Przechowalnie sztuki

Tomasz Potkaj



Polskie muzea od lat nie dokonują zakupów. A do tego przechowują przedmioty, które nie są ich własnością: skala potencjalnych roszczeń we wszystkich polskich muzeach szacowana jest na pół miliona obiektów. Gdyby prawowici właściciele obrazów czy rzeźb zechcieli w jednej chwili odebrać to, co stanowi ich własność, część zgromadzonych kolekcji i kilka muzeów po prostu przestałoby istnieć.



Dorota Monkiewicz z działu sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Warszawie o wycofaniu depozytu „Szofera” Andrzeja Wróblewskiego przez córkę artysty, Martę Wróblewską, dowiedziała się na tydzień przed terminem. – Gdyby dano mi więcej czasu, próbowałabym jakoś zdobyć pieniądze na wykupienie obrazu, bo bardzo zależało mi, aby pozostał w naszej kolekcji – tłumaczy, choć kwota była bardzo wysoka – nieoficjalnie mówi się o 180 tysiącach złotych. Oczywiście muzeum nie dysponuje takimi pieniędzmi, a założona przez Dorotę Monkiewicz Fundacja Zbiorów Sztuki Współczesnej jest w stanie zakupić jeden obraz rocznie z pieniędzy zebranych od sponsorów. Sponsorzy mogą wprawdzie wykupić depozyty rękopisów „Quo Vadis” i „Starej Baśni” dla Biblioteki Narodowej, ale na sztukę współczesną pieniądze dają rzadko i nader niechętnie, czemu właściwie trudno się dziwić, bo sztuka współczesna jest w swojej istocie dość nieokreślona. A ponadto jej nie ma: w Muzeum Narodowym w Warszawie, podobnie jak w większości podobnych placówek w Polsce (chlubnym wyjątkiem jest Wrocław) sztuki współczesnej nie eksponuje się w ogóle z braku miejsca, zakupione obrazy tak czy inaczej trafiają więc do magazynów. Z tego względu córka zmarłego przedwcześnie w 1957 roku artysty zamierza odebrać też złożony przez swoją matkę w Muzeum Narodowym obraz „Poczekalnia”, twierdząc, że jest w stanie zapewnić mu lepszy odbiór społeczny. Dorota Monkiewicz zapowiada jednak, że będzie walczyć o „Poczekalnię. – Przez kilka miesięcy spróbuję znaleźć fundusze, choć zapewne nie będzie to łatwe. 
W podobny sposób Muzeum Narodowe w Warszawie może stracić znaczną część swojej kolekcji. Właściciele upominają się między innymi o „Śmierć Ellenai” Jacka Malczewskiego, „Orkę na Ukrainie” Leona Wyczółkowskiego „Chrystusa i jawnogrzesznicę” Henryka Siemiradzkiego czy „Napoleona na koniu” Piotra Michałowskiego. Z Muzeum Narodowego w Poznaniu Marta Wróblewska wycofała już jeden z obrazów z cyklu „Ukrzesłowienie”, zdaniem krytyków należący do najważniejszych w twórczości artysty. – Z punktu widzenia historyka sztuki, Andrzej Wróblewski to wielkie nazwisko, tyle tylko, że bardzo trudno go sprzedać – uważa Radosław Jaśczak z domu aukcyjnego Desa Unicum. – Dwa lata temu bezskutecznie próbowaliśmy sprzedać jego portret mężczyzny. Dobre obrazy Wróblewskiego mogą osiągnąć dziś cenę wywoławczą w granicach od 50 do 80 tysięcy złotych, oczywiście bez gwarancji sukcesu. 
Dwa lata temu obrazy Jacka Malczewskiego sprzedawano za 100 tysięcy złotych, dziś – za 40. Dlatego, na szczęście dla polskich muzeów, właściciele depozytów zwlekają z decyzją o wycofaniu należących do nich obiektów. Jednak w ciągu ostatnich sześciu lat Muzeum Narodowe w Warszawie oddało właścicielom ponad 3 tysiące obiektów. Jeden tylko dział polskiej sztuki nowożytnej MN w ciągu ostatnich czterech lat stał się uboższy o ponad setkę dzieł, wśród których znalazły się bardzo cenne obrazy wchodzące w skład ekspozycji stałej. W zbiorach placówki wciąż znajduje się ponad 25 tysięcy depozytów, dzieł, które w każdej chwili mogą wrócić do ich prawowitych właścicieli, jeśli ci będą mieli takie życzenie. W latach 1945–1990 Muzeum Narodowe w Warszawie powiększyło swe zbiory o 600 tysięcy obiektów. Tylko 10 procent z nich zostało zakupionych.

Z naruszeniem dekretu

Skala roszczeń we wszystkich polskich muzeach szacowana jest na pół miliona obiektów. Ale przecież to nie możliwość wycofania depozytów stanowi największe zagrożenie dla polskich kolekcji. Część zbiorów muzealnych, obejmująca także najcenniejsze obiekty, powstała po prostu w wyniku ewidentnego naruszenia prawa – dekret o reformie rolnej nie przewidywał rekwirowania mienia ruchomego, zaboru dokonywano w oparciu o rozporządzenie ministra. Mimo braku ustawy reprywatyzacyjnej, byli właściciele z powodzeniem dochodzą swoich praw na drodze sądowej, a dyrektorzy placówek muzealnych przed oczami mają widmo likwidacji części kolekcji. – Akcja zaboru była zupełnie bezprawna i to jest poza dyskusją – uważa Alojzy Oborny, dyrektor Muzeum Narodowego w Kielcach, w którego zbiorach znajdują się kolekcje pochodzące z tzw. dóbr poszlacheckich. – Ale z drugiej strony mienie podworskie przywożone do nas było w strasznym stanie, a przez 50 lat ktoś jednak je przechowywał, konserwował. Rozumiem racje właścicieli i szanuję święte prawo własności. Tylko dlaczego winę za wyrządzoną komuś krzywdę ponosić ma właśnie muzeum? Dyrektor Oborny do dziś pamięta pierwszą wizytę Marcina Popiela, spadkobiercy pałacu w Kurozwękach (pochodzące stamtąd obiekty znajdują się w kieleckim muzeum) – Obejrzał swoje obrazy w muzeum i powiedział mi: „I jak ja mogę to wszystko zabrać?” Marcin Popiel odbudowuje dwór z własnych środków. Należące do jego rodziny obrazy wciąż wiszą w kieleckim muzeum. – Fakt własności nie podlega tu żadnej dyskusji. Ale w kwestii wydania zbiorów otwiera się pole do negocjacji – dyrektor Oborny nie traci nadziei. Może uda się stworzyć fundację Popielów na wzór krakowskiej fundacji Czartoryskich czy poznańskiej Raczyńskich?
– Odmowa zwrotu depozytu oznacza, poza konsekwencjami prawnymi, utratę wiarygodności muzeum jako instytucji zaufania publicznego, choć sprawa nie wygląda całkiem beznadziejnie – Franciszek Centka, dyrektor departamentu ochrony dziedzictwa narodowego MKiDN stara się zachować urzędowy optymizm. – Zmiana właściciela obrazu wcale nie musi oznaczać jego wycofania z obiegu publicznego, co najlepiej pokazuje ostatnia wystawa Ferdynanda Ruszczyca w Krakowie, która odbyła się dzięki współpracy właścicieli prywatnych. Muzealnicy przez lata przyzwyczaili się do pojęcia „depozyt wieczysty”. To błąd. Czegoś takiego już nie ma. 
Muzeum Narodowe w Kielcach mieści się w zabytkowym pałacu biskupów krakowskich. Dyrektor Oborny o ten akurat obiekt nie musi się martwić: pałac przestał być własnością Kościoła ponad 200 lat temu i nie należy spodziewać się roszczeń ze strony byłych właścicieli. 
Mieczysław Jaroszewicz, dyrektor Muzeum Zachodniopomorskiego w Słupsku, może spać spokojnie. Chlubą jego placówki jest 245 portretów i rysunków Witkacego, z czego 115 wystawianych jest w ekspozycji stałej. – Wszystkie są naszą własnością, kupowaliśmy je przez wiele lat – podkreśla. Ostatnio muzeum zakupiło kolejny portret, na który złożyło się aż dziewięciu sponsorów. Oczywiście to jedyny sposób na dokonywanie zakupów – pieniądze z urzędu marszałkowskiego starczają na pensje i podstawowe opłaty, pozostałe pieniądze trzeba zdobywać własnymi sposobami. Czasem dość niekonwencjonalnymi. – Zarabiamy na wydawnictwach, zdjęciach, mamy nawet małą elektrownię, sprzedajemy więc prąd prywatnym odbiorcom – chwali się dyrektor. Na zjazd muzealników pojechał jednak za własne pieniądze. Ale przecież życie muzealnika nie jest usłane różami. 

Oddajcie co nasze

Ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz, proboszcz gdańskiej Bazyliki Mariackiej, za punkt honoru postawił sobie odzyskanie wszystkich obiektów znajdujących się kiedyś w świątyni. W ciągu 22 lat, od kiedy jest tu proboszczem, do bazyliki wróciło ich 150, o odzyskanie części z nich, znajdujących się w Muzeum Narodowym w Warszawie, ksiądz od lat toczy nie zakończoną ciągle wojnę z dyrektorem placówki Ferdynandem Ruszczycem. Dzięki akcji „Gazety” Oddajcie co nasze do Gdańska wróciły m.in. XV-wieczny ołtarz Boga Ojca z kościoła św. Katarzyny, figura z brązu Madonny z Dzieciątkiem z Bazyliki Mariackiej i ołtarz z kościoła w Suchym Dębie. Dyrektor Ruszczyc walczy o każdy obiekt, kwestionuje podstawy prawne do zwrotu. Ale tak naprawdę problem leży gdzie indziej. Gdyby spełnił wszystkie żądania, galeria sztuki średniowiecznej Muzeum Narodowego w Warszawie po prostu przestałaby istnieć. Ksiądz Bogdanowicz właściwie rozumie dyrektora. Pewnie na jego miejscu robiłby to samo. 
Ale największym marzeniem księdza infułata jest powrót do świątyni „Sądu Ostatecznego” Hansa Memlinga. Tryptyk Memlinga znajduje się dziś w pomalowanej na kolor indygo niewielkiej sali gdańskiego Muzeum Narodowego, odległego od bazyliki o 15 minut pieszo. – Ten obraz wisiał w bazylice przez 400 lat i tutaj jest jego naturalne miejsce – uważa proboszcz. – W bazylice obraz mogłoby oglądać nawet dwa miliony ludzi rocznie, miałby poza tym lepsze zabezpieczenie, konserwację. Za blisko 300 tysięcy złotych pochodzących ze zbiórki ksiądz Bogdanowicz kupił specjalną gablotę do przechowywania obrazu, która, na razie stoi pusta. Ksiądz Bogdanowicz w sprawie Memlinga gotów jest paktować z każdym – ostatnio spotkał się z marszałkiem senatu Longinem Pastusiakiem. Przez cztery lata liczył na wpływy silnego w Gdańsku AWS, ale choć były wojewoda Tomasz Sowiński wydał polecenie przekazania obrazu bazylice, nic się nie zmieniło. – Nie oddali Memlinga i Memling zrobił im sąd ostateczny – żartuje ksiądz Bogdanowicz.

Myślicie, że wam się należy?

Janina Ładnowska, kustosz z Muzeum Sztuki w Łodzi, wyliczyła ostatnio, że w latach 1966-91, kiedy dyrektorem placówki był Ryszard Stanisławski, muzeum dokonywało średnio jednego zakupu dziennie. Daje to liczbę 5005 obiektów, nie licząc kilku tysięcy darów. Zakupów dokonywano jeszcze w latach 90. i dzięki temu Muzeum Sztuki, jako jedyne w Polsce, ma w swej kolekcji rzeźby Mirosława Bałki czy obrazy Romana Opałki. Ale dobre czasy dawno się skończyły. – W ubiegłym roku dokonaliśmy 10 zakupów dzięki dotacji Ministerstwa Kultury. To wszystko, na co nas stać. – mówi wicedyrektor muzeum Jacek Ojrzyński. Dotacja jest wprawdzie wieloletnia, ale stan finansów publicznych jest opłakany, więc trudno przewidzieć, czy i w jakiej wysokości znajdą się pieniądze w tym roku. Sytuacja nie napawa optymizmem. – Muzea ulegają degradacji. Od wielu lat budżety pozwalają tylko na przetrwanie, ale teraz pod znakiem zapytania staje nawet przetrwanie, bo nie ma pieniędzy na konserwowanie obiektów. Trudno liczyć na sponsorów, bo nie istnieje w Polsce system odliczeń podatkowych sprawiających, że kupowanie dzieł sztuki dla muzeów byłoby opłacalne. Pozostają dary, ale jak długo muzeum może żyć z samych darów? Resztkę złudzeń dyrektora Ojrzyńskiego rozwiało posiedzenie komisji kultury pod koniec kadencji poprzedniego Sejmu. Na zakończenie jeden z posłów powiedział: „Panom dyrektorom wydaje się, że im się pieniądze należą. Otóż nie, nie należą się”. – Pieniędzy starczy na ochronę tego, co jest – tłumaczy Franciszek Centka – a nie są to wbrew pozorom małe koszty, bo utrzymanie muzeów znajdujących się przeważnie w starych, często wymagających remontu siedzibach jest kosztowne. Reszta pochodzić musi ze źródeł prywatnych. Tak jest na całym świecie. 
Dorota Monkiewicz: – Muzeum nie ma artyście nic do zaoferowania. Może najwyżej kupić od niego dzieło, czyli po prostu mu zapłacić. A nie ma z czego. Dlatego utrzymywanie fikcji pod tytułem galerie sztuki współczesnej w muzeach w dzisiejszym kształcie nie ma już sensu. Przecież sztuka polska po 1990 roku w polskich muzeach po prostu nie istnieje i nadszedł chyba najwyższy czas, żeby ogłosić to publicznie. Więc może lepiej stworzyć cezurę czasową, na przykład na roku 1990, a to, co było później, przekazać galeriom? 
Wiceminister kultury Aleksandra Jakubowska ma ponoć pomysł na ustawę pozwalającą zachować polskie kolekcje muzealne w dotychczasowym kształcie. Dyrektor Centka ma jednak jeszcze inne marzenie: chciałby stworzyć centralny fundusz na zakupy do polskich muzeów, taki jak we Francji. – Minister byłby dysponentem funduszu, jego organem doradczym byłaby Rada Kuratorów składająca się na przykład z dyrektorów muzeów – opowiada. Idea jest piękna, ma jednak jedną wadę: pieniądze miałyby pochodzić z budżetu. Czy to się uda? – A to już pytanie do ministra finansów. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl