Korespondencja z Kijowa


Wiosna Juszczenki

Bogumiła Berdychowska



Ukraińcy poszli do urn tłumnie. Ale nie tylko dlatego nie były to zwyczajne wybory parlamentarne. 



Większość wyborców nie w pełni zdaje sobie sprawę, co się zdarzyło 31 marca 2002. Nie chodzi tylko o to, że bezdyskusyjnie zwyciężył blok „Nasza Ukraina” Wiktora Juszczenki, a komuniści pierwszy raz w niepodległym państwie musieli zadowolić się drugim miejscem. Rzecz także w tym, że blok „O jedną Ukrainę”, będący emanacją obozu władzy, doznał prestiżowej porażki, magnaci medialni skupieni w Socjaldemokratycznej Partii Ukrainy (zjednoczonej) SDPU(o) zostali upokorzeni, a ugrupowania wrogie wobec obecnego prezydenta zyskały całkiem sporą reprezentację parlamentarną. Wreszcie, co może najważniejsze: wybory pokazały, że Ukraina obudziła się z kilkuletniego letargu. Obudziła się i powiedziała, że chce zmian i wierzy, że zmiany są możliwe. Człowiekiem, który potrząsnął Ukraińcami jest Wiktor Juszczenko.

Przedwyborcza geografia polityczna

Chociaż Centralna Komisja Wyborcza zarejestrowała ponad trzydzieści komitetów wyborczych, było jasne, że o wejście do parlamentu walczyć będzie zaledwie kilka. Faworytem byli komuniści Petra Symonenki – mimo że Symonenko od lat właściwie nie ma żadnych propozycji dla wyborców, to nostalgia za radziecką stabilizacją i bezpieczeństwem socjalnym sprawia, iż komuniści mają stały elektorat. Obóz władzy zjednoczył się pod patronatem prezydenta Leonida Kuczmy i pod kierownictwem szefa jego administracji Wołodymyra Łytwyna – i stworzył blok „O jedną Ukrainę”, zwany Zajedu. Nie ulegało wątpliwości, że blok proprezydencki sięgnie przede wszystkim po mandaty z okręgów jednomandatowych (na Ukrainie obowiązuje ordynacja proporcjonalno-większościowa, a więc połowę mandatów obsadza się drogą wyborów większościowych), bo w nich najłatwiej można wykorzystać możliwości nacisków wyborczych wynikające z wpływów w administracji i instytucjach państwowych. Socjaldemokratyczna Partia Ukrainy (zjednoczona), choć powiązana z ekipą rządzącą, utworzyła własny komitet wyborczy. Apetyty socjaldemokratów były duże: SDPU(o) dysponuje ogromnymi wpływami w ukraińskich mediach (ich własnością jest największy kanał „Inter”, druga co do wielkości stacja telewizyjna „1+1” znajduje się w sferze ich wpływu, należy do nich także szereg mniejszych kanałów telewizyjnych). „Blok Julii Tymoszenko” i socjaliści Ołeksandra Moroza operowali ostrą frazeologią antyprezydencką i równie ostro byli zwalczani przez obóz władzy. Oba te ugrupowania nie miały dostępu do mediów elektronicznych, a Tymoszenko (zwana „żelazną Julką”) trafiła nawet na kilka dni do aresztu. Podzielona w ostatnich latach prawica skupiła się wokół byłego premiera Wiktora Juszczenki w bloku „Nasza Ukraina”. 

Władza i pieniądze przeciw Juszczence

O ile Tymoszenko i socjaliści Moroza byli zwalczani głównie przez obóz prezydencki (blokada w mediach, aresztowanie Tymoszenko), to Juszczenkę atakował tak obóz prezydencki, jak oligarchowie skupieni w SDPU(o). Ale walka z nim nie była prosta, bo Juszczenko wystrzegał się bezpośrednich wypadów antyprezydenckich. Przeciwnicy byłego premiera początkowo oficjalnie ignorowali jego kampanię wyborczą, a nieoficjalnie nękali blok Juszczenki. „Naszej Ukrainie” odcięto dostęp do ogólnoukraińskiej telewizji, radia i prasy. Utrudniano, a czasem uniemożliwiano, spotkania przedwyborcze. Bywało, że odcinano prąd i zwolennicy Juszczenki debatowali przy świeczkach. Pomimo szykan notowania „Naszej Ukrainy” pięły się w górę. Koalicja antyjuszczenkowska sięgnęła zatem po radykalniejsze środki. W mediach lano na Juszczenkę kubły pomyj. Prym wiodła stacja ICTV (jej właścicielem jest Wiktor Pińczuk, oligarcha bliski Kuczmie). Do ICTV na dwa dni przed wyborami dołączył wpływowy kanał „1+1”. W sukurs rodzimym przeciwnikom Juszczenki pośpieszyły powszechnie oglądane na Ukrainie media rosyjskie, które wykorzystując decyzję rady miejskiej Iwano-Frankowska o przyznaniu uprawnień kombatanckich byłym żołnierzom SS Galizien, dwoiły się, by wykreować Juszczenkę na „faszystę” i apologetę SS-Galizien. Zarzut absurdalny wobec człowieka, którego ojciec był więźniem Oświęcimia – niemniej oskarżenie okazało się propagandowo skuteczne. Po owych rewelacjach poparcie dla Juszczenki według niektórych badań spadło. Próbom przedstawienia Juszczenki jako „faszysty” towarzyszyła plotka, że jest mięczakiem bez charakteru. Także „szeptanka” odniosła pewien skutek, głównie wśród radykalnej inteligencji. Nawet poważni publicyści serio tłumaczyli, że Juszczenko to „ni ryba, ni miaso” („ni pies, ni wydra”).

A jednak Juszczenko

Kiedy jesienią ub. r. Juszczenko tworzył „Naszą Ukrainę” wydawało się, że projekt ma umiarkowane szanse na odegranie poważniejszej roli w wyborach. Wprawdzie Juszczenko był i jest najpopularniejszym politykiem ukraińskim (dziś ufa mu blisko połowa obywateli, a kiedy wiosną minionego roku ważył się los jego rządu, 4 mln Ukraińców podpisało się na listach go popierających), niemniej w jego otoczeniu nie widać wielu polityków większego formatu, a sam blok powstał tuż przed wyborami. Juszczenko nie dysponował żadnym zapleczem, nie posiadał większego doświadczenia politycznego (nawet jako premier jak ognia unikał „partyjnej” polityki). Wbrew radom i, zdawałoby się, zdrowemu rozsądkowi nie przyjął ostrej wyborczej retoryki. Na tle radykalnie antyprezydenckich i populistycznych wystąpień Moroza i Tymoszenko, wypadał blado. Kiedy władza i oligarchowie atakowali go, zachowywał spokój, nawet jeżeli oskarżenia były absurdalne (Kuczma, przykładowo, insynuował, że to Juszczenko zorganizował „skandal kasetowy”, skutkiem którego prezydent został oskarżony o wydanie polecenia zabójstwa dziennikarza Gongadze). Kiedy Juszczenko postanowił, że w czasie kampanii objedzie całą Ukrainę, znaleźli się tacy, którzy wieszczyli, iż skończy się to kompromitacją byłego premiera i prezesa banku centralnego – wszak powszechnie uważano go za technokratę, który nie znajdzie wspólnego języka z tzw. prostymi ludźmi. Wyborcza „droga cierniowa” szybko jednak zamieniła się w triumfalną podróż od miasta do miasta. Setki, tysiące ludzi czekało na spotkanie z Juszczenką. Nie jest on wprawdzie nadzwyczajnym mówcą, ale ujmuje szczerością. Jak żaden inny polityk ukraiński, potrafi przekonać rodaków, że przejmuje się ich losem, zaś w polityce chodzi o coś więcej niż o układy i pieniądze. Juszczenko zmieniał ludzi, ale i oni go zmieniali. Juszczenko, który wyjeżdżał z Kijowa na objazd Ukrainy, i Juszczenko, który kończył w Kijowie kampanię – to dwie różne postacie. Wyjeżdżał jako nieporadny lider z trudem skleconej koalicji, wrócił jako dojrzały polityk, który poczuł, że ma do spełnienia misję naprawy państwa. Niemal przed rokiem pisałam w „TP”, że Juszczenko to polityk z ukraińskich marzeń i uosobienie idei jedności Ukrainy (urodzony na wschodzie Ukrainy, ukształtowany przez Galicję). Kampania dowiodła, iż Ukraińcy uwierzyli w swoje marzenia. Jeżeli ta wiara nie zostanie roztrwoniona, zmiany będą tylko kwestią czasu. 

Rosyjski słoń a sprawa ukraińska

Jak w każdych ukraińskich wyborach i tym razem nie mogło zabraknąć w nich Rosji. Ba, była ona obecna demonstracyjnie. Rosyjscy politycy publicznie wspierali komitety wyborcze komunistów, Zajedu, SDPU(o). Ambasador Wiktor Czernomyrdin obecny był niemal wszędzie. Rosyjska telewizja bez pardonu atakowała „Naszą Ukrainę”. Kijów przeżywał najazd rosyjskich specjalistów od technologii wyborczych. Niezwykłą aktywnością wykazał się Siergiej Markow, dyrektor Instytutu Badań Politycznych i współpracownik Gleba Pawłowskiego (który w swoim czasie przyłożył rękę do sukcesu wyborczego Władimira Putina). Markow formalnie był tylko obserwatorem wyborów, ale stał się prawdziwym bohaterem nocy wyborczej, komentując ich wyniki niemal we wszystkich kanałach telewizyjnych. Jego komentarze streścić można tak: Rosja ma na Ukrainie interesy, o które będzie walczyć; komuniści, „O jedną Ukrainę” i SDPU(o) opowiadając się za bliską współpracą z rosyjskim sąsiadem, mogą liczyć na jego wsparcie; wszyscy, którzy mają inne zdanie w tej kwestii, są przeciwnikami, których należy zwalczać. Wszystko to okrasił deklaracjami, że Rosja wraz z Ukrainą pragnie iść do Europy i przyjaźnić się z USA. W przypadku tych ostatnich, według Markowa, istnieje tylko jedno „ale”. Prezydent Bush jest wprawdzie w porządku (przyjaźni się z Putinem), ale niestety istnieje również Zbigniew Brzeziński, nieodpowiedzialny polityk zmierzający do konfrontacji. Oprócz Wiaczesława Briuchowieckiego, rektora Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, nikt nie uważał za stosowne polemizować z sądami Markowa o ukraińskiej rzeczywistości politycznej oraz z absurdalnymi oskarżeniami wobec Brzezińskiego.

Kilka powyborczych refleksji

Raczej nie należy się spodziewać, że najbliższe dni, a może i tygodnie, przyniosą odpowiedź na pytanie, kto będzie tworzył nowy ukraiński rząd. Wygrał Juszczenko, jednak to prezydent desygnuje premiera, a ordynacja utrudnia konstruowanie stabilnej większości parlamentarnej. Niemniej wybory dowiodły, że Ukraińcy pragną zmian i nadzieje na nie wiążą właśnie z Wiktorem Juszczenką. Nie tylko dlatego, że pamiętają, iż to on, jako prezes banku centralnego, wprowadził do obiegu ukraiński pieniądz – hrywnę – i potrafił obronić jego stabilność nawet w ciężkich miesiącach kryzysu gospodarczego w Rosji. I nie tylko dlatego, że to on, jako premier, przygotował pierwszy zrównoważony budżet i spłacił olbrzymie zadłużenie państwa wobec sfery budżetowej. Swoje zrobił też fakt, że kiedy Juszczenko był premierem, emeryci, renciści i pracownicy budżetówki dostawali skromne emerytury i wynagrodzenie – czasami nawet po kilku latach nieotrzymywania pensji. W efekcie część tradycyjnego elektoratu komunistów zmieniła sympatię. Ale Juszczenko wygrał przede wszystkim dlatego, że potrafił przekonać wyborców, iż jest politykiem o czystych rękach, skutecznym, ale i umiarkowanym. Wynik wyborów świadczy też, że opcja prozachodnia wśród Ukraińców ma solidne poparcie, nawet jeżeli Zachód niezbyt to docenia. 31 marca dowiódł wreszcie, że społeczeństwem ukraińskim nie można już tak łatwo manipulować. Do parlamentu weszły wszystkie ugrupowania zaciekle zwalczane przez władzę i oligarchów: „Nasza Ukraina”, „Blok Julii Tymoszenko” i socjaliści Moroza. Ci ostatni wyprzedzili SDPU(o), które jest niemalże monopolistą na rynku medialnym.
Podczas wyborów nie obyło się oczywiście bez manipulacji czy fałszerstw, ale dzięki tysiącom obserwatorów, których oddelegowały do komisji wyborczych komitety poszczególnych ugrupowań, ich skala, jak ujęła to Tymoszenko, „była znacznie mniejsza, niż życzyła tego sobie władza”. Rezultaty, które podała Centralna Komisja Wyborcza, w niewielkim stopniu różnią się od tych, którymi dysponowała opozycja.
I jeszcze jedno. Przy okazji wyborów udało się wyzwolić ogromną energię społeczną. W dzień głosowania panowała atmosfera przypominająca pamiętny rok 1990, kiedy to pierwszy raz opozycja wkroczyła do Rady Najwyższej. Tę energię można naturalnie zmarnować. Niemniej jeżeli tym razem politycy zdadzą egzamin, ukraińskiej rzeki nie będzie można już powstrzymać.
Duża część obserwatorów (a także prezydent Kuczma) uznała, że wybory parlamentarne były sprawdzianem przed mającymi się odbyć za dwa lata wyborami prezydenckimi. Jeżeli tak je potraktować, to sprawdzian ten wypadł miażdżąco dla obozu władzy. Bowiem oba ugrupowania, którego go reprezentowały – Zajedu i SDPU(o) – doznały prestiżowej porażki. W Kijowie w swoim czasie pojawiły się plotki, że apetyt na prezydenturę ma lider socjaldemokratów zjednoczonych i jeden z najbardziej znanych oligarchów – Wiktor Medwedczuk. Ale jeśli istotnie miał on takie ambicje, to 31 marca był zimnym prysznicem. Okazało się bowiem, że posiadanie mediów i olbrzymich pieniędzy nie przełożyło się na sukces wyborczy. Wyrazistego lidera nie wylansował również blok „O jedną Ukrainę”. Jego szef – Wołodymyr Łytwyn – był i pozostał postacią doskonale bezbarwną. Podobno dobrze się sprawdza jako szef administracji prezydenta, lecz kampania pokazała, że nie ma żadnych kwalifikacji do uprawiania czynnej polityki. Wybory przebiegały pod znakiem jednego polityka – Wiktora Juszczenki, więc nie ma poważniejszego pretendenta do ukraińskiej prezydentury. Juszczenko nie wyklucza kandydowania, choć czyni to najczęściej przyparty do muru. Bo walka o prezydenturę będzie ciężka. Przeciwko sobie będzie miał oligarchów, struktury władzy, media i rosyjskie grupy interesów. Juszczenko ma jednak w tej walce atut, którego zazdroszczą mu wszyscy konkurenci – zaufanie i sympatię wyborców, których potrafił przekonać, że marzenia o godnym życiu w normalnym państwie mogą się spełnić. Wystarczy krzyżyk na wyborczej kartce.

Autorka jest publicystką; w latach 1989-94 była dyrektorem Biura ds. Mniejszości Narodowych w Ministerstwie Kultury, od 1994 r. wicedyrektor programu dla zagranicy Polskiego Radia. Jest współautorką, wraz z Olą Hnatiuk, książki „Bunt pokolenia. Rozmowy z intelektualistami ukraińskimi” (2000).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl