List do Tomasza Burka

Marta Wyka





Drogi Tomku!

Powstało już wiele poważnych listów-recenzji, a także listów-programów, o czym, rzecz jasna, dobrze wiesz. Nie miałabym śmiałości, aby wkomponować się w szereg znakomitych poprzedników – od listu do lorda Chandosa (fikcyjnego) poczynając a na liście do Jana Bugaja kończąc... Wybrałam tę formę, bo nie widziałam innej niż personalna perspektywy napisania o Twoich dwóch książkach, które się ostatnio ukazały.
Nie interesuje mnie bowiem dyskusja z Tobą na poziomie merytorycznego i opiniotwórczego starcia. W szczególności zaś nie chciałabym wdawać się w ocenę racji takich, a nie innych wyborów lekturowych – choć w większości są mi one bliskie; nie chciałabym też oceniać, co recenzentowi przystoi, opinii poszczególnych, z jednymi się zgadzam, z innymi zaś nie.

*

O co mi więc chodzi? Zaraz się wytłumaczę, choć podejrzewam, że tłumaczenia moje zabrzmią nieco patetycznie, stając się tym samym podatnym obiektem drwiny ze strony czytelników mniej poważnie nastawionych. Bo jak ktoś próbuje być teraz poważny, uważa się, iż reprezentuje postawę nieuchronnie profesorską, czyli nudną. Chęć zabawy i drwiny jest w naszej kulturze przemożna, a więc list prywatny poniekąd mnie tłumaczy. Kto bowiem czyta cudzą korespondencję, nawet drukowaną, musi być narażony na pewne duchowe i emocjonalne niewygody. W tym również na niewygodę akceptacji tonu owej korespondencji.
Pierwsza z Twoich książek, „Dzieło niczyje”, zaczyna się tekstem „Literatura, niepoważne zajęcie”. Druga, „Dziennik kwarantanny”, felietonem „Pragnienie ładu”. Oba te teksty są do siebie specyficznie podobne, łączy je zaś personalistyczne podejście do literatury. Oczywiście, każdy krytyk, traktujący serio swoje zajęcie, widzi pisanie o literaturze jako zadanie głęboko osobiste. Czasem bywa, z poczucia, że tak powiem, przyzwoitości, osobnikiem porządkującym, ustalającym chronologię i jej następstwa, futurologiem okazjonalnym, referentem życiorysów. Ale to są działania uboczne, pełnomocnictwa recenzenta, czasem znaki wyczerpania. Nie mając przyzwoitego konceptu na tekst, zawsze można go zastąpić pożyteczną skądinąd krzątaniną.
Deklaracja „pragnienia ładu”, która powstała pod Twoim piórem, będzie zapewne interpretowana jako wyznanie niepoprawnego marzyciela. Chodzi w niej bowiem zarówno o kanoniczny wzór lektury człowieka XX wieku, ale też, jak powiadasz, o „dobry księgozbiór domowy”. Podejrzewam, że księgozbiory domowe staną się rychło (a może już są) muzealnym eksponatem i Twoja biblioteka marzeń odchodzi z wolna w sfery utopii. Są w niej same arcydzieła i nasze pokolenie oczywiście było do nich w szczególny sposób przywiązane. Nazywa się ją również przestrzenią dzieł wiecznych, ale poza tą adoracją kryje się, jak myślę, zwątpienie.
Owe, jak mówisz, „powierniczki wszystkich tajemnic człowieka”, to Biblia, św. Augustyn, Homer, Owidiusz, Wergiliusz, Dante, Montaigne, Szekspir, Cervantes, Goethe, Mickiewicz, Gogol, Manzoni, Brontë. Przypisujesz tym dziełom moc szczególną, bo terapeutyczną: wszystkie one traktowane są jako leki o różnym składzie lecz podobnym działaniu; podtrzymują na duchu tych, którzy dzisiaj odbywają swoją duchową kwarantannę.
Kwarantanna zapobiega szerzeniu zarazy. Czy naprawdę toczy współczesną kulturę zakaźna choroba? Twoi przeciwnicy, a tacy się znajdą, zaczną zapewne ostro negować diagnozę, jaką stawiasz: „kultura jednoczącej się Europy znalazła się pod panowaniem onegdajszych dzieci-kwiatów, przypomnijmy, na jakiej pożywce myślowej wyrosłych: utopizmu, libertarianizmu, permisywizmu i nieufności (w najlepszym razie) do nauki Kościoła (...) Zwrot usposobienia młodzieży piszącej i tworzącej dziś w Polsce kulturę umysłową, zwrot ku dojrzałości, ku powadze, ku odpowiedzialności za dalsze losy duchowego universum, tego powszechnego oraz tego domowego (...) nie jest z pewnością sprawą łatwą” („Perspektywy dojrzałości”).
Przyznaj, że jest to zdanie wzniosłe (to tylko stwierdzenie, nie zarzut...). Ale zapewne jako takie zostało napisane. Przypominasz czytelnikowi herolda tej prognozy: Andrzeja Kijowskiego, który już w latach 60. pozwolił sobie wyrazić się sceptycznie o pewnym typie pisarstwa. „Zafajdają całą literaturę te umęczone niemowlęta” – orzekł po lekturze książek Kosińskiego i Grassa.
Proces dekonstruowania i kawałkowania kultury wydaje mi się nieodwracalny, czy tego chcemy czy nie. Inną natomiast sprawą jest ustalenie poziomu jej dojrzałości. Ustalenie jakiegoś poziomu zerowego, dla kultury polskiej w szczególności, punktu startu bez obciążeń, jakie przyniosła z sobą kultura zachodnia (ale te nasze dzieci-kwiaty z trudem zdobywały niezbędne atrybuty tożsamości, jak spodnie-dzwony, naszyjniki z paciorków, przepaski na włosy, o reszcie nie wspomnę...), to życzenie tyleż pobożne, co niewykonalne.
Nie mieliśmy niegdyś Kosińskiego, co najwyżej Iredyńskiego. Guru postmodernizmu jest Bauman. Odpowiadamy przede wszystkim (bądź nie odpowiadamy) za ich książki. Wzmocnione kulturowym pesymizmem Stanisława Lema na przykład, pełnego żywiołowej odrazy do francuskiej współczesnej filozofii...
Dojrzewanie literackiej młodzieży dokonuje się na innych traktach umysłowych niż powaga, skupienie, szeroka perspektywa myślowa. Niedojrzałość jest w cenie, młodość jest w cenie, jej formy są jednakowoż bardzo różne, i z tym pluralizmem skłonna jestem (dopóki nie jest on politycznie warunkowany) się pogodzić. Przytaczasz nazwisko Cezarego Michalskiego jako rzecznika intelektualnej bezstronności. I jako rzecznika „konserwatywnego stylu myślenia dla oglądu współczesnych zjawisk”. Twoim ulubionym filozofem jest Ryszard Legutko. Nazwiska traktuję tutaj jako znak, jako sygnał wyboru. Uważasz, że takie są gwaranty dojrzałości.
Ale zaczyna się, w pewnych formacjach umysłowych, drogę ku dojrzałości poprzez refleksję nad podmiotową tożsamością. Jeżeli więc istnieje – a wiemy, że istnieje – owa biblioteka marzeń – pochłania się jej tomy po, a nie przed obejrzeniem swojego oblicza w lustrze. A taka kolejność wiele zmienia.
Kto to jest – zapytuje młody krytyk, młody poeta, młody uczony, zaglądając w zwierciadło. Jakiej sobie udziela odpowiedzi pierwszej, tego nie wiemy. Ale konfrontacja z własnym, nie zmienionym jeszcze przez lekturę obrazem, wydaje się być dla niego bardzo ważna. Potem dopiero zastanawia się nad tym, kim chciałby zostać i co powinien w tym celu przeczytać. Nie zaczyna od Homera – zapewne go już zna. Szuka książek oryginalnych, nowoczesnych, odmiennych od kanonu. Czy należy się tym martwić?
Ja uważam, że niekoniecznie. Ty ubolewasz nad takim stanem rzeczy i również masz rację. Nad Twoimi tekstami unosi się duch pożądania kulturalnej harmonii; nad wyborami młodych nowoczesnych przelatuje pogodny (bo poniekąd wyzwolony...) anioł dekonstrukcji. Cieszą ich kawałki, bo można się nimi pobawić.
Więc zapewne obie strony pozostaną przy swoich racjach. Świętochowski pisał niegdyś w podobnej sytuacji duchowej o nowych słońcach i odchodzących bogach (tak chyba mniej więcej, nie sprawdzałam).
Schemat pokoleniowych podziałów bywa podobny – zostawmy go zatem (co osobiście zamierzam uczynić) w składzie zużytych rekwizytów. Ale opinie literackie, czyli lansowanie książek i budowanie gustu zbiorowego, to rzecz nieco inna. Pragmatyczna u podstaw – ale wyzwalająca czasem konsekwencje nie-do-przewidzenia. Kto wielkim pisarzem jest? Odpowiedź na Gombrowiczowskie pytanie wydaje się dziś o wiele bardziej skomplikowana niż wtedy, kiedy się owo pytanie rodziło.
Irytuje Cię (czy nie nadmiernie?), iż istnieją środowiska, które, mając bardzo silny wpływ na kształtowanie upodobań i opinii czytelnika (a zatem również na kupowanie takich, a nie innych książek), nie zawsze właściwie z tego przywileju korzystają. Tworząc potężne lobby (co może osiągnąć tylko wysokonakładowa gazeta codzienna) mają swoich faworytów i rzadko kto „z zewnątrz” przedostaje się do tych zamkniętych kręgów. Lecz faktem jest, iż znowu istnieje centrum i peryferie, pisma stołeczne i miesięczniki niszowe. Często dzieją się w nich ciekawsze rzeczy niż w kręgach centralnych.
Ale cóż, trudno o sprawiedliwość w tak chimerycznych okolicach, jak sztuka i literatura. Jedni kochają feministki i Pilcha, inni czytają Wencla i Prokopa, jedni są relatywistami, a inni znowuż relatywistów potępiają z powodów etycznych i moralnych. Nie będzie już żadnej sprawiedliwości w tym względzie i możemy się tylko dzielić naszymi osobistymi wrażeniami na temat książek i pisarzy. Krytyka osłabła, choć mamy trochę Feldmanów, katalogujących skrupulatnie tę porażającą obfitość słowa pisanego, która nas otacza. Bo przecież giniemy wśród książek, tracimy wątki, gubimy autorów. Czy gubimy coś naprawdę ważnego?
Ty jesteś jednym z nielicznych krytyków perypatetycznych, udajesz się w spokojne okolice i podczas przechadzek obracasz w myśli następny felieton. Niezależność charakteryzowała Cię zresztą już wcześniej, więc nie dziwią Twoje sądy obrócone przeciw „smakowi powszechnemu”.
„Machina melancholii” to jeden z dowodów takiej niezależności, jeżeli zważyć, iż esej Bieńczyka („Melancholia”) uchodzi powszechnie za wybitny przykład nowoczesnej eseistyki bliskiej postmodernistycznym kanonom. Ja lubię ten tekst, bo działają na mnie „saturniczne nuty”, jakie w nim pobrzmiewają. Mój znak wiąże się z tą planetą, więc czuję współbrzmienie emocjonalne z owym nostalgicznym tonem.
Ale ty powiadasz: „Wodą z tej studni nie ugasisz pragnienia. (...) Bieńczyk za bardzo jest wrażliwy, za dużo czytał, aby o tym nie wiedzieć; a jednak powtarza z uporem melancholicznego straceńca: »Wolę melancholię, gdyż pozostaje tu nisko w świecie«. To znaczy woli pozór od istoty, pustkę od pełni, katalog doznań od tajemnicy wiary? Aniele Stróżu, nie pozwól swojemu Bieńczykowi zadowalać się nie dopitym winem po Baudelairze. Zresztą poecie au fond religijnym, katolickim, jak utrzymują niektórzy, w tej liczbie Gilson, Mauriac, Eliot; i ja ośmielam się podobnie sądzić”.
Choć to felieton, a nie polemika obwarowana twardymi argumentami, chodzi w nim przecież o fundamentalną różnicę stanowisk duchowych i myślowych. Chodzi zatem o to, że Bieńczyk jest tylko melancholijny, zatem przyziemny, podczas gdy Ty spoglądasz wyżej, nie obchodzi Cię frustracja, lecz niepokój religijny, i grymas Baudelaire’a jest w Twoim rozumieniu wyrazem innego stanu niż niepokój wywołany przez kondycję poety przeklętego. Nie wino zatem z nim spijać należy, lecz dzielić rozpacz człowieka poszukującego religijnego oparcia.
Ponieważ jesteś człowiekiem w głębi duszy łagodnym, starasz się czasem moderować swoje gniewy. Ale, jako krytyk, potrafisz przemienić gniew w celną broń felietonowego słowa, która, jak wiadomo, bywa szczególnie dotkliwa. Tak też stało się z Twoim opisaniem najnowszej powieści Stefana Chwina, którą uważasz za dzieło chybione i przecenione (chodzi o „Esther”). Chwin to pisarz nie tylko uznany (co mu się należy), lecz, według Ciebie, zagłaskany, wykreowany na gwiazdę jednego firmamentu.
Trzeba było odwagi krytycznej, żeby zatytułować felieton o nim „Macie swoją »Trędowatą«”. Wpadłeś w prawdziwy (czy sprawiedliwy?) gniew. Nie lubisz tej powieści. Nie przekonuje Cię argument o realizmie magicznym. Nie zamierzam zresztą zająć żadnego stanowiska pojednawczego. Prawdę powiedziawszy, ten świetnie napisany tekst rozbawił mnie, szczególnie zaś jego zakończenie: „Chcieliście podciągniętej do waszych kulturalnych standardów »Trędowatej«, no to ją macie, skumbrie w tomacie, Chwin”.
A dalej przesuwa się przed naszymi oczami panorama książek, często zawieruszonych na jakichś niedostępnych półkach, nie czytanych, nie gwiazdorskich, co nie znaczy bezwartościowych. Była to dla mnie ciekawa przygoda – podążanie Twoim szlakiem, który na pewno jest szlakiem rzadko przez zastępy młodych krytyków uczęszczanym.

*

I wracam, ale już doprawdy krótko, do imponderabiliów. Dylematy wielkiej krytyki, niegdyś istniejące (sam o nich pisałeś), przestały istnieć. W ich miejsce pojawiły się efektowne gry krytyczne, aczkolwiek nie wszystkich krytyków ta konstatacja dotyczy. Miejsce postulatów zajęły tabele, konfiguracje, innowacyjne układy dzieł, słowem, krytyczne składanki zajęły miejsce wielkich krytycznych dyskursów. Na co dzień w każdym razie. Martwić się tym ewentualnie można. Rozpaczać nie warto. Na głupstwa uwagę zwracać – trzeba. Ale pamiętaj o tym, iż nasze pokolenie nie ma najlepszej prasy. Przeczytałam niedawno w tygodniku „Wprost” felieton „Klasa próżniacza” (pióra Stanisława Janickiego), a w nim takie oto mordercze zdania: „To tradycyjni inteligenci są odpowiedzialni za to, że nasze życie kulturalne i literackie stało się trupiarnią (...) Tradycyjni inteligenci stali się największymi pasożytami III RP, swego rodzaju nową klasą próżniaczą. Są największymi pasożytami dlatego, że mają wykształcenie (...) Ale tego narzędzia nie używają. Chodzą teraz naburmuszeni i piszą donosy, głównie na Andrzeja Celińskiego, ministra kultury (...) że nie rozumie ich roli – wychowawców narodu...”
Ponieważ zaś chodzi o „starszych”, którym w PRL-u wmówiono, że są inżynierami dusz (i stali się „beniaminkami władzy”), więc poniekąd znajdujemy się w polu obstrzału. Wszelkie generalizacje są niebezpieczne. Powyższa również. Ale jest ona także wysoce symptomatyczna. Został przekroczony pewien próg doświadczenia i autor powyższego nigdy nie przekona się do „tradycyjnego inteligenta”, nawet tego słowa będzie używał tylko w funkcji inwektywy, zgniatając, jak walcem, wszystkie różnice, istniejące w tej formacji, i głosząc początek nowej ery – bez niej.
Co mu oczywiście wolno – przecież pisze tylko felieton. Jego wiedzy zbadać nie jesteśmy w stanie.
Kończąc tę przydługą epistołę, życzę lepszych lektur, dobrych przechadzek i pogody ducha. Bowiem bywa śmiesznie, oczywiście wtedy, gdy nie jest strasznie.

Tomasz Burek, „Dzieło niczyje”, Kraków 2001, Wydawnictwo Literackie;
Tomasz Burek, „Dziennik kwarantanny”, Kraków 2001, Wydawnictwo Arcana.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl