O wszystkim

Zostając w labiryncie

ANDRZEJ DOBOSZ

 

Jan Lenica myślał, mówił o tej książce i przygotowywał ją od kilku lat. Miała być książką, nie albumem z reprodukcjami plakatów, nie zbiorem rysunków własnych, ale także przyjaciół artysty, nie zbiorem tekstów o nim, nie autobiografią. Miała być tym wszystkim na raz. A przede wszystkim nowym gatunkiem książki, tak jak przedtem nowymi i do niczego właściwie niepodobnymi były robione przez niego filmy.
Najpierw wydawcą miał być warszawski „Czytelnik”. Okazało się jednak, że normalne, bardzo przyzwoite wydawnictwo literatury nie jest w stanie sprostać wymaganiom, które Lenica stawiając najpierw sobie, chciał narzucić innym. Tak więc nie zdążył za życia dokończyć zamierzonego dzieła.
Ostatecznie „Labirynt Jana Lenicy”, zrealizowany przez jego przyjaciół: Ewę Czerwiakowską i Tomasza Kujawskiego, ukazał się pod firmą Muzeum Narodowego w Poznaniu i leży na moim stole, choć wcale nie wiem, czy jest w polskich księgarniach. 
Lenica był perfekcjonistą i trudno orzekać w jego imieniu, czy dzieło jest całkowitą rezalizacją zamierzeń. Sądzę jednak, że mam przed sobą rzecz bliską doskonałości, która przykuwa mnie do stołu.
Labirynt jest słowem wieloznacznym. Wiekszość przykładów w słowniku Doroszewskiego dotyczy raczej chęci wydobycia się z niego. Jest tam mowa nawet o tak właśnie nazwanej „metodzie badania psychiki zwierzęcej, polegającej na obserwowaniu zmysłu orientacji u zwierzęcia zmuszonego do wyszukania najkrótszej drogi”.
Tego labiryntu wcale jednak nie chce się opuszczć. Nie umiem też się w nim posuwać zgodnie z numeracją stron. Książka jest niby podzielona na części: dzieciństwo (Poznań, okupacyjna tułaczka), Warszawa, Paryż, Berlin i osobno traktowane tematy: rysunki, plakaty, filmy, ale to wszystko ściśle i szczęśliwie się łączy i miesza.
Spory fragment „Labiryntu” poświecony jest Henrykowi Tomaszewskiemu, drugiemu, a właściwie pierwszemu obok Lenicy wielkiemu twórcy polskiej szkoły plakatu, któremu młody L. chciał się przeciwstawić wszelkimi środkami. Jest to świadectwo nie tylko przyjaźni, jaka ich łączyła, ale także próbka Lenicy jako świetnego krytyka sztuki.
„W latach 60-tych rozpoczyna się u H.T. proces redukcji, tak charakterystyczny dla jego późnej twórczości plakatowej.
...Operuje coraz mniejszą ilością elementów... H.T. idzie samotnie pod prąd, wbrew tendencji polskiej szkoły do przeładowania, coraz cięższej, gęstej faktury....H.T. chciał oduczyć rękę. Oduczyć nauczonego. Wściekle trudne.
W późniejszych latach jego rysunki wracają do początków, do niewinnej żywiołowości dzieci...
I stąd się wywodzi plakat do »Edwarda II« – końcowy etap tej powrotnej drogi do źródeł plastyki, malarstwa, rysunku.
Liternictwo H.T. to osobny rozdział. Tutaj jest akrobatą: żongluje literkami, czcionką, pisanym i drukowanym z wirtuozerą która każdego, kto się na tym zna, musi wprawić w zachwyt. Cóż on wyprawia!”
Tu z żalem przestaję przepisywać. Ale od kilku dni nie umiem się powstrzymać od oglądania reprodukowanej kolekcji rysowanych przez Tomaszewskiego kartek z życzeniami świątecznymi dla przyjaciela. Godne zawsze uwagi fragmenty korespondencji ich obu przewijają się przez cały „Labirynt”. Podobnie zresztą jak wymiana listów z rodzicami. Uwaga ojca: „jak już nauczyłeś się robić plakaty, mógłbyś zacząć malować”.
Gdzieś pod koniec lat 50. Lenica przed wyjazdem do Paryża został przyjęty przez ówczesnego ministra kultury, nazwiskiem Tadeusz Galiński, bohatera licznych anegdot. Gdy w rozmowie doszło do tego, że środki finansowe, którymi dysponuje, są dość szczupłe, pan minister poradził mu, by wziął ze sobą radio tranzystorowe „Szarotka”, które z pewnością opchnie.
W roku 1963, po odrzuceniu projektu filmu, ostatecznie przeniósł się na Zachód. Przyjeźdżał jednak, i jego plakaty pojawiały się na polskich ulicach, rozświetlając ich szarość. Dziś rzeczy tej klasy oglądać można jedynie w muzeum i w tej książce, którą wydrukowano – jak słyszałem – w nakładzie tysiąca egzemplarzy.

Andrzej Dobosz

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl