Teatr
Dwa razy Grabowski
Łukasz Drewniak
Nowy teatr Mikołaja Grabowskiego chce być elitarny, ocalać uniwersalne wartości, rezygnując z boju o Polskę współczesną. Jest w tym jawna deklaracja reżysera: nie wygram z Kiepskimi, nie sprawię, by zamiast rechotać, zaczęli na moich spektaklach myśleć.
Jest coś symptomatycznego w rozejściu się dróg artystycznych braci Grabowskich. Andrzej Grabowski od kilku sezonów bawi telewizyjną publiczność rolą w serialu „Świat według Kiepskich” i często pojawia się na kabaretowych estradach. Jest idolem Polski B, tej, która przegrała na zmianach polityczno-ekonomicznych i teraz identyfikuje się z bezrobotnym cwaniakiem. Ferdynand Kiepski wydaje się być w prostej linii spadkobiercą sarmacko-plebejskich bohaterów o rozlazłych duszach i ciałach, dla których nie było nigdy żadnych świętości i autorytetów poza pełnym brzuchem. Grabowski wyposażył tę postać w pamięć ról, które zagrał w spektaklach swego brata – „Opisie obyczajów”, „Pamiątkach Soplicy”, „Scenariuszu dla trzech aktorów”. Fenomen jego popularności bierze się z zawartego z telewizyjną widownią sojuszu: dam wam to, czego naprawdę chcecie. Najważniejszy jest anarchiczny śmiech z wszelkich wartości, ludyczne rozpasanie. Precz z obowiązkami obywatelskimi i intelektualnymi, precz z myśleniem, bo Polska, w którą wierzycie, jest taka, jaką pokazujemy w serialu.
Droga Mikołaj Grabowskiego wiedzie w zupełnie innym kierunku. Po pierwsze reżyser-aktor rezygnuje z występowania na scenie, bo nie chce być dłużej postrzegany jako dowcipniś od Schaeffera. Zmienia stylistykę swojego teatru – zamiast rozpasanego, fizjologicznego teatru proponuje powrót ku tradycji, ku teatrowi wręcz akademickiemu, gdzie najbardziej liczy się słowo i psychologia bohaterów. Szuka w teatrze przestrzeni dla ocalenia człowieka. Widzem jego teatru już nie może być każdy; reżyser porzuca część publiczności i szuka wśród niej tych lepszych – pamiętających o konwencjach teatralnych, niechętnych eksperymentom. Adresaci jego sztuk nie pokrywają się z widownią telewizyjną. Mówiąc najkrócej: nowy teatr Grabowskiego chce być w pewnym sensie elitarny, mieszczański. Chce ocalać w inscenizowanych sztukach uniwersalne wartości, rezygnując przy tym z boju o Polskę współczesną. Jest w tym jawna deklaracja reżysera: nie wygram z Kiepskimi, nie sprawię, by zamiast rechotać, zaczęli na moich spektaklach myśleć.
Bez aktualnego kontekstu
Najnowsza premiera Mikołaja Grabowskiego, zrealizowane we wrocławskim Teatrze Polskim „Wesele”, jest demonstracyjnie zanurzona w anachronicznym stylu reżyserii i muzealnym aktorstwie.
Reżyser podchodzi do tekstu Wyspiańskiego niemal jak archeolog albo historyk, badacz dawno wybrzmiałych scenicznych póz i gestów. Miejsce akcji – bronowicka chata, jest niemal taka jak w krakowskiej prapremierze, podobnie kostiumy czy ustawienie scen zbiorowych. Historia teatru, nauka badająca przeszłość, służy tak naprawdę zrozumieniu współczesności teatru. Teksty dramatyczne uwikłane w historię (objaśniające jej mechanizmy i jednocześnie same będące przez nią wciąż na nowo objaśniane) nie dają się oderwać od aktualnego kontekstu. Dlatego historia teatru uczy, jakiego teatru dziś uprawiać nie można. A właśnie czegoś takiego spróbował Grabowski. I spektakularnie przegrał.
„Wesele” wystawione w stylu, który zaproponowano we Wrocławiu, wróciło jakby do punktu wyjścia: zamiast mówić ponadczasowe prawdy o charakterze polskiego narodu i społeczeństwa, poprzestaje na lokalnej anegdocie. Grabowski gra niemal cały tekst, bez skrótów, zamyka swoich aktorów w zaklętym kręgu wyjść i wejść. Daje im do ręki rekwizyty (kosy, złote rogi), których znaczenia nikt nie rozumie i nawet nie próbuje zrozumieć. Ze sceny wieje nudą i patosem.
Zgoda – współczesne „Wesele” nie musi być wypełnione atrybutami nowoczesności, ale powinno za każdym razem przekładać się na indywidualne rekwizytornie wyobraźni tych a nie innych reżyserów i nowy styl gry aktorskiej. Mikołaj Grabowski, zamiast przekładać utwór Wyspiańskiego na swój teatr, podporządkowuje go swoim wyobrażeniom o kształcie prapremiery z 1901 roku. I choć marzy o tym, że uda mu się namówić do robienia klasyki młode pokolenie reżyserów – Jarzynę, Brzyka, Kosa, to jednak testując zasadność wierności autorowi, oryginalnej strukturze dramatycznej utworu, a nawet pierwotnym koncepcjom postaci, pokazuje im na przykładzie swojego „Wesela”, że w obcowaniu z narodowymi arcydziełami doszliśmy już do punktu, w którym bez nożyczek ani rusz.
Inny teatr
A przecież Grabowski robi także inny teatr. Przykładem choćby „Królowa i Szekspir” z Teatru STU, z nagrodzoną prestiżowym Ludwikiem rolą Iwony Bielskiej. Reżyser jest tu wsłuchany w aktorów, nie każe im wypełniać martwego scenariusza gestów i sytuacji, ale pokazuje z ich pomocą naładowany emocjami dramat psychologiczny. I tutaj inscenizacja i wszechmoc reżyserska została ścięta do minimum, ale za to motywacje bohaterów rozbudowano niemal maksymalnie.
Dlatego tak ciekawie wypadły aktorskie kreacje; oprócz woskowej kukły Elżbiety granej przez Bielską, jakże ważna jest niema rola Andrzeja Hudziaka (Szekspir). W konfrontacji ze spłoszonym spojrzeniem artysty pięknieje stara twarz Królowej, na której zastygającym w śmierci obliczu wypisano historię ludzkiej niegodziwości. Grabowski delikatnie pokazuje, jak dojrzewają inne postacie – jak spryt kobiecy przezwycięża kobiecą naiwność w postaci dworki granej przez Magdalenę Czerwińską. Po scenie panoszy się gburowaty i cyniczny arcybiskup Krzysztofa Globisza, a także głupi i chutliwy następca tronu Jana Frycza. W tym skromnym teatrze Grabowskiego, dalekim od fałszywego przepychu „Wesela”, oglądamy przebłyski człowieczeństwa, a może prawa historii, które chronią to, co ważne: Szekspir ocaleje z tej perfidnej rozgrywki o władzę, bo sztuka jest po to, żeby była lustrem także i dla możnych tego świata.
*
Ostatnie premiery Grabowskiego to testowanie dwóch sposobów rozmowy z nową polską widownią.
Jeden z nich, czyli zmuszanie widza do osobistej odpowiedzi autorowi, wypełnienie własnymi treściami przeźroczystego utworu, zupełnie zawiódł przy „Weselu”. Na nic się zdały reżyserskie namowy do przypominania sobie naszych reakcji, wzruszeń, emocji sprzed lat, chęć testowania, co wciąż dla nas znaczy tekst Wyspiańskiego. Chyba nie czas na taką formę sceniczną, akademicki teatr nie wzbudza już żadnych reakcji.
Drugi sposób jest o wiele bardziej interesujący, co widać w przypadku „Królowej i Szekspira”. W tym krakowskim przedstawieniu historia to tylko ornament, sceneria do opowieści o ludziach i ich starości, strachu przed śmiercią, triumfie biologii i podejrzanym miejscu artysty w rozgrywkach o władzę.
Grabowski w Teatrze STU wydobył z miernego utworu wszystkie najważniejsze swoje tematy, tymczasem przy niewątpliwym arcydziele, jakim jest „Wesele”, z premedytacją ukrywał swoje fascynacje i to się zemściło. Nie da się reżyserować na biało, udając, że mnie, reżysera, tu nie ma, a jesteś tylko ty, widzu, sam na sam z legendarnym tekstem. Wszelkie sceniczne rekonstrukcje, zabawy w teatr z innej epoki są z góry skazane na niepowodzenie.
Stanisław Wyspiański, „Wesele”, reż.: Mikołaj Grabowski, scenogr.: Jacek Ukleja, kostiumy: Maria Balcerek, muz.: Jan Kanty Pawluśkiewicz, Teatr Polski w Poznaniu
Esther Vilar, „Królowa i Szekspir”, reż.: Mikołaj Grabowski, scenogr.: Barbara Zawada, muz.: Józef Rychlik, Teatr STU, Kraków.
|