Telewizja i mieszczaństwo

MARCIN KRÓL

 

Mieszczaństwo tym razem słowackie, gdzie spędziłem tydzień (w pięknej Lewoczy – wszystkim polecam), zaś oglądanie Słowacji prowadzi do zaskakujących wniosków. Otóż, jak wiadomo z historii, nie było Słowackiej szlachty, stąd wszystkie zamki są wybudowane przez Węgrów, jednak było słowackie mieszczaństwo, czy raczej rzemieślnicy i kupcy, stąd wspaniałe kościoły i ratusze często postawiono ich sumptem. I do dzisiaj na każdym kroku widać tę tradycję. Restauracje są praktycznie bez wyjątku znakomite i tanie, natomiast eleganckie sklepy niemal nie istnieją, chyba że sprzedają ten sam towar, jaki można kupić w Polsce, czyli produkty zachodnie, które na Słowacji są niemal zawsze droższe niż u nas. 
Wszystkie zamki i muzea, jakie można oglądać, trzeb zwiedzać w towarzystwie przewodnika, który stara się jak może dodać element słowacki do opowiadanych przezeń anegdot, ale idzie to kiepsko, bo nawet sławny Mistrz Paweł z Lewoczy nie wiadomo skąd pochodził, ale najpewniej z Niemiec. W końcu dziewiętnastego wieku cześć szlachty węgierskiej zaczęła przyznawać się do solidarności z kulturą słowacką, ale były to raczej jednostki, dzięki którym Słowacy mogą mówić o własnej kulturze istniejącej od nieco ponad stu pięćdziesięciu lat. 
Wieczorami oglądaliśmy słowacką telewizję, bo jest ciekawsza, niż niemiecka. Są dwa kanały państwowe i jeden prywatny. Wszystkie trzy w zasadzie stale nadają to samo (oprócz gier i quizów), a mianowicie historię Janosika przerabianą na najróżniejsze sposoby. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej nudnego, ale tez jest to jedyny bohater słowacki, jedyny dowód istnienia rzeczywistych Słowaków w dziejach. Jeżeli zatem nie jest to kolejna opowieść o Janosiku, to jest to z reguły historia dobrego młodego chłopa i podłych panów, zapewne Węgrów albo Austriaków, ale nie wiadomo za dobrze, bo też mówią po słowacku. Oprócz filmów o charakterze ludowym przez całe wieczory odbywają się biesiady, niemal zupełnie takie same jak w Polsce, tyle że nieco bardziej ludowe i dowcipy są nieco bardziej dosadne. 
Widać zatem doskonale, że telewizja na Słowacji odgrywa państwowo-twórczą rolę, że jest całkowicie nastawiona na tworzenie historii własnej tego narodu. Stąd niemal całkowita nieobecność filmów amerykańskich, nawet tych z gatunku „zabili go i uciekł”. Prawda, co pewien czas pojawiają się debaty, ale one też są państowowo-twórcze i niesłychanie ugrzecznione. Nie narzekam, rozumiem upodobania słowackich mieszczańskich widzów, potrzebę budowania narodowej tożsamości i niemal całkowity brak zainteresowania światem europejskim czy zachodnim.
Natomiast obserwacje te wiążą się ściśle z obserwacjami dotyczącymi obecnej debaty na temat telewizji w Polsce. Na Słowacji misja telewizji jest jasna i to tylko moja wina, że dla mnie jej wykonanie jest przeraźliwie nudne. W Polsce nie wiem, o co chodzi z tą misją i darowałbym sobie w ogóle używanie takich słów. Telewizja publiczna powinna prezentować dobre programy i tyle, nie potrzebuje uczyć czy wychowywać, niech tylko dba o poziom artystyczny i intelektualny. Obawiam się jednak, że polscy politycy zaczęli się obawiać tego, czego zapewne obawiają się politycy słowaccy, że za duży wybór, za wiele możliwości dla widza utrudnia im sterowanie opinią publiczną, a kto by nie chciał nią sterować? Zwłaszcza SLD, które nie umie wiele zdziałać, chciałoby chociaż pokazać, że działa. A może tajemnica tych wszystkich nagłych kroków jest inna? Może za tym wszystkim stoi idea ogłupienia widzów, tak żeby się nie mądrzyli. 
Na podstawie oglądania telewizji słowackiej sądzę, że dla wszystkich najlepszym rozwiązaniem byłoby gdyby Nina Terentiew została szefową programową wszystkich telewizji w dawnej komunistycznej Europie, prywatnych i publicznych. Nikt by wtedy nie miał pretensji (poza 10 procentami skazanych na wymarcie intelektualistów i tym podobnych), a biesiada trwałaby do końca świata. Taki wniosek przedkładam niniejszym Sejmowi.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl