Wiersze Karola Maliszewskiego




To są Góry Sowie

To są Góry Sowie
(nazwa taka sobie,
wykradziona Niemcom),

a to jestem ja, napis,
rysa uczyniona gnejsom.
But chrzęści na żwirze.

Tak jest, gdy człowiekiem
kołysze bezmiar wód
i nie może dosłyszeć,
co się mówi zza krat;
tylko szum i mgła.

Mgła pachnie kartofliskiem,
wiatr kieruje wszystkiem;
i nie mogę zawisnąć,
nie mogę zachłysnąć

jak ptak, jastrząb księżyca,
co jeszcze dzisiaj zachwyca,
jutro z pierwszym mrozem
zaczną go przeklinać.

Idziesz, opisujesz.
Nikt tego nie czyta.






Kościół w Drogosławiu

widziany przed odlotem
Rozalii Linke, Marii Sztorch,
skłóconych sąsiadek,
które pogodził cios
niewidzialnej włóczni –
anioł się uwijał za dwóch,
las pod oknem niemiał i głuchł;

widziany czerwony, stromy dach,
z bliznami okien uniesionych jak brwi,
odlatywała od korpusu jak głowa
sygnaturka drżąca, nerwowa;
coś było z powietrzem nie tak,
dawany i powstrzymywany znak,
nie czuły w sobie plusku krwi,
nigdy nie były na takiej mszy.

Co chcesz powiedzieć,
wykrztuś teraz –
z księgi doliny robi się książeczka
szybko wkładana do kieszeni płaszcza;
i ten inicjał, pokrętna litera
z czerwonych cegieł. Kościół w Drogosławiu
widziany z wysoka.





Ostatni wiersz dla matki


                                        światło rdzy
                                        kryjesz ty



Rdza traw, ta rozpacz,
pod bukami przepaść;

przepaść rozpatrz
z góry, przyklaśnij do echa.

Tam przerzuca miasto
zmarłych, stąd światło

na wzgórzach; rozrasta się
cmentarz, rozpycha

jak nowotwór; grząskie pola
równa spychacz,

potwór w snach dziecka;
mamo, pamiętasz

mnie z tamtych przerażeń;
iść na swój grób trzeba odważnie





Z Wrocławia



  
                           Jackowi Łukasiewiczowi
  
                            w drodze z –



Czarny płomień w dębowe zarośla
uderzył, odskoczył i wiem, że tam jest

Ślęża, zapowiedź moich stron;
smugli soli na szosie

po gwałtownej ziemi.
I człowiek w półmroku „nic

go nie powstrzymie”, skostniał,
ale macha jak jakiś skrzydlaty

(wiatrak, anioł), „by spojrzeć rodzinie
wiesz pan ostatni raz, a potem

w dębowe znaczy się ubranie”;
mnie jakby czarny płomień

uderzył, odskoczył, kim ja
w tym karawanie; Charonie,

padaj dalej i oducz powietrza.
„Jak ją wyściskam będzie ona letsza”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl