitarnych III Rzeszy. Abstrahuję tu zupełnie od polityki wewnętrznej; biorę pod uwagę tylko swobodę tych państw w stosunku do metropolii”. Jerzy Eisler zauważa, że po 1956 r. pojawiły się między przywódcami PRL a ZSRR elementy partnerstwa, o czym wcześniej nie mogło być mowy. Wiesław Władyka stwierdził na łamach
„Polityki” (nr 18/1994), że wiele strategicznych decyzji, np. marcowe 1968, gospodarcze Gierka, polityczne z sierpnia 1980 (zgoda na powstanie wolnych związków zawodowych) było „zaaranżowanych nad Wisłą i nie da się ani ich wytłumaczyć, ani usprawiedliwić zewnętrznym przymusem”.
Historyk idei Andrzej Walicki w debacie „Demony Peerelu” opublikowanej w marcu 1993 r. w
„Res Publice Nowej” protestował przeciw nazywaniu PRL formą sowieckiej okupacji: „istniało wówczas uzasadnione domniemanie, podzielane między innymi przez Kościół, że PRL jest państwowością polską, że jej władze starają się bronić polskich interesów narodowych, że należy tego od nich oczekiwać i wymagać”. Krystyna Kersten podkreśla niesuwerenność państwa, czego pochodną był jego ustrój polityczny i ekonomiczny, ale jednocześnie zaznacza: „Owo podległe państwo było wszelako państwem polskim i jako takie postrzegała je większość obywateli. (...) Świadomość zależności od »Ruskich« w szczególny sposób współdziałała z wielopłaszczyznowymi związkami z organizmem, który był upostaciowaniem może ułomnej dla wielu, ale przecież polskiej państwowości”. Prof. Kerstenowa zauważa też: „Nie zrozumiemy historii PRL, jeśli nie będziemy znali mechanizmu zależności od Moskwy. Dziś nie wiemy, jak ten mechanizm funkcjonował, jakie decyzje zapadały najpierw w Warszawie i tylko były akceptowane (lub odrzucane) przez centralę, jakie podejmowano w Moskwie, przekazując do wykonania odpowiednim towarzyszom w Polsce” (dyskusja w roczniku „Polska 1944/45-1989”, Warszawa 1995).
Aby odpowiedzieć na to ostatnie pytanie, trzeba przeprowadzić badania źródłowe nad kilkoma dekadami powojennej historii – nie tylko w Polsce, ale także w ZSRR, gdzie nadal najważniejsze archiwa są niedostępne. Historycy skazani są zatem na szukanie odpowiedzi cząstkowych.
Tym niemniej szczegółowe badania udowodniły bezpośrednie zagrożenie sowiecką interwencją w październiku 1956 r., co było odpowiedzią na „samowolne” zmiany na szczytach władzy i przyjęcie programu reform. Można również stwierdzić istnienie presji sowieckiej na ograniczenie liberalizacji w Polsce, choć bez wątpienia do zaostrzenia reżimu po okresie odwilży 1956 r. dążyła także większość aparatu władzy kierując się własnym, egoistycznym interesem. W 1968 r. Gomułka był bardziej stanowczym rzecznikiem interwencji w Czechosłowacji niż Breżniew. Wiele wskazuje, że rozpętanie kampanii antysemickiej w 1968 r. było skutkiem samodzielnej inicjatywy różnych segmentów władzy, choć odbywało się w warunkach stworzonych przez ZSRR (potępienie syjonizmu, zarządzone wobec wszystkich krajów bloku zerwanie stosunków z Izraelem). Z kolei brutalna reakcja na bunt robotników na polskim Wybrzeżu w 1970 r. była suwerenną decyzją polskich władz (ściślej Gomułki, posiadającego władzę de facto dyktatorską), Moskwa tymczasem wyrażała zaniepokojenie eskalacją konfliktu i wezwała do zastosowania „środków politycznych”. Sam Gomułka po swoim upadku oskarżał Kreml o wykorzystanie buntu na Wybrzeżu dla zainspirowania pałacowego przewrotu w Warszawie i odsunięcia go od władzy, a może nawet o przyczynienie się do wywołania samego buntu.
W następnej epoce – dekadzie rządów Gierka – zależność/niezależność kształtowała się równie skomplikowanie. Wiele wskazuje, że np. wpisanie do konstytucji w 1976 r. hańbiącego zapisu o „przyjaźni i współpracy” z ZSRR było inicjatywą Warszawy. W sierpniu 1980 r. Gierek odrzucił jednak sugestie sowieckie, aby wobec strajkujących robotników Wybrzeża zastosować siłę, i poparł rozwiązanie polityczne – zawarcie porozumienia, na mocy którego powstała „Solidarność”. Głębokiego ograniczenia suwerenności dowodzą jednak miesiące następne, gdy Moskwa wywierała na ekipę w Warszawie brutalny nacisk, by skłonić ją do konfrontacji z „Solidarnością”, a plany stanu wojennego były układane przy udziale „radzieckich”.
Interesującą propozycję ujęcia problemu zależności od ZSRR sformułował Andrzej Werblan, historyk przez wiele lat należący do najwyższych władz PZPR. Jego zdaniem od klasycznego protektoratu różniły PRL głównie trzy okoliczności. Po pierwsze, ZSRR ubezwłasnowolnił Polskę nie tylko w sferze obronności i polityki zagranicznej, ale narzucił wzorowany na własnym system społeczny i polityczny. Po drugie, zakres zależności z biegiem czasu bardzo się zmieniał. I po trzecie, charakter zależności był skryty, niesformalizowany, zakulisowy, podczas gdy formalne układy międzypaństwowe nie przewidywały żadnego ograniczenia suwerenności.
Na podstawie tych stwierdzeń Werblan wyróżnia kilka faz w stosunkach polsko-sowieckich po wojnie: lipiec 1944 – maj 1945, czyli okres faktycznej okupacji Polski przez sowieckich komendantów, pod osłoną których formowano nową administrację; czerwiec 1945 – lato 1948, kiedy ZSRR wspierał polskich komunistów w walce z przeciwnikami, ale pozostawiał im duży zakres samodzielności; lato 1948 – październik 1956 jako okres narzuconej pełnej uniformizacji wzorowanej na modelu sowieckim; październik 1956 – grudzień 1970, czyli okres względnej niezależności (czemu jednak towarzyszyła, podobnie jak w innych okresach, bezdyskusyjna obecność w strukturach wojskowych bloku i popieranie polityki zagranicznej ZSRR); grudzień 1970 – sierpień 1980, czyli okres demonstrowanej lojalności (m.in. wspomniana już sprawa konstytucji) przy poszerzaniu kontaktów z Zachodem; sierpień 1980 – grudzień 1981, kiedy „polityczna i gospodarcza presja, jaką ZSRR wywierał (...) nie miała precedensów w okresach poprzednich [od 1956 r.]”; w okresie stanu wojennego ta presja złagodniała jedynie częściowo, zależność pogłębiała też izolacja PRL na arenie międzynarodowej, rosły jednak wewnętrzne odmienności od sowieckiego modelu ustrojowego. „Ostatecznie jednak – pisze Werblan w tekście
„Polska w strefie dominacji radzieckiej” – o wybiciu się na suwerenność przesądziło wycofanie się ekipy Gorbaczowa z »imperium zewnętrznego«, utrwalone następnie przez rozpad ZSRR”.
Fakt zależności Polski od ZSRR nie jest więc kwestionowany, ale przedmiotem ostrych sporów jest stopień tej zależności oraz tego konsekwencje. Czy współdziałanie polskich komunistów ze Stalinem w budowaniu podstaw komunistycznej Polski było zdradą narodową, czy wykorzystaniem jedynych wówczas możliwości dla utworzenia takiej Polski, jaka powstać mogła w cieniu ZSRR? Czy można komunistów uważać za jeden z odłamów polskiej polityki, czy trzeba w nich widzieć sowiecką agenturę? Czy w pierwszych powojennych latach toczyła się wojna domowa, czy było to jednostronne terroryzowanie i wyniszczanie polskiego elementu patriotycznego? Wokół tych pytań toczą się najbardziej namiętne spory.
Zauważając brak suwerenności państwa, trudno jednak nie podkreślić, że w tym czasie został wytyczony i utrwalił się w świadomości kilku pokoleń nowy kształt terytorialny Polski. Nawet bardzo radykalni krytycy PRL nie przeczą, iż przesunięcie granicy na Odrę i Nysę Łużycką było posunięciem znaczącym i umożliwiło rozwój społeczeństwa. Można postawić pytanie, czy gdyby Polska nie była satelitą ZSRR wytyczenie i utrzymanie tej granicy byłoby możliwe?
TOTALITARYZM CZY REALNY SOCJALIZM, CZYLI JAK TU RZĄDZONO?
Nie mniej ostre spory budzi problem totalitaryzmu w powojennej Polsce. Określanie PRL jako państwa totalitarnego weszło do języka opozycjonistów w latach 70., a ze szczególną siłą upowszechniło się po wprowadzeniu stanu wojennego (np. Jacek Kuroń co najmniej od 1976 r. określał mianem totalitaryzmu system, w którym scentralizowana władza dysponuje monopolem na organizację, informację i podejmowanie decyzji). Mniejsze znaczenie miały przy tym politologiczne analizy pojęcia, bardziej jego emocjonalne, negatywne zabarwienie. Problemy zaczęły się po 1989 r., gdy – przynajmniej naukowcy i poważni publicyści – musieli szukać odpowiedzi na pytanie: w jakim stopniu PRL pasuje do modelu totalitaryzmu sformułowanego przed laty przez Arendt, Brzezińskiego, Friedricha.
Bodaj jako pierwszy, w 1990 r., stanowczo zakwestionował nazywanie całej epoki PRL totalitaryzmem Andrzej Walicki. Ten wybitny historyk myśli, związany ze środowiskiem opozycyjnych intelektualistów, ale jednocześnie od wielu lat dystansujący się od dominujących w nim stylów myślenia, zaatakował ostro: „Chodziło o to, aby potępić ich [rządzących w PRL] bez żadnych łagodzących zastrzeżeń, odrzucając tezę o uwarunkowaniach zewnętrznych i tłumacząc wszystko »niezmienną istotą systemu« – systemu zła totalnego, z którym nie wolno kolaborować, któremu odmówić należy wszelkiej legitymizacji. Delegitymizacja systemu miała być bezwzględna, a więc musiała przyjąć założenie, że przemiany destalinizacyjne były pozorne lub mało istotne”.
Powołując się na klasyczne definicje totalitaryzmu, Walicki stwierdził, że jego niezbywalnymi cechami są wszechogarniająca i ekspansywna ideologia wsparta siłą terroru oraz dążenie do wtłoczenia w umysły wszystkich obywateli zasad ideologii – tak, by nie z przymusu, ale dobrowolnego zaangażowania byli bojownikami nowej wiary. Takie cechy PRL przejawiał w okresie stalinizacji, czyli od końca lat 40. do odwilży 1956 r. Potem państwo nie miało już takich ambicji, więc „można mówić o całkowitym przejściu do posttotalitarnej i de facto niekomunistycznej wersji »realnego socjalizmu«. (...) Różnice psychologiczne i ideologiczne między członkami umasowionej partii a bezpartyjnymi uległy zatarciu, co umożliwiło im wzajemną akceptację i współpracę”. Okres po 1956 r. Walicki jest skłonny nazywać fazą wychodzenia z totalitaryzmu lub postkomunistycznym autorytaryzmem, względnie „realnym socjalizmem”. Cechą tej fazy ustrojowej była konsolidacja pozycji nomenklatury i jej oligarchiczne rządy (sprzeczne z totalitarną zasadą jednolitej woli), co zapoczątkowało proces pluralizacji w obrębie stalinowskiego monolitu i m.in. przekształciło centralne planowanie w system przetargów międzygrupowych.
Walicki idzie jeszcze dalej, gdy odmawia nazywania ustroju PRL komunistycznym: „»Realny socjalizm« PRL nie przybliżał się do komunizmu, lecz od niego oddalał. A skoro tak, to nazywanie go komunizmem jest jedynie manipulacją negatywnymi konotacjami słowa komunizm” (A. Walicki,
„Polskie zmagania z wolnością”, Kraków 2000).
Stanowczość, z jaką Walicki głosi swoje tezy, budzi sprzeciw nie tylko na skrajnie przeciwnym skrzydle polskiego wachlarza ideowo-politycznego, ale także wśród umiarkowanych w sądach historyków. Na ogół nie budzi wątpliwości nazywanie totalitaryzmem najbardziej agresywnej ideologicznie i najbardziej represyjnej fazy systemu w latach1948-56. Bodaj wszyscy zauważają także różnice, które przyniósł rok 1956. Od tego czasu PZPR zrezygnowała z terroru jako narzędzia sprawowania władzy, wprowadzono ograniczoną praworządność, zmniejszono presję ideologiczną na obywateli, pozostawiając im znaczną autonomię życia prywatnego, dopuszczono pewien, wprawdzie reglamentowany, stopień pluralizmu w kulturze oraz pogodzono się z istnieniem nie poddanego kontroli władzy Kościoła katolickiego (trwająca później, z największym natężeniem w latach 1958-67, walka z Kościołem zmierzała do ograniczenia jego wpływu na społeczeństwo oraz poszerzenia „domeny” ateistycznej władzy, ale towarzyszyła jej świadomość, że katolicyzm na długi czas pozostanie fundamentem świadomości milionów Polaków). W sferze społeczno-ekonomicznej rok 1956 przyniósł fiasko próby kolektywizacji wsi, do której już na serio nie powrócono; polska wieś i rolnictwo pozostaną zdominowane przez drobne gospodarstwa chłopskie.
Podczas konwersatorium „Czy PRL była państwem totalitarnym?” w grudniu 1990 r. Krystyna Kersten zauważyła, że nawet do 1956 r. totalitaryzm „nie przebił się przez podłoże kulturowe, nie ogarnął duchowego wymiaru egzystencji, został ograniczony do sfery władzy oraz świata pozorów”. Po 1956 r. komuniści zrezygnowali z planu przeobrażenia polskich dusz, co było przede wszystkim wynikiem silnego sprzeciwu tkanki kulturowej przed obcym przeszczepem, codziennego oporu i spektakularnych buntów. „Następne 35 lat to stopniowe słabnięcie totalnej kontroli oraz coraz większa erozja warstwy rytuału, w ostatnim okresie przypominająca porwaną pajęczynę” – twierdzi prof. Kerstenowa. Najistotniejszą kwestią, która ograniczała możliwości komunistów i budziła ciągły opór, był brak suwerenności: „W niesuwerennym kraju, którego społeczeństwo odrzuciło obcy mu ideologiczny przeszczep, nie mógł się wykształcić ani totalitarny ruch, ani prawdziwie totalitarny system. (...) Aliści ustanowiony przez komunistów system pozostał dyktaturą monopartii, nie zakorzenioną prawdziwie w społeczeństwie i utrzymywaną siłą potęgi ZSRR”.
Andrzej Paczkowski również podkreśla nadrzędne znaczenie podległości państwowej
(„PRL była częścią imperium ideologicznego”), co pociągało za sobą konieczność naśladowania sowieckiego wzorca ustrojowego. Mechanizmy władztwa politycznego opierały się na koncentracji „w tym samym ośrodku decyzyjnym władzy politycznej, ekonomicznej i informacyjnej (»duchowej«)”. Proces takiej koncentracji władzy został zakończony w okresie 1948/49 i – mimo zmian taktyki i strategii politycznej – „zasada monopolu partii komunistycznej była kanonem, warunkiem sine qua non, »jądrem jądra« systemu”. Aż po rok 1989.
Zasadę tę realizowano m.in. za pomocą systemu nomenklatury, który w 1956 r. obejmował ok. 150 tys. stanowisk, w 1969 ok. 116 tys., w 1988 r. 273 tys. Mimo zmian 1956 r. można więc nadal mówić o istnieniu w Polsce jednego z wariantów totalitaryzmu, „nowoczesnej despotii”, której cechą był „ład całkowicie monocentryczny, obejmujący wszystkie sfery życia społecznego i uznający za absolutnie obowiązujące ideologiczne credo leninowską interpretację marksizmu”. Realny socjalizm po 1956 r. to zatem stalinizm minus powszechny terror. Paczkowski pisał w periodyku
„Obóz” (nr 28/1993): „Gdyby uznać, że celem totalitaryzmu jest zapewnienie uległości społeczeństwa i jego adaptacja do systemu, to można by zaryzykować twierdzenie, iż stan taki miał właśnie miejsce po roku 1956 i trwał aż po rok 1980”. Historyk oceniał, że terror lat 1944–1956 zapewnił komunistom monopol władzy. Później już wystarczało wspomnienie, „że władza ma na podorędziu »ostry miecz rewolucji« (...) Powstał stan, w którym większość społeczeństwa reagowała zgodnie z oczekiwaniami na sygnały ze strony władzy, a ta więcej w istocie nie wymagała. Nazywano to »nową umową społeczną«: władza dawała ludziom żyć, poddani władcom rządzić. Był to prawdziwy »złoty wiek« komunizmu” – podkreślał Paczkowski w tekście
„Wojna o PRL” opublikowanym w „TP” w sierpniu 1994 r.
Socjolog Hanna Świda-Ziemba w książce „Człowiek wewnętrznie zniewolony” szczególnie mocno podkreśla autonomię sfery prywatności, którą przyniósł rok 1956. Granica swobód była jednak ściśle określona, a decydowała o niej monopolistyczna władza i policja polityczna. Wpływ na kształt życia publiczno-politycznego był zarezerwowany dla elity rządzącej. Monopolistyczna władza „w każdej chwili może jednorazową decyzją zmienić społeczny scenariusz i cofnąć prawa, które przysługiwały ludziom i do których zdążyli oni już przywyknąć”. Zmiany 1956 r. nie świadczyły więc „o kresie ustroju totalitarnego, lecz były wyłącznie przejawem jego liberalizacji”.
Krystyna Kersten, Andrzej Paczkowski, Hanna Świda-Ziemba podkreślają więc cezurę 1956 r. jako przełomową w dziejach PRL, istotnie korygującą kształt systemu. Nie godzą się jednak na to, by mówić, że Październik położył kres totalitarnemu eksperymentowi lub oznaczał początek nowego autorytarnego ustroju. Inaczej bowiem niż Walicki widzą rolę ideologicznego mesjanizmu komunistycznego – dla Walickiego był on samym jądrem systemu, dla nich jednym z jego elementów, obok nie mniej ważnych cech organizacji społeczeństwa i sprawowanej nad nim kontroli. Często również zwraca się uwagę na różnicę dzielącą państwo „realnego socjalizmu” od państw autorytarnych w zasięgu kontroli nad gospodarką i wszelką ekonomiczną aktywnością obywateli. „Obywatel PRL był bezbronny wobec państwa, bo musiał funkcjonować w gospodarce państwowej – mówił Paweł Machcewicz podczas opublikowanej przez
„Więź” (nr 2/1996) dyskusji „Czym była PRL?”. – Państwo było pracodawcą i decydowało w ten sposób o losie obywatela. W Hiszpanii tego nie było. Upaństwowienie gospodarki stwarzało jakościowy skok w kontroli nad społeczeństwem”.
Zwolennicy używania pojęcia totalitaryzmu uważają, że nie należy trzymać się sztywno definicji ustalonej przed 1956 r. i można ją korygować na podstawie opisu mechanizmów systemu zreformowanego po śmierci Stalina, gdyż nadal zachowywał on wiele istotnych cech właściwego totalitaryzmu. Antoni Dudek nazywa to „tendencją totalitarną”, gdyż „cały aparat państwa chce, aby to państwo było totalitarne i w związku z tym ingeruje we wszystkie możliwe dziedziny życia”, łącznie z próbą kreowania mody młodzieżowej, trendów w muzyce lub teatrze. „Zdolność do kreowania rzeczywistości jest jednak mniejsza”, gdyż nie decydowano się na użycie środków tak radykalnych, jak w okresie stalinowskim. Dudek dodaje, że porzucenie „pojęcia »totalitaryzm« jest groźne, gdyż może prowadzić do zrelatywizowania, rezygnacji z oceny moralnej PRL (...) Przyznajemy, że zrobiono tam różne rzeczy pozytywne, ale nie było to państwo suwerenne i nie zasługuje na tytuł Rzeczypospolitej z kolejnym numerem”.
Dariusz Jarosz, od dziesięciolecia studiujący relacje między niższymi ogniwami stalinowskiego aparatu władzy a tzw. zwykłymi ludźmi (zwłaszcza chłopami), ocenia, że klasyczna definicja Friedricha i Brzezińskiego jest bardziej płodna dla wyjaśnienia dążeń i ambicji władzy, i to na szczeblu centralnym, niż dla analizy relacji władza–społeczeństwo. Zachowania funkcjonariuszy partii stalinowskiej na różnych szczeblach były bowiem zróżnicowane. Dla lokalnych administratorów sprzeczność między dyrektywami płynącymi „z centrali” a oporem społecznej materii była szczególnie widoczna: „W tej sytuacji katalog możliwych zachowań władzy zawierał się między rygorystycznym wypełnianiem poleceń zwierzchników z powiatu, województwa czy Warszawy a różnymi formami ich osłabiania aż do form sabotowania włącznie”.
Jarosz podważa więc – nawet w odniesieniu do systemu stalinowskiego – dychotomiczny podział na funkcjonariuszy władzy i uciskane społeczeństwo, szuka stadiów pośrednich, sytuacji dwuznacznych, choć tymczasem nie proponuje jeszcze żadnego „modelu”. Przypomina równocześnie, że prócz strachu i indoktrynacji ideologicznej, do głównych elementów określających społeczne zachowania należały awans społeczny i cywilizacyjny, w pierwszym rzędzie polskiej wsi. Sens owego awansu także jednak może budzić rozmaite refleksje i spory.
EWOLUCJA CZY STATUS QUO, CZYLI CO SIĘ TU ZMIENIAŁO?
Pytania o zmienność czy niezmienność istoty systemu mają głębokie znaczenie. Od odpowiedzi na nie zależy bowiem treść dalszych pytań: czy system stopniowo ewoluował samoczynnie ku formom pluralistycznym i demokratycznym? Wyjąwszy szczególny przypadek odwilży lat 1955-56, większość historyków sięgających do materiałów archiwalnych na to pytanie odpowiada „nie”, choć przyznaje, że zmieniały się wzorce ideologiczne, język, techniki oddziaływania na społeczeństwo. Czy w PZPR istniał i czy wywierał realny wpływ nurt „reformatorski”? Odpowiedź brzmi: w niewielkim stopniu, a nabierał znaczenia jedynie w okresach silnej presji społeczeństwa na władze i słabł, gdy owa presja stawała się mniejsza. Można zatem powiedzieć, że czynnikiem przemian były przede wszystkim opór społecznej materii, nacisk, bunty, „wydzieranie” od słabnącej władzy ustępstw z jednej oraz kryzys gospodarki komunistycznej, jej wydajności i mechanizmów zarządzania z drugiej strony.
Przypomniane tu pytania prowadzą do dalszych – o postawy polityczne w okresie PRL i ich obecną ocenę, ich wartościowanie. Dla przedstawicieli radykalnej prawicy akt poparcia dla stalinowskiej ideologii i reżimu jest występkiem, którego nie może zmazać późniejsze zaangażowanie opozycyjne, nawet jeśli zostało okupione wieloletnimi szykanami czy więzieniem. Stąd odmowa ze strony tej orientacji zaliczenia do tradycji opozycyjnych rewizjonizmu po 1956 r., czy kąśliwy stosunek do Komitetu Obrony Robotników (wśród jego przywódców znajdowali się także dawni rewizjoniści). Zwolennicy tej orientacji przeciwstawiają „inteligenckiej opozycji” opór Kościoła katolickiego i zwykłych ludzi, którzy przez czas komunizmu przenosili wierność dla religii i tradycji. Immunizowanie się na wpływy ideologiczne komunizmu, trwanie – choćby bierne – w systemie dawnych wartości było ich zdaniem ważniejsze od „aktywizmu” dysydentów. Taką wizję prezentuje np. Tomasz Strzembosz, w artykule „Polacy w PRL: sprzeciw, opozycja, opór”, zamieszczonym w „Arcanach” (nr 35/2000).
Przeciwny pogląd przedstawia Andrzej Friszke, który wskazuje na znaczenie różnych form zorganizowanego i systematycznego sprzeciwu, osłabiania totalitarnych cech systemu, tworzenia płaszczyzn wymiany niezależnej myśli, tworzenia koncepcji politycznych, zarówno w sensie opisania cech systemu, jak wskazywania dróg prowadzących do pluralizmu i demokracji oraz wypracowywania wzorów „obywatelskiego nieposłuszeństwa”. Jego zdaniem działania te miały znaczenie dla stopniowego osłabiania aparatu władzy (np. w jego zdolności zniewalania obywateli), prowadziły do przełamywania monopolu informacyjnego, erozji bariery strachu, częściowego odzyskiwania suwerenności w niektórych enklawach społecznych oraz tworzenia się zalążków elit demokratycznych. Myśl polityczna wypracowywana w środowiskach opozycyjnych miała zasadnicze znaczenie dla nadania odpowiedniego kształtu, a następnie formułowania celów „Solidarności”.
Ten spór zapewne długo jeszcze będzie nie rozstrzygnięty, gdyż ma istotne podłoże psychologiczno-polityczne.
Poza sporem jest natomiast rola Kościoła katolickiego, wnoszącego alternatywę ideową i wychowawczą do z założenia monolitycznego systemu. Bezsporne jest również zaangażowanie państwa w zwalczanie Kościoła i lansowanie przymusowej laicyzacji. Dzieje tych zmagań są szczegółowo opisane, przede wszystkim na podstawie dokumentacji wytworzonej przez władze państwowe. W tekście „Nazizm i komunizm w doświadczeniu i pamięci Polaków” Andrzej Paczkowski zauważa, że Kościół przyjął taktykę przetrwania, bliską postawie adaptacji do warunków. „Zasadę tę Kościół stosował w istocie przez cały okres istnienia Polski komunistycznej, nawet wtedy, gdy wchodził (lub był wciągany) w konflikt z władzą, tak jak w latach gomułkowskiego Kulturkampf, z apogeum w czasie »wojny o Milenium«”.
Jednocześnie trzeba zauważyć, że samym swoim istnieniem Kościół wnosił odmienny system wartości, budował alternatywne dla państwowych struktury i formy życia społecznego (duszpasterstwa, pielgrzymki itp.), a obrona religii i różnych sanktuariów budowała jedną z podstawowych form społecznego oporu. Można jednak toczyć spór, czy lansowany przez Kościół model Polski katolickiej jako alternatywy dla systemu ateistycznego był właściwy, oraz jakie miał znaczenie dla budowania kondycji ideowej społeczeństwa. Można też dyskutować, jak duże znaczenie dla erozji i ostatecznego upadku systemu miała aktywność Kościoła. Powszechnie zauważana jest rola Jana Pawła II dla skonsolidowania narodu poza strukturami systemu, a następnie podtrzymywania woli obrony wartości. Oczywista jest rola Kościoła w okresie wychodzenia z systemu, kiedy stymulował pokojową ewolucję i przyczynił się do nawiązania bezpośredniego dialogu przywódców PZPR z przywódcami opozycji w 1988/89 r. oraz był jakby „żyrantem” kontraktu Okrągłego Stołu.
Udzielenie odpowiedzi na pytanie o stosunek społeczeństwa do systemu na przestrzeni 45 lat napotyka na ogromne przeszkody, gdyż dopiero w ostatniej dekadzie prowadzono na ten temat solidne badania. Stosunek obywateli wobec komunizmu Paczkowski opisuje za pomocą czterech pojęć – oporu, adaptacji, akceptacji, afirmacji. W pierwszym powojennym okresie przeważał opór, ale jak dowodzą autentyczne (i skrzętnie ukrywane aż do 1989 r.) wyniki referendum 1946 r. po stronie władzy opowiadała się
1/4 społeczeństwa. W pierwszym dziesięcioleciu dość liczna grupa wyrażała postawę afirmacji, wynikającą z przyjęcia ideologii komunistycznej. Po 1956 r. dominowała raczej adaptacja i akceptacja.
Antoni Dudek pisze, że stosunek społeczeństwa do władzy komunistycznej można „z dużym uproszczeniem porównać do zaburzonego ruchu wahadła. W punkcie startu, czyli w połowie lat 40., było ono wychylone maksymalnie w kierunku negacji powstającego właśnie ustroju. Następnie, w miarę upływu czasu, wahadło nastrojów społecznych przesuwało się – z wieloma zahamowaniami, a nawet cofnięciami – w stronę akceptacji realnego socjalizmu, osiągając maksymalne wychylenie w pierwszej połowie lat 70. (...) Zwrot w ruchu wahadła następuje w drugiej połowie dekady gierkowskiej, za sprawą kryzysu ekonomicznego, pojawienia się opozycji demokratycznej i wreszcie pierwszej pielgrzymki papieskiej. I tym razem zmiana w nastrojach społecznych nie ma charakteru jednostajnego: po szybkim ruchu w latach 1980-82 następuje spowolnienie w połowie dekady, a następne gwałtowne przyspieszenie za sprawą wydarzeń z lat 1988-89”.
Ważnym czynnikiem legitymizacji systemu miała być jego zdolność do przezwyciężenia odziedziczonego zacofania, modernizacji i uprzemysłowienia kraju, a zarazem unowocześnienia struktury społecznej.
Większość współczesnych historyków ocenia, że – patrząc globalnie – także pod tym względem system przyniósł efekty negatywne. Janusz Kaliński, autor wielu prac poświęconych dziejom powojennej gospodarki, stwierdza: „Ukształtowana w latach 50. struktura gospodarcza nawiązywała do kierunków rozwojowych ZSRR przed II wojną światową. Nie uwzględniała, poza sektorem zbrojeniowym, współczesnych tendencji w gospodarce światowej, inspirowanych rewolucją naukowo-techniczną. Podobnie jak w systemie radzieckim, w bardzo małym stopniu wychodziła naprzeciw potrzebom konsumpcyjnym społeczeństwa”.
Zbigniew Landau, jeden z najwybitniejszych historyków gospodarki polskiej w XX w. ocenia, że w pierwszym dwudziestoleciu powojennym rozwój gospodarczy odbywał się szybciej niż przed wojną, ale trudno ocenić, czy było to skutkiem odmiennej polityki. Jednocześnie koszty rozwoju były niezmiernie wysokie – gospodarka socjalistyczna była niezwykle marnotrawna, nie potrafiono wprowadzić mechanizmów optymalnego wykorzystania mocy produkcyjnych i pracy robotników oraz mechanizmów innowacji. Przyjmowano model rozwoju niezwykle energochłonny i często wręcz zabójczy dla środowiska naturalnego. Centralne planowanie nie było w stanie przewidzieć wszystkich możliwych wariantów rozwoju i dokonać wyboru optymalnego. Kształt systemu ekonomicznego i kierunki rozwoju narzucone przez ZSRR, były często sprzeczne z potrzebami własnymi kraju. System był niereformowalny z przyczyn politycznych i one też decydowały o odchodzeniu od wszelkich eksperymentów. Reformy bowiem prowadziłyby do osłabienia kontroli aparatu PZPR nad gospodarką, poszczególnymi zakładami i w konsekwencji społeczeństwem.
Według Krystyny Kersten w pierwszym okresie powojennym, do lat 1948/49 (system nie był wówczas jeszcze rozwinięty) dynamika odbudowy Polski była nie mniejsza niż w Niemczech i w Europie Zachodniej. „Można nawet powiedzieć, że centralizacja gospodarki, planowanie – stymulowały i przyspieszały ten rozwój”. Załamanie wzrostu nastąpiło w latach 50. wraz z ukształtowaniem modelu skrajnie scentralizowanej, zbiurokratyzowanej gospodarki. „Dramatyczne powiększenie się dystansu między Polską i innymi krajami socjalistycznymi a Zachodem przyniosły potem lata 60. i 70. Polskę ominęła rewolucja technologiczna” – mówiła Kerstenowa w dyskusji „Czy PRL była państwem polskim?” („Mówią Wieki” z listopada 1994 r.).
Podobny pogląd przedstawił na łamach „Więzi” (nr 2/1999) Janusz Żarnowski, najwybitniejszy historyk dziejów społecznych Polski międzywojennej. Zwraca on uwagę, że w pierwszym powojennym dwudziestoleciu „dokonały się pewne zmiany, które w społeczeństwach rozwiniętych dawno już były przeszłością, a które w Polsce powinny były dokonać się już przed wiekiem, jeśli polskie społeczeństwo miałoby wyrównać krok ze społeczeństwami zachodniej Europy”. Modernizacja miała jednak ograniczony charakter, dotyczyła tylko niektórych dziedzin życia, a w latach 60. zaczęła się stagnacja. Stagnacja gospodarcza oraz idące za nią umocnienie barier społecznych i zahamowanie społecznego awansu „doprowadzi właśnie do buntu i zawalenia się realnego socjalizmu wraz z jego modelem społecznym”.
Często dokonuje się porównania Polski z krajami, które przed wojną znajdowały się na podobnym, lub nawet niższym poziomie rozwoju, a po wojnie znalazły się w świecie zachodnim. Współcześnie kraje te znacznie wyprzedzają Polskę. Na przykład – jak podaje Wojciech Roszkowski – dochód narodowy na mieszkańca w 1989 r. był w Finlandii dwunastokrotnie większy, we Włoszech ośmiokrotnie, w Hiszpanii pięciokrotnie większy niż w Polsce, chociaż punkt startu był podobny. Dochód społeczny na mieszkańca w Grecji wynosił w 1929 r. 610 zł rocznie, Polski – 847 zł. W 1993 r. dochód ten wynosił w Grecji 8360 dol., w Polsce 5010 dol. Tak więc dochód w Grecji zwiększył się ok. 123 razy, w Polsce – 53 razy.
Prawomocność takich porównań można jednak podważać, gdyż nie wiadomo, jak by się toczył rozwój krajów zachodniej Europy bez konieczności mobilizacji ekonomicznej i reform społecznych wynikających z podziału kontynentu na bloki i sowieckiego zagrożenia – zarówno militarnego, jak ideologicznego. Ponadto Henryk Słabek zauważa, że do 1960 r. rozwój Polski znajdował się na tym samym lub nawet wyższym poziomie co Hiszpanii, Grecji, Portugalii. Dopiero w następnych dekadach Polska zaczęła pozostawać w tyle, po 1980 r. znalazła się w stagnacji, a niektóre wskaźniki wręcz wskazywały na regres.
Przytoczone oceny, wypowiadane przez historyków różniących się politycznie, a także o odmiennych biografiach, są w generalnych ocenach jednoznaczne: bilans gospodarczy epoki PRL jest negatywny. Rozbieżność ocen dotyczy przede wszystkim pierwszych lat powojennych (czy był to mimo wszystko okres wzrostu i modernizacji, czy ważniejsze było stworzenie w tym czasie struktury nieefektywnego systemu). Różnice pojawiają się również, gdy rozważamy pytanie, czy gdyby w połowie lat 50., albo nawet później, zostały wprowadzone postulowane przez ekonomistów reformy, gospodarka nieprywatna i sterowana przez państwo mogłaby odzyskać zdolność do rozwoju, modernizacji, konkurencyjności z gospodarką kapitalistyczną. Są to jednak pytania teoretyczne, odległe od podstawowych dylematów współczesnych ekonomistów.
*
Generalne oceny PRL pisane przez historyków są dość zbliżone. Różnice i spory dotyczą kwestii bardziej szczegółowych, względnie moralnych ocen zaangażowania w system. Właśnie te moralne oceny są barierą, która dzieli dawnych ludzi establishmentu PRL od dawnych ludzi opozycji.
Wraz z upływem lat podział ten stawał się coraz mniej interesujący dla przeciętnego obywatela. W połowie lat 90. pozytywnie oceniało epokę PRL 42 proc. badanych, negatywnie 49 proc., przy czym jednocześnie wśród spraw, których Polacy winni się wstydzić, najczęściej wymieniano stalinizm i stan wojenny. „Nie ulega wątpliwości – pisał socjolog Tomasz Żukowski – że środowiska polityczne związane z PZPR przegrały wieloletnią walkę o przeszłość, o świadomość historyczną Polaków”. Z drugiej strony wielu Polaków relatywizuje obraz PRL i wyraża pewną nostalgię za tamtymi czasami, zwłaszcza stabilizacją materialną, brakiem bezrobocia, pewnością opieki społecznej (choć utrzymanej na niskim poziomie). Obserwując obecne reakcje społeczne, zanik popularności mitu „Solidarności”, co pokazały obchody rocznicy Sierpnia ’80 r. oraz wyniki wyborów 2001 r., można postawić tezę dokładnie przeciwną do wyżej cytowanej. Udział w strukturach dawnego reżimu nie jest dziś przeszkodą dla zdobycia masowego poparcia. Spełnia się więc przepowiednia prof. Barbary Szackiej, która przed siedmioma laty mówiła, że w miarę upływu czasu będą stygły emocje, które budzą wydarzenia przeszłości, a uwaga społeczeństwa skupiać się będzie na gospodarce, a co za tym idzie na teraźniejszości i przyszłości.
Andrzej Friszke (ur. 1956) – docent w Instytucie Studiów Politycznych PAN, zajmuje się historią polityczną po roku 1945. Jest wiceprzewodniczącym Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, wykładowcą w Collegium Civitas oraz redaktorem działu historycznego miesięcznika „Więź”.
Całość tekstu ukaże się w maju tego roku w pierwszym numerze pisma naukowego Instytutu Pamięci Narodowej
„Pamięć i Sprawiedliwość” wraz z dyskusją wokół artykułu, w której uczestniczyli prof. Edmund Dmitrów, dr Antoni Dudek, dr hab. Andrzej Friszke, dr hab. Paweł Machcewicz, prof. Andrzej Paczkowski oraz prof. Jerzy Wiatr. Cytaty i opinie pochodzą m.in. z następujących książek i publikacji:
Antoni Dudek „Państwo i Kościół w Polsce 1945-1970” (1995) oraz „Ślady PeeReLu. Ludzie, wydarzenia, mechanizmy” (2000)
Andrzej Friszke „Opozycja polityczna w PRL 1945-1980” (1994) oraz „Oaza na Kopernika. Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie” (1997)
Dariusz Jarosz „Polacy a stalinizm 1948–1956” (2000)
Janusz Kaliński „Gospodarka Polski w latach 1944–1989” (1995)
Krystyna Kersten, Jerzy Eisler „Dyskusja nad historią PRL” (Polska 1944/45–1989. Studia i materiały, 1995)
Krystyna Kersten – referat „Czy polska była państwem totalitarnym?” w ramach konwersatorium pod tymże tytułem (1991)
Zbigniew Landau, Wojciech Roszkowski „Polityka gospodarcza II RP i PRL (1995)
Andrzej Paczkowski „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” (1995), „System nomenklatury kadr w Polsce (1950–1970)” (2000) oraz „System represji w Polsce 1944–1989” (w: „Czarna księga komunizmu”, 1999)
Hanna Świda-Ziemba „Człowiek wewnętrznie zniewolony” (1997)
Wojciech Roszkowski „Do horyzontu i z powrotem” (2000)
Henryk Słabek „Inaczej o historii Polski 1945-1989” (2000)
Andrzej Walicki „Polskie zmagania z wolnością” (2000, tekst wygłoszony w 1990)
Andrzej Werblan „Polska w strefie dominacji radzieckiej” (w „Polska pod rządami PZPR”, 2000)
Jan Żaryn „Kościół a władza w Polsce (1945–1950)” (1997)
|