Tytus zrobiony na szaro

Joanna Olech



O długowieczności „Tytusa” niech świadczą ceny dziewięciu zeszytów komiksu, jakie uchowały się w naszym domu: 4 zł, 18 zł, 29 zł, 95 zł, 140 zł, 230 zł, 380 zł, 9500 zł, 45000 zł. Tytus był w moim życiu od zawsze. 



Jeszcze zanim nauczyłam się czytać – najpierw co tydzień, a potem dwa razy w tygodniu w domu pojawiał się numer „Świata Młodych” z „Tytusem, Romkiem i A’tomkiem” na ostatniej stronie. W rodzinnym albumie widnieje zdjęcie mojej mamy z żywym Tytusem w objęciach – w roku 1957 lub 58 w warszawskim ZOO urodził się małpiszon, którego ówczesny dyrektor pan Landowski nazwał Tytusem. Uroczystość nadania imienia odbywała się w asyście redaktorów „Świata Młodych” i samego Papcia Chmiela. Przez wiele lat majowe Targi Książki przed Pałacem Kultury kojarzyły mi się z kilometrową kolejką po autograf na nowym zeszycie „Tytusa”. Nic dziwnego zatem, że pierwszą osobą, jaką widzę, kiedy otwieram rano oczy, jest małpa w krótkich spodenkach. Oryginalna strona komiksu (unikatowa, bo z błędem i odręcznymi notatkami Henryka J. Chmielewskiego na marginesach) wisi w mojej sypialni. 
Po 40 latach małpie dowcipy ciut zwietrzały, ale nie będziemy ich brać pod lupę... Tytus to już nie małpa, to instytucja, to kultowy fetysz, to ikona popkultury. Toteż kiedy dowiedziałam się, że powstaje film na podstawie komiksu – poczułam się, jakby mi ekranizowali członka rodziny. Oczekiwanie trwało kilka lat i oto jest – „Tytus, Romek i A’tomek wśród złodziei marzeń”. Siadam na widowni i od razu jestem stronnicza – bardzo chcę, żeby mi się podobało. I podoba się – grafika, animacja, piosenki, Holoubek w roli Kopernika, prawdziwe warszawskie adresy i miejskie plenery... Najbardziej podoba mi się scenarzystka – niegdysiejsza copywriterka, która rzuciła pracę w agencji reklamowej, żeby zrobić film ośmieszający i demaskujący reklamę. Wszystko mi się podoba, aż do tej pechowej minuty, kiedy na ekranie pojawia się Colonel Sanders (notabene podobny do Papcia Chmiela). 
Wyjaśnię, w czym rzecz. Tytułowi „złodzieje marzeń” to okrutny Książe Saligia i jego słudzy, którzy czymś na kształt odkurzacza wysysają ludziom marzenia z głów i po obróbce sprzedają je w postaci reklam. Ograbieni z marzeń ludzie dostają w zamian maszynki do robienia pieniędzy. Wszechobecna reklama sprawia, że pożądają wciąż nowych dóbr, toteż kręcą korbką swoich „groszorobców”, aż do dnia, kiedy zostają „zrobieni na szaro” – szarzeją bezpowrotnie i stają się bezwolnymi konsumentami sztucznie wykreowanych potrzeb. Saligia atakuje podstępnie – za pośrednictwem telewizora. Tytus o mały włos uległby telewizyjnej hipnozie, gdyby nie jego zbawienny szympansizm – jest małpą, nie mieści się więc w „targecie”, bo reklama, jak wiadomo, adresowana jest do ludzi. Tymczasem Romek i A’tomek bez walki poddają się Saligii, zapadają na „otumanicę reklamicę” i są na dobrej drodze do całkowitego zszarzenia. Jedynie Tytus może ich ocalić... 
Film jest w zamierzeniu frontalnym atakiem na reklamę. Jego przesłanie zostało wyrażone wprost, jak w elementarzu (chwilami nawet zbyt nachalnie). Jest to przesłanie chwalebne, zamysł pedagogiczny oczywisty – podważyć ufność dzieci w sens reklam, zaszczepić krytyczny stosunek do kreowanych przez media, „nadmuchanych” potrzeb. I oto w środku tego antykonsumpcyjnego manifestu z ekranu wyłania się dobroduszne oblicze Colonela Sandersa i wielgachne logo KFC. Żeby nie było wątpliwości, że Colonel jest naszym sprzymierzeńcem – z ekranu pada reklamowy slogan. I tu mnie szlag trafił! Gdybym miała pikantne skrzydełko pod ręką – podbiłabym nim Colonelowi oko. 
Przedszkolanka dorabiająca jako dealerka narkotyków nie jest bardziej zakłamana od autorów tego kuriozalnego pomysłu. Najpierw długo i żarliwie, z pomocą małpy i dwóch harcerzy, przekonujemy dzieci, że reklama jest bee (bo jest!), żeby zaraz poczynić od tej reguły wyjątek. Mało wiarygodny wyjątek. Bo czym niby kurza noga w panierce różni się od oranżady PIC czy cukierków GLI GLI, wyśmianych w filmie? I tak oto dzieci otrzymują skróconą lekcję hipokryzji – respektujemy normy, ale te normy można w razie potrzeby przedefiniować, wypaczyć ich sens, dopisać cudzysłów... Reklama jest głupia, póki cudza, a jak nasza – to cacy! 
Nietrudno się domyślić, skąd wzięło się logo KFC w filmie. Zapewne ambitny zamiar wyprodukowania polskiego filmu dla dzieci przerósł finansowe możliwości producenta i wsparcie ze strony grillowanego drobiu okazało się niezbędne. Cieszmy się zatem, że to nie koncern tytoniowy ani browary... Zgaduję, że scenarzystka nie miała z tym nic wspólnego, bo jej intencje zostały tu najbardziej wykoślawione. 

*

Myślę o małych życiowych wyborach, których, chcąc nie chcąc, dokonujemy. Znam ludzi, którzy nie potrafią wybrać pomiędzy kawą i herbatą i próbują żyć bez poglądów nawet w kwestiach całkiem błahych. To się czasem udaje. Ale co robić z tymi, którzy biorą się za moralizowanie, nie zadbawszy uprzednio o własne normy? Morały mają to do siebie, że nie lubią dzielenia na czworo – albo wolno wycierać nos rękawem, albo nie wolno.... Albo wolno palić, albo nie wolno... Producenci filmu, mówiąc metaforycznie – palą, ale się nie zaciągają. 
Co za czasy... harcerze wchodzą w sojusze z groszorobami i nawet Tytus dał się zrobić na szaro! 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl