O „Pamiętniku” Andrzeja Trzebińskiego


Uczestnik polskiego chóru

Bronisław Mamoń



„W metafizycznym świecie istniejemy tylko jako uczestnicy polskiego chóru, 
że posłużę się tu wyrażeniem Krasińskiego, lub nie istniejemy wcale.” 

(Stanisław Brzozowski, „Idee”)



Nie miał jeszcze 22 lat, kiedy przeszedł do krainy umarłych, rozstrzelany przez Niemców 12 listopada 1943 roku w egzekucji publicznej na Nowym Świecie w Warszawie. Był autorem kilkudziesięciu wierszy lirycznych, arcyciekawego dramatu „Aby podnieść różę”, licznych artykułów publicystycznych, ogłaszanych w podziemnym czasopiśmie „Sztuka i Naród”, niedokończonej powieści „Kwiaty z drzew zakazanych” i „Pamiętnika”. 




„Pamiętnik” Andrzeja Trzebińskiego to ważny dokument pokolenia wojennego warszawskiej młodzieży literackiej, wchodzącej przedwcześnie w dorosłe życie społeczne i tragicznie doświadczającej tej dorosłości. Nakładem Iskier ukazało się II jego wydanie w wersji pełnej, nie licząc kilku opuszczeń wprowadzonych przez wydawcę na życzenie siostry autora. Pierwsza edycja z roku 1972 (Instytut Wydawniczy PAX) zawierała sporo skrótów, poczynionych przez rodzinę autora i cenzurę państwową. Ukazała się w tomie prozy Trzebińskiego pt. „Kwiaty z drzew zakazanych”, opracowana i skomentowana przez Zdzisława Jastrzębskiego, młodego historyka literatury, absolwenta KUL-owskiej polonistyki, pracownika naukowego Uniwersytetu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie, sumiennego edytora i wnikliwego badacza twórczości pokolenia wojennego, zmarłego przedwcześnie w 1972 roku.
„Pamiętnik” obejmuje okres od 15 grudnia 1941 roku do 25 listopada 1942 (ta część zapisków jest datowana) i od maja 1943 do końca października, czyli niemal chwili uwięzienia ich autora (tu brak oznaczenia czasu powstania zapisków; wydawcy ustalili go w przybliżeniu, na podstawie wydarzeń przez autora odnotowanych). Pierwsza część „Pamiętnika” różni się od drugiej tonacją (jest pogodniejsza) i długością zapisów. Noty są krótkie, mają naturę bliższą dziennikowi. Przynoszą relację o faktach. Nie ma w nich miejsca na poważniejszą refleksję, na dłuższe rozważania, na intelektualny dyskurs. Jest sporo informacji o ludziach, z którymi autor „Pamiętnika” spotykał się w pracy konspiracyjnej. O dziewczynach, w których się podkochiwał. Nie miał o nich najlepszego zdania. Były łatwe do zdobycia, pogardzał nimi. W każdej kobiecie widział prostytutkę. 
Miał wysokie mniemanie o sobie, o swoich talentach literackich i możliwościach pisarskich, o zdolnościach przywódczych predestynujących go do pełnienia wyjątkowych ról społecznych, kulturowych. Ale w „Pamiętniku” daje także wyraz niezadowolenia z siebie, z tego, co robi lub czego nie robi. Ma świadomość, że jego życie jest nieuporządkowane, chaotyczne i niszczące go. Nie takie, jakiego by sobie życzył. Dni upływają w zmęczeniu, rozpaczy i samotności. Nie dosypia. Nie dojada. Nie ma własnego kąta, gdzie mógłby przez chwilę odpocząć od pracy konspiracyjnej, od intryg towarzyszy wspólnej walki, od pisania nie zadowalającego go w pełni. Stawia przed sobą wysokie wymagania moralne. Musi być lepszy, bardziej zdyscyplinowany, rozsądniej gospodarujący swoją energią i czasem. Praca nad sobą – mógłby powtórzyć za Stanisławem Brzozowskim, swoim mistrzem – „sprawia, że ideał staje się faktem”. Istotny zrąb światopoglądu Trzebińskiego, wyłaniający się stopniowo z „Pamiętnika”, osadzony jest na podłożu etycznym. Na pracy moralnej człowieka – twórcy, która staje się podstawą panowania nad światem zewnętrznym i nad sobą samym. W działalności publicystycznej, w manifestach literackich Trzebiński głosił potrzebę rewolucji kulturalnej, potrzebę sztuki prawdziwie etycznej („Pokolenie liryczne i dramatyczne”, „Sztuka i Naród” 1942, nr 5), która miała nastąpić po wojnie i zmienić gruntownie pejzaż duchowy kultury narodowej.
Tonacja drugiej części „Pamiętnika” jest bardziej mroczna od pierwszej. Jej autor relacjonuje ciągłe ocieranie się o śmierć. Giną bliscy ludzie: znajomi i przyjaciele. Śmierć jest stałym refrenem, dominantą większości zapisanych kartek. „Życie nasze jest coraz bardziej wyspą oblewaną przez wody śmierci”. W sytuacji zagrożenia życie nabiera coraz większej powagi. „Powagi życia. Służby. Nie ma ceny dającej się porównać z ceną tych naszych hartów ideowych...” Cierpienie, ból zamieniają się w formę zmęczenia. Zmęczenia obezwładniającego. Wyniszczającego. 
„Pochłonie nas historia – zapisuje Trzebiński. – Młodych dwudziestoletnich chłopców. Nie będziemy Mochnackimi, Mickiewiczami, Norwidami swojej epoki. Moglibyśmy być Rimbaudami. Ale odrzuciliśmy to, bo szliśmy gdzie indziej. Rozumieliśmy siebie dobrze, bardzo dobrze. Myślałeś o sobie jako o postaci historycznej. Ja także. Nie byliśmy specjalnie do historii upozowani, nie, przecież nasz gest miał powstać naturalnie, prosto, jak cień naszego działania.” „Pamiętnik” przybiera formę listu pisanego do zmarłego przyjaciela (Wacława Bojarskiego), przyjaciela wspólnych zadań, któremu we wszystkim bezgranicznie ufał i nie wie, czy potrafi żyć bez jego fizycznej obecności, bez rozmów z nim prowadzonych. Wiadomość o jego śmierci przyjął Trzebiński jako swoją katastrofę kulturalną. „Zawsze myślałem o sobie – zanotuje – jako o motorze jakiegoś zbiorowego, historycznego ruchu kultury. A dziś wiem, minęło to, pękła boleśnie ta szansa.” W konspiracyjnych pracach „Konfederacji Narodu” liczyła się zbiorowość i zdolności przywódcze mocnych charakterów. Stworzenie masowego ruchu kulturowego, wyprowadzającego naród polski z zapaści cywilizacyjnej – Trzebiński snuł wielką utopię ideologiczną – wydawało się mu możliwe do przeprowadzenia w nowej epoce, która miała nadejść po wielkiej wojnie, wojnie toczonej o wartości. 
„Kochałem K.N. ogromnie” – wyznał w „Pamiętniku” i coraz bardziej nerwowo reagował na knowania intrygantów, zawistników, plotkarzy, ludzi utrudniających mu podjęte zadania lub wręcz je uniemożliwiających, odsuwających go od organizacji, od wpływu nad nią, raniących jego dumę i godność osobistą. Miał poczucie krzywdy. Był bezgranicznie ofiarny. Dla „sprawy” nie znał zmęczenia. Ale „sprawa” go przerosła. Powaliła. Stworzenie nowej koncepcji kultury narodowej i jej realizacja, do której przez wiele miesięcy się przygotowywał, stawało się coraz bardziej chimeryczne i nierealne. Wystawione na szyderstwo. Idąc za myślą przejętą od Brzozowskiego, marzył o samodzielnej kulturze narodowej. „Wytwarzanie własnego stylu kultury – pisał w „Pamiętniku” – jest kwestią siły. Siłę można uzyskać jedynie przez uczynienie podmiotem rewolucji pełnego człowieka. Pełny człowiek opiera się na zasadzie realizmu ontologicznego (wszystko, co jest – jest w pewnym sensie dobre, gdyż wszystko można zużyć!) i woluntaryzmu podporządkowanego etyce. Realizm więc nie jest normą, jest tylko możliwością i zadaniem. Zadaniem wyzyskania tej możliwości.”
Tworzy się zawsze w wysiłku, w napięciu intelektualnym, moralnym, uczuciowym. „Stwarzanie wielkiej kultury – unosi się patosem Trzebiński – kosztuje. Kultura rodzi się w bólu i bohaterstwie. Tego nie wiedzą ci, którzy znają kulturę od strony widowni. Po scenie, na której rozgrywa się kultura, rozrzucone są gwoździe i szkło rozbite. Każdy krok rani do krwi. To nic. Ja mogę cierpieć i nie powiem nigdy, że to jest kara za cokolwiek – to jest twardość stwarzania, to jest realizm w kulturze.” 
Żyje intensywnie, w ciągłym napięciu. Jest mu ciężko. Nie może sprostać sytuacji. I o tym pisze. Tego nie ukrywa ani nie pomniejsza. Czuje się odpowiedzialny przed Bogiem i historią. Każdego dnia zdaje przed nimi rachunek. Rachunek z pomyłek, błędów, niedorastania. Zadania, które sobie nałożył wobec Ruchu, zadania intelektualne, etyczne, artystyczne, przerastały możliwości jednostki, każdej jednostki. Chciał być „służbą i ideą. Mogącą i muszącą kształtować ludzi” i w goryczy odrzucenia przez współtowarzyszy walki przeżywa dramat osobistej porażki. „Ale wierzę – broni się – że każdy dzień tej miniatury piekła, każdy dzień tego upartego psucia mi roboty, każdy dzień wrogości, jaką znoszę wśród swoich własnych ludzi, każdy z tych dni przełamany przeze mnie dzisiaj – da jakiś wynik. Zwycięża i triumfuje – upór ludzki.” Wola ciągłego poprawiania i ulepszania tego, co jest ułomne i niedoskonałe. 
„Pamiętnik” w pewnym momencie zmienia się w modlitewnik. Jest wołaniem o świadka naszych cierpień, zmarnowanych ambicji, urażonej pychy. A któż bardziej niż Bóg może być wiarygodnym świadkiem ludzkich dramatów, porażającej samotności i niespełnienia. 
„Dałeś mi ciężkie życie, Ty, który dajesz człowiekowi jego los. Dałeś mi najcięższe, jakie znieść mógłbym. Stale to się waży we mnie i czuję, że żyję na krawędzi możliwości.
Nie miej mi – Boże – za złe, jeżeli nie wytrzymam tego.”
Jest przygotowany na przyjęcie śmierci i równocześnie prosi Boga, aby ta śmierć nie przychodziła. Bo strasznie byłoby odejść nie dokonawszy prac rozpoczętych z przyjaciółmi. Ma do końca jedno pragnienie: pokochania kogoś naprawdę wielkim uczuciem. Bo tylko miłość do konkretnego człowieka mogłaby nadać sens jego egzystencji. Usprawiedliwić ją i ocalić od banalności. Anna nr 2, z którą dużo rozmawia na kartach „Pamiętnika”, zdaje się być tą nadzieją na ocalenie. Złudną zresztą, jak wynika z zapisu pamiętnikarskiego. „Pisarz, artysta – kończy swój „Pamiętnik” Trzebiński – musi mieć dużo samotności, aby tworzyć. Samotności albo chłodu. Ciepło zabija twórcę w człowieku, ostry kontur świata rozmazuje w źrenicach.”

Andrzej Trzebiński: „Pamiętnik”. Opracowanie, wstęp i przypisy Paweł Rodak. Warszawa 2001, Wydawnictwo Iskry. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl