Votum separatum

Razem

JÓZEFA HENNELOWA

 

Po niesławnym ataku sejmowym na prezesa IPN dostałam list od zaprzyjaźnionej osoby ze środowiska, które chciało upomnieć się o jego dobre imię i zasługi, wysyłając list otwarty do marszałka Sejmu. Zrobiono to, ale... O wiele trudniej było zebrać podpisy pod listem niż kiedyś, w stanie wojennym, gdy przecież za fakt podpisania czegokolwiek było się wzywanym na mało przyjemne rozmowy z władzą. Dziś nikt nie wzywa, nie sekuje, a ludzie mówią: a po co? Albo: a co mi po tym? Coś się zmieniło, odwróciła się jakaś karta.
Z mojego balkonu widzę zieleniec pod sąsiednimi garażami. Nazwa już mało trafna, bo drzewa pomału usychają, a szare, ubite klepisko służy raczej jako nadprogramowy parking dla samochodów (niedaleko jest wyższa uczelnia i miejsc przed nią zawsze za mało). Wiem, że prezes wspólnoty mieszkaniowej zaproponował dowiezienie ziemi, jeśli mieszkańcy bloku przed zieleńcem zechcą go na nowo odtworzyć. Ale nic z tego nie wyszło, chętnych nie było. Dzisiejsi lokatorzy pewnie nawet nie sięgają pamięcią do czasów, gdy organizowali zbiorowy protest przeciw budowie garaży, bo „zagrożą zieleni” (było jej wtedy dwa razy więcej). Może zresztą ostatni raz robili wtedy coś razem?
Byłabym zresztą niesprawiedliwa nie zauważając, że i teraz telewizja (a i niektóre inne media) bardzo gorliwie obsługują każdy protest. Tam, gdzie grupa ludzi jest przeciw, łatwo znajdą się reporterzy, mikrofony, kamery. Niejeden program powstał na zasadzie zaspokojenia ludzkiej potrzeby wykrzyczenia swoich emocji i roszczeń. Tylko że protesty albo mają zawsze drugą stronę medalu (gdy zderzają się interesy grupowe i jeden tylko może tryumfować), albo wymagają dalszego ciągu: po zwycięstwie protestu pora na program twórczy – jeśli istnieje. A ileż razy nie ma go wcale? Albo spóźniamy się z nim? Przykład: zeszłoroczny tłumny i słuszny protest przeciw programom przemocy w telewizjach. Mamy już przecież telewizję katolicką, pora pokazać, że można tworzyć coś fascynującego nie uciekając się do tego, co tak mocno oprotestowano. A my ciągle czekamy...
Przed wyjątkowo ważnym egzaminem w tej mierze staje teraz NSZZ „Solidarność” w samej swojej wspaniałej nazwie mająca zakodowany nakaz bycia razem i tworzenia czegoś dobrego razem. I rzeczywiście, słyszymy już zapowiedzi zbiorowych protestów. Słyszymy o zagrożeniu związkowców przez projektowane zmiany w kodeksie pracy. Tylko dalej ani słowa o tym, jak „Solidarność” chce przeciwstawiać się wciąż rosnącemu bezrobociu. Tak jakby owe blisko już trzy miliony ludzi nie liczyło się w ogóle, nie istniało, jakby „razem” znaczyło wyłącznie tych, co jeszcze pracę mają, w tym przede wszystkim działaczy związkowych, obdarowanych kiedyś trwałą nietykalnością. Słowo „solidarność” zmienia swój zakres znaczeniowy, a może i zaczyna brzmieć jakoś inaczej?
I w ogóle, co właściwie będzie z pojęciem „razem”?

Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl