Beethoven na Wielkanoc

Z Elżbietą Penderecką rozmawiają Agnieszka Sabor i Tomasz Cyz



TYGODNIK POWSZECHNY: – Skąd w Krakowie Festiwal Beethovenowski? 
ELŻBIETA PENDERECKA: – Od 1996 roku pracowałam w Biurze Kraków 2000. Przewodniczyłam radzie programowej, w której pozostałam do końca, choć w pewnym momencie łatwiej było odejść. Na początku 1997 roku przypadała 170. rocznica śmierci Ludwiga van Beethovena. Wiedzieliśmy, że w Krakowie przechowywane są jego manuskrypty, nie udostępniane dotąd publicznie. Wiedzieliśmy także, że w okresie komunizmu wywożono je. Gierek podarował Honeckerowi autograf „IX Symfonii”. Wydało mi się, że i święta, i Kraków przygotowujący się do roku 2000, i rocznica śmierci Beethovena dają okazję, by pokazać przechowywane w Bibliotece Jagiellońskiej rękopisy – i rozpocząć tu wielki festiwal. A trudno o patrona lepszego niż Beethoven.
– Właśnie zakończyła się szósta edycja Festiwalu. To dużo czy mało? 
– Wydaje mi się, że ten Festiwal na stałe wpisał się w kalendarz wydarzeń muzycznych naszego miasta, jak również zaistniał co najmniej w Europie. Dowodem stale wzrastająca liczba turystów. Jedno tylko biuro turystyczne już po raz piąty przywiozło sto kilkadziesiąt osób. W tym roku doliczyliśmy się 600 obcokrajowców. Było wielu dziennikarzy, z „Die Welt”, „Neue Zürcher Zeitung”, wiedeńskiej „Die Presse”, „Bayrische Rundfunk”, „Mitteldeutsche Rundfunk”, z Deutsche Welle, SFB, z paryskiego „Le Monde” i z miesięcznika „Classica”. Jeżeli goście ze świata przyjeżdżają specjalnie na Festiwal, oznacza to, że zaczyna on być znany.
Czy to znaczy, że krakowski Festiwal adresowany jest głównie do zachodniego turysty?
– Nie. Chciałabym, żeby przeważali polscy melomani, bo w naszym kraju zastraszająco spadła liczba ludzi chodzących na koncerty.
– Ale czy krakowianie rzeczywiście przychodzą?
– Tak. Okazuje się, że mimo tradycji polskiego wielkanocnego stołu uczestniczą w Festiwalu. Wielu nie może sobie przecież pozwolić na wizytę w wiedeńskim Musikverein czy nowojorskiej Carnegie Hall. Urządzając koncerty – które są bardzo drogie – nie podnosimy cen biletów, chociaż pomogłoby to Festiwalowi. Ale krakowska muzyczna młodzież ma prawo wejść na koncert za 5, 10 złotych. To taniej niż bilet do kina. Każdy może wejść do filharmonii. Dlaczego nie każdy wchodzi? To przede wszystkim kwestia edukacji. Na uniwersytetach w Yale czy Harvardzie grają świetne orkiestry składające się z matematyków, fizyków, chemików. U nas nie ma takiej tradycji.
Podnoszą się głosy, że Kraków potrzebuje dużego festiwalu. Czy rolę „motoru” napędzającego życie kulturalne miasta może spełnić właśnie Festiwal Beethovenowski? A może jest on tylko przyjemnym dopełnieniem Świąt Wielkanocnych?
– Myślę, że nasz Festiwal stał się w pewnym sensie „motorem” Krakowa. To prawda, że działającym powoli. Ale mamy taką salę, jaką mamy – tylko 900 miejsc. Tymczasem wszystkie współczesne festiwale to po prostu social meeting, podczas którego spotykają się ludzie różnych profesji – jedni z zamiłowania do muzyki, inni z czystego snobizmu. W Bayreuth na przerwach między spektaklami czeka na gościa wszystko, od szklanki wody i małej kanapki po obiad i lampkę szampana. Festiwalem w Salzburgu żyje całe miasto. Każdy sklep, hotel, lotnisko, stacja benzynowa są przygotowane, bo wszyscy wiedzą, że festiwal przyniesie im zyski. W Krakowie z jednej strony czujemy świąteczną atmosferę, a z drugiej po koncercie wychodzimy na rozkopany Rynek. Kraków powinien – i to jest zadanie dla władz miasta – zbudować piękną, wielofunkcyjną salę, w której mogłyby się odbywać wielkie kongresy, koncerty, spektakle operowe, teatralne. Taka sala świetnie by na siebie zarabiała.
– Jaka jest kondycja finansowa Festiwalu?
– Mam w tej chwili więcej orkiestr niż jestem w stanie zaprosić na Festiwal. Mając zapewnione pieniądze, mogłabym zorganizować trzytygodniowe muzyczne święto. Jak dotąd zasada finansowania Festiwalu była taka: jedna trzecia miasto, jedna trzecia państwo, jedna trzecia (lub więcej) sponsorzy. Miasto dotrzymało słowa, ministerstwo w roku ubiegłym dało trochę mniej, prawie taką samą sumę otrzymaliśmy w tym roku, co jest – myślę – sukcesem wobec trudności budżetowych. Ale pomogło też wejście naszego Festiwalu do Europejskiego Stowarzyszenia Festiwali w Genewie (The European Festival Association). 26 października 2001 roku 47 głosami na 50 – czyli prawie jednogłośnie – Festiwal został członkiem prestiżowego stowarzyszenia, w którym zrzeszonych jest 80 największych festiwali europejskich, m.in. w Bayreuth, Salzburgu, Atenach, Edynburgu.
80 festiwali to bardzo dużo. Czy przynależność do tej organizacji przynosi, poza prestiżem, jakieś wymierne korzyści?
– Przede wszystkim przekłada się na promocję. Wszystkie zrzeszone w Stowarzyszeniu festiwale będą podawać w swoich katalogach informację o Festiwalu Beethovenowskim w Krakowie. 
Czy Krakowowi wystarczy jeden, najlepszy nawet festiwal? W końcu rok ma 12 miesięcy...
– Powinno ich być o wiele więcej. Kalendarz powinien być wypełniony ważnymi wydarzeniami kulturalnymi. Dlatego w ubiegłym roku zorganizowałam festiwal fortepianowy i cieszyłabym się, gdyby i ten festiwal w przyszłości wpisał się na stałe w kalendarz wielkich wydarzeń muzycznych. Podczas siedmiu koncertów chciałam pokazać artystów młodych, nieznanych w Polsce. Niezwykle ważną międzynarodową rolę, nie tylko w kulturze, ale też w edukacji i polityce, odgrywa od wielu lat znakomity Festiwal Kultury Żydowskiej. Należy mu się uznanie i opieka – przede wszystkim finansowa. To także nasza wizytówka na zewnątrz. Uważam też, że w Krakowie powinien narodzić się duży festiwal teatralny.
Ale czy budżet jakiegokolwiek miasta jest w stanie udźwignąć finansowo takie obciążenie?
– W tej chwili rzeczywiście stanowi to problem. Dodam, że największym, najbardziej „wziętym” artystom wysyłam umowy na 3 tygodnie przed rozpoczęciem festiwalu, dopiero kiedy mam zagwarantowane fundusze. W poważnym świecie jest to nie do przyjęcia! Dlaczego artyści to akceptują? Bo podpisuję umowy nazwiskiem mojego męża. 
Na Festiwalu Beethovenowskim pojawia się muzyka współczesna. Ale przez 6 lat jedynym kompozytorem współcześnie żyjącym, którego utwory wykonywano, był Krzysztof Penderecki.
– To nie przypadek. Wykonujemy tylko największą muzykę. W roku ubiegłym roku zagrano jego „Credo”. Utwór ten zamykał festiwal w Lucernie i tamtejsi muzycy zwrócili się do mnie z propozycją zagrania „Credo” także w Krakowie. Tematem Festiwalu była muzyka XX wieku, „czasu apokalipsy i nadziei”. Rada programowa uznała, że jeżeli prezentujemy Schönberga „Ocalałego z Warszawy” i Messiaena „Kwartet na koniec wieku”, powinniśmy przedstawić Pendereckiego „Credo” na koniec wieku. W tym roku wykonano „Sekstet” Pendereckiego. To znów przypadek (i decyzja rady programowej). Ten utwór nie doczekał się wcześniej polskiego prawykonania, ponieważ potrzebna jest do tego grupa bardzo wybitnych muzyków. A za granicą grany był już we wszystkich, najbardziej prestiżowych salach koncertowych! 12 maja wykonany zostanie w nowojorskim Avery Fischer Hall. Czy Kraków jest gorszy? 
Skoro Festiwal ma odegrać w przyszłości tak ogromną rolę, rodzi się pytanie o to, jaki jest, a jaki być powinien...
– Powinien pozostać taki, jaki jest. Jednocześnie musi pójść w kierunku promocji artystów polskich, zwłaszcza młodych. Na razie jest jednak na to za mały. Powinien stale wprowadzać jakiś element współczesny, który stanowiłby kontynuację muzyki klasycznej. Polska była przecież jednym z pierwszych krajów, który zaczął promować muzykę współczesną. Pierwsza „Warszawska Jesień” odbyła się w 1956 roku. Żyliśmy za żelazną kurtyną, a mieliśmy największy festiwal muzyki współczesnej w świecie.
Mamy patrona – i Beethoven nim pozostanie. Ale powinno się przedstawiać muzykę różnych okresów. Prof. Mieczysław Tomaszewski (szef rady programowej) chce, by każdy festiwal miał jasno określony temat. W przyszłym roku to Beethoven i muzyka baroku. Później może wrócimy do wielkiej symfoniki. Może Beethoven i jego przyjaciele. Może wpływ Beethovena na innych kompozytorów.
– Czy ta formuła kiedyś się nie wyczerpie?
– Nie ma festiwali ukierunkowanych absolutnie. Festiwal jest formą, która pozwala pokazać wszystko, co dobre. Cieszymy się, że udaje nam się sprowadzić do Krakowa zespoły, których nie było do tej pory w Polsce, np. Moscow Soloists z Jurijem Bashmetem. Festiwal pełni także rolę edukacyjną i naukową. Corocznie organizujemy sesję muzykologiczną. Udało nam się wydać książkę tekstów wybitnych muzykologów. Obejmuje ona trzy pierwsze sympozja. W przyszłym roku wydamy kolejny tom, zawierający materiały z trzech kolejnych. Przy dobrej promocji materiały te mogłyby być rozsyłane do bibliotek uniwersyteckich na całym świecie. Chciałabym wprowadzić także poranki dla dzieci. Jest tyle pięknych dedykowanych im utworów! I może byłaby szansa, żeby utalentowane dzieci mogły uczestniczyć w takich koncertach. Może pojawi się też jakiś element konkursu? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl