Arcybiskup Juliusz Paetz mówił o oskarżycielach „bez nazwiska, bez imienia i bez twarzy”

Oto rozmowa z jednym z nich

Świadectwo

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI

 

ADAM KAMIŃSKI: – Ojciec Święty przyjął rezygnację Metropolity Poznańskiego z urzędu. Co oznacza ta papieska decyzja? Czy rozstrzyga o prawdziwości stawianych Arcybiskupowi zarzutów?
KS. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – W oficjalnym komunikacie Stolicy Apostolskiej nie powiedziano nic więcej, jak tylko to, że Ojciec Święty przyjął rezygnację Metropolity Poznańskiego. Rozumiem, że decyzję tę podjęto „z wielką rozwagą i odpowiedzialnością, w trosce o prawa wszystkich” – jak to 23 lutego br. zapowiedział rzecznik Stolicy Apostolskiej.
Ksiądz Arcybiskup Juliusz Paetz napisał list do wiernych Archidiecezji, w którym stwierdza: „Zaprzeczam wszystkim faktom podawanym w mediach i jednocześnie zapewniam Was, że jest to nadinterpretacja moich słów i zachowań”. Podobny sens miała jego wypowiedź w Wielki Czwartek w Katedrze Poznańskiej. Czy Ksiądz Profesor, działając w tej sprawie, zawsze był pewien jego winy? Może rzeczywiście Metropolita dopuścił się jedynie niewinnych gestów, źle interpretowanych przez otoczenie oraz przez media, jak zawsze żądne sensacji?
– Nie jest mi łatwo o tym mówić. W całej tej sprawie nie zamierzałem wypowiadać się publicznie. Przyjąłem i konsekwentnie stosowałem zasadę, że do czasu jej rozwiązania nie udzielam żadnych wypowiedzi mediom. Jest to zatem moja pierwsza publiczna wypowiedź na ten temat – podkreślam: pierwsza. Czuję się w sumieniu zobowiązany otwarcie i publicznie powiedzieć, co się stało. Powiem wyłącznie o rzeczach, o których wiem, a nie o takich, których się jedynie domyślam.
I muszę z całą odpowiedzialnością dodać jeszcze jedno: nie mówię jedynie we własnym imieniu. Występuję jako rzecznik osób, które sprawa dotknęła bardziej bezpośrednio i o wiele boleśniej niż mnie samego, które jednak same nie chcą wypowiadać się w mediach. Wiem, że jestem do takiej wypowiedzi uprawniony.


NA DRODZE EWANGELII


Dla mnie sprawa zaczęła się jesienią 1999 roku. Poinformował mnie o niej rektor Seminarium poznańskiego ks. Tadeusz Karkosz. On z kolei pewnego dnia dowiedział się o sytuacji, jaka w żadnym wypadku nie powinna mieć miejsca w relacjach biskupa z klerykiem. Okazało się bardzo prędko, że nie była to jedyna taka sytuacja. Problem w Seminarium był już w tym momencie bardzo głęboki. Ja jestem poprzednikiem obecnego rektora Seminarium, rozmawialiśmy więc o tym, co robić. Wszystko, co następnie w tej sprawie wespół z nim zrobiłem, służyło temu, aby położyć kres tego typu nagannym sytuacjom. Działo się to na drodze wskazanej przez Ewangelię: od rozmowy w cztery oczy, przez szukanie pomocy u osób odpowiedzialnych, aż po powiedzenie o całej sprawie Kościołowi. Wiele osób stale modliło się też i pościło w tej sprawie – i zapewne będą to czynić nadal.
Bardzo dbaliśmy o to, aby rzecz nie przedostała się do prasy. Ubolewam, iż do tego doszło. Skądinąd jednak, znając mechanizmy działające w świecie – nie dziwię się, że prasa w końcu się tym zajęła. To oczywiste: dzieje się coś niepokojącego, więc media zaczynają się tym interesować i zbierać materiały. To nie była przecież sprawa, o której wiedziała jedna czy dwie osoby. Seminarium jest dużą wspólnotą, w której coś tak istotnego trudno ukrywać.
– O co konkretnie chodziło?
– Kleryk, o którym wspomniałem, został zaproszony indywidualnie przez Księdza Arcybiskupa do jego rezydencji i tam pojawiły się pewne gesty, które zostały przezeń odebrane jako sygnały homoseksualne i wywołały odruch obrzydzenia. Młody człowiek wrócił roztrzęsiony i z płaczem powiadomił o tym ojca duchownego w Seminarium. Ojciec duchowny doradził mu poinformować rektora. Jak wspomniałem, okazało się, że nie było to jedyne tego rodzaju zdarzenie. Ksiądz Arcybiskup pod różnymi pretekstami zapraszał kleryków za pośrednictwem rektora Seminarium, który niczego nie podejrzewał. Do rektora dotarło wtedy, że jest przez kleryków podejrzewany o współdziałanie w czymś, co nie powinno mieć miejsca.
Ksiądz rektor Karkosz zwrócił się wtedy o radę do biskupów pomocniczych. Wysłuchali go, ale w niczym nie pomogli. W tej sytuacji rektor na początku grudnia 1999 zdecydował się na osobistą rozmowę z Księdzem Arcybiskupem. Ujawnił przed nim swoją wiedzę i stanowczo poprosił o natychmiastowe zaprzestanie tego typu działań. Arcybiskup długo milczał, po czym zapytał: „I co? Mam wyciągnąć z tego wnioski?” Padła odpowiedź: „Tak!”


WYDARZYŁY SIĘ RZECZY NIEDOPUSZCZALNE


– Czy postępowanie Arcypasterza zmieniło się?
– Nie. Podobne fakty znów się powtarzały, a wiedza o nich rozszerzała się. Do Księdza Arcybiskupa udał się prof. Maciej Giertych, słynący ze swej odwagi cywilnej, a zarazem cieszący się wielkim zaufaniem wielu ludzi Kościoła. W lutym 2000 r. doszło do ich rozmowy i profesor powiedział Arcybiskupowi wprost, że występuje w imieniu katolików świeckich, którzy sobie nie życzą, aby dochodziły do nich takie informacje o ich pasterzu i jego relacjach z seminarzystami.
Ponieważ sprawa dotyczyła studentów Uniwersytetu, o tym, co się stało i o moich działaniach w tej sprawie, informowałem także jego rektora, prof. Stefana Jurgę.
– Jak dużą grupę kleryków objęły te zaproszenia ze strony Metropolity?
– Choć chodziło o kilkanaście osób, to wiedzieli o tym niemal wszyscy klerycy, co fatalnie wpływało na atmosferę w Seminarium, a także roznosiło się po diecezji.
– Jak często Ksiądz Arcybiskup zapraszał kleryków?
– Nie mam tu jednoznacznej odpowiedzi. Ksiądz Arcybiskup zobowiązywał kleryków do zachowania tych odwiedzin w tajemnicy. Podczas wizyt proponował różne prezenty. Tym, których zapraszał, podawał prywatny numer telefonu komórkowego. Telefon ten służył do umawiania się z Arcybiskupem, z pominięciem wszystkich pośredników. Metropolita proponował też klerykom natychmiastowe przejście na „ty”.
Mimo takiej tajemniczości wiem, że wydarzyły się rzeczy niedopuszczalne. Relacje niektórych osób dotkniętych działaniami Księdza Arcybiskupa zawierają szczegóły, o których nie chcę mówić publicznie dla dobra wszystkich pokrzywdzonych, łącznie z Księdzem Arcybiskupem. Dlatego nie należy się dziwić, że najbardziej boleśnie dotknięci klerycy i księża nie wypowiadają się na ten temat osobiście i publicznie. Wobec tego, co przeżyli, mają tym większe prawo do zachowania w dyskrecji swoich imion i przeżyć. Ale informacje te pod przysięgą przedstawili w świadectwach złożonych Nuncjuszowi Apostolskiemu i delegatom Ojca Świętego. To nie są rzeczy, które można określić jedynie jako „nadinterpretacje”.
W mediach pojawiły się informacje, że watykańskie śledztwo w sprawie Arcybiskupa Poznańskiego nie znalazło dowodów jego winy. Ponoć w Watykanie uważa się, że Arcybiskupowi można zarzucić tylko pewne „niewłaściwe” zachowania.
– Klerycy i kapłani dotknięci działaniami Księdza Arcybiskupa złożyli zaprzysiężone zeznania na ręce osobistych delegatów Ojca Świętego. Ojciec Święty nie komunikuje światu wyników tego rodzaju badań za pośrednictwem przecieków z „dobrze poinformowanych źródeł watykańskich”, a już na pewno nie za pośrednictwem takich gazet jak „La Repubblica”, na którą w związku z tym się powoływano. Uważam za nieodpowiedzialne zarówno publikowanie tego rodzaju przecieków, jak też nakierowanie sensacyjnego zainteresowania mediów na liturgię Wielkiego Czwartku w poznańskiej Katedrze.
Nie bardzo rozumiem, na czym opiera się rozróżnienie „winy” i „niewłaściwego zachowania”. Jeśli ktoś, kto ponosi wielką odpowiedzialność publiczną, zachowuje się tak, że jego działania odbierane są jako niestosowne albo wprost gorszące, zaciąga tym samym publiczną winę.


SPRAWA SUMIENIA / DO RĄK WŁASNYCH


– Jakie były kolejne działania mające na celu ochronę studentów Seminarium?
– Wraz z ks. Karkoszem wybraliśmy się do jednego z biskupów pomocniczych. Zaproponowaliśmy, aby biskupi pomocniczy poszli do Księdza Arcybiskupa na rozmowę – ewentualnie wraz z grupą księży zorientowanych w problemie. Wyraziliśmy też gotowość uczestniczenia w takiej grupie. Biskup stwierdził, że musi to skonsultować z pozostałymi biskupami, po czym odpowiedział, że nie ma takiej potrzeby.
Po tej bezskutecznej próbie, pod koniec sierpnia 2000 r. w grupie księży i osób świeckich zdecydowaliśmy napisać list do Stolicy Apostolskiej. Zwracaliśmy w nim uwagę na sytuację, jaka powstała w Archidiecezji, i na zagrożenie skandalem medialnym. Osobiście pojechałem z tym listem do Rzymu. Wiadomość została przyjęta bardzo poważnie. List był zaopatrzony w podpisy osób odpowiedzialnych, włącznie z podpisem rektora Seminarium.
Tak się złożyło, że podczas tej podróży spotkałem kard. Josepha Ratzingera, prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Kiedy postawił mi pytanie, po co o tej porze wybrałem się do Rzymu, szczerze powiedziałem mu o celu mojej wizyty. Informację przyjął z wielką powagą. Kardynał zaprosił mnie wtedy na rozmowę do swojego biura, jednakże wówczas rozmowa ta okazała się niemożliwa.
W gronie autorów listu spodziewaliśmy się rozwiązania sprawy zimą 2000/2001. Gdy to nie nastąpiło, a pojawiło się kolejne świadectwo kleryka o nagannym postępowaniu Księdza Arcybiskupa, w marcu 2001 poprosiłem kard. Ratzingera o rozmowę. Gdy zapytałem, co robić, Kardynał odpowiedział: proszę napisać do kard. Angelo Sodano, sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Wówczas wraz z rektorem Seminarium napisaliśmy taki list. Po trzech tygodniach zwrócił się do nas Ksiądz Arcybiskup Józef Kowalczyk, Nuncjusz Apostolski, zapraszając na rozmowę. Poprosił podczas niej o przekazanie w formie pisemnej zeznań osób poszkodowanych. Na początku maja 2001 zawiozłem do nuncjatury kilka świadectw i osobiście wręczyłem je Księdzu Arcybiskupowi Kowalczykowi. Byłem przekonany, że sprawa zostanie dokładnie zbadana i że zapewne dojdzie do konfrontacji pomiędzy Arcybiskupem a osobami, które złożyły zeznania. Tak się nie stało.
W sierpniu 2001 r. pojawiła się pierwsza publikacja na ten temat w „Faktach i Mitach”. Choć to antykościelne pismo nie jest wiarygodne, był to ostateczny sygnał, że – mówiąc obrazowo – „zupa jest rozlana” i coś trzeba zrobić. Wielu oczekiwało, że sprawa tej publikacji zostanie wyjaśniona na drodze sądowej. Archidiecezja Łódzka, która wygrała proces z „Faktami i Mitami”, pokazała, że to jest możliwe.
We wrześniu 2001 ks. rektor Karkosz odbył na własną prośbę ponowną rozmowę z Księdzem Arcybiskupem prosząc go o ograniczenie kontaktów z klerykami. Ksiądz Arcybiskup przystał na te warunki Rektora.
W tym samym czasie postanowiliśmy zwrócić się do delegacji polskich biskupów udających się do Rzymu na zgromadzenie Synodu Biskupów. Tematem synodu była właśnie posługa biskupa. List ten nie był interwencją w sprawie Księdza Arcybiskupa Paetza, ale był zwróceniem uwagi na ten rodzaj problemu w Kościele. W jednym zdaniu informowaliśmy o tym, co nas skłoniło do prośby o zastanowienie się nad sprawą obrony Kościoła lokalnego przed szkodami wyrządzanymi mu przez jego biskupa. List ten w podwójnej kopercie z dopiskiem „sprawa sumienia / do rąk własnych” otrzymało czterech delegatów Konferencji Episkopatu – Księża Arcybiskupi: Tadeusz Gocłowski, Józef Michalik i Henryk Muszyński oraz Ksiądz Biskup Antoni Pacyfik Dydycz. Kopia listu została wysłana do Nuncjusza Apostolskiego w Warszawie.
– W jaki sposób ten list został wykorzystany?
– Trudno mi powiedzieć. Od Księdza Arcybiskupa Michalika dostałem kartkę z zapewnieniem, że powierza tę sprawę Panu Bogu w modlitwie. Natomiast Nuncjusz Apostolski kopię tego listu przesłał do Księdza Arcybiskupa Paetza. Arcybiskup wezwał sygnatariuszy listu, by potwierdzili autentyczność swoich podpisów pod tym listem. Niedługo potem poznańscy biskupi pomocniczy napisali do tych samych adresatów list dyskredytujący nasze działania.


CZY MUSIMY TO PODPISYWAĆ?


Gazety pisały o „ważnej osobie z Krakowa”, która zawiadomiła Ojca Świętego. Dla znawców procedur kościelnych wydaje się to dość nieprawdopodobne. Ojciec Święty jest przecież regularnie informowany o wszystkich ważnych problemach przez swoich współpracowników.
– „Ważna osoba z Krakowa” informowała Ojca Świętego dwukrotnie – w październiku i listopadzie 2001.
Tak się złożyło, że w październiku był we Włoszech również Ksiądz Arcybiskup Paetz. W dwa dni po jego powrocie z Rzymu zostało nagle zwołane nadzwyczajne zebranie księży dziekanów, na którym zwrócił się on do nich o braterską pomoc: „wobec ataku na jego osobę i Kościół” – dając do zrozumienia, że chodzi o teksty z „Faktów i Mitów” sprzed dwóch miesięcy. Zostawił zebranych z biskupami pomocniczymi, a ci z kolei przedstawili dziekanom przygotowany wcześniej tekst oświadczenia. Mówiło ono, że od pewnego czasu pewna grupa osób w diecezji rozpuszcza pomówienia na temat Księdza Arcybiskupa. Jego zasługi są powszechnie znane. Biskupi pomocniczy i dziekani wyrażają swą pełną solidarność z pomówionym. Wzywają do modlitwy za osoby, które ze złej woli lub wprowadzone w błąd rozpowszechniają takie wiadomości.
Jeden z dziekanów zapytał: „Czy my musimy to podpisywać?” i usłyszał odpowiedź: „Tak!” – wraz z zapewnieniem, że chodzi o obronę przed atakiem prasowym, a nie o rozstrzygnięcie zarzutów wobec Księdza Arcybiskupa. Wszyscy obecni podpisali, a nieobecnych następnego dnia odwiedzali biskupi pomocniczy, zbierając i od nich podpisy. Podpisujących poinformowano, że oświadczenie to będzie czytane w najbliższą niedzielę we wszystkich kościołach. Jednak w sobotę decyzja o odczytaniu została odwołana. Tekst oświadczenia został natomiast tego samego dnia dostarczony do Rzymu. Jestem przekonany, że właściwym celem, dla którego oświadczenie powstało, było przeciwdziałanie informacjom przekazanym przez „ważną osobę z Krakowa”.
W następnych dniach czterech dziekanów złożyło rezygnację z urzędu, uzasadniając to sprawą oświadczenia. Ich rezygnacje zostały przyjęte. Kilku innych dziekanów napisało prośbę o wyjaśnienia w tej sprawie. O ile wiem, dotąd żadnych wyjaśnień nie otrzymali.
W tych samych dniach rezygnację z wszystkich urzędów kościelnych złożył i gruntownie uzasadnił ks. prof. Romuald Niparko, wikariusz biskupi ds. katechizacji. Był to dla wielu bardzo czytelny, w pewnym sensie przełomowy, znak odwagi sumienia.
W połowie listopada ub. r. jeden z biskupów pomocniczych wezwał ks. Jacka Stępczaka, redaktora naczelnego „Przewodnika Katolickiego”, poprzednio prefekta Seminarium. Był on jednym z tych księży, którzy podpisali wszystkie poprzednie listy informujące o postępowaniu Arcybiskupa. Ksiądz Stępczak został poproszony o publikację oświadczenia dziekanów w „Przewodniku Katolickim”. Odmówił, wyjaśniając, że jest to niezgodne z jego sumieniem. Tego samego wieczora został zwolniony ze stanowiska. Trzeba jednak wyjaśnić, że rok wcześniej ks. Stępczak złożył prośbę o zgodę na poświęcenie się pracy w neokatechumenacie. Ksiądz Arcybiskup wręczył mu zatem tego samego wieczora decyzję pozwalającą pracować w neokatechumanacie, ale poza terenem Archidiecezji Poznańskiej. Z woli wspólnoty neokatechumenalnej ks. Stępczak obecnie znajduje się w Zambii.
Tego samego wieczora, 15 listopada 2001, inny biskup pomocniczy przybył do Seminarium, gdzie w czasie Mszy św. wygłosił kazanie o stosunku kleryka do swego biskupa, jako uobecniającego Chrystusa. Przeczytał też w trakcie tego kazania oświadczenie biskupów pomocniczych i dziekanów. W Seminarium wywołało to potężne napięcie. Zachowanie księdza biskupa pozostawało w jawnej sprzeczności z tym, co wielu kleryków przeżyło na własnej skórze.
Wtedy „ważna osoba z Krakowa” znów przekazała w Rzymie listy z opisem tych wszystkich faktów. Pisaliśmy, że nie rozumiemy działania naszych biskupów. Krótko potem Ojciec Święty podjął decyzję o wysłaniu do Poznania swych osobistych delegatów. Przyjechali w końcu listopada. Głównym delegatem był ks. infułat Antoni Stankiewicz, sędzia Roty Rzymskiej, a towarzyszył mu ks. prałat Ryszard Selejdak z Kongregacji Wychowania Katolickiego. Zjedli najpierw kolację u arcybiskupa, ale odmówili skorzystania z mieszkania u niego, udając się do Seminarium. Tam podczas Mszy św. przedstawili się jako osobiści delegaci Ojca Świętego. Ogłosili, że ktokolwiek chciałby przekazać Ojcu Świętemu informację lub świadectwo, jest proszony na rozmowę, która będzie otoczona pełną dyskrecją. Od piątku 30 listopada do poniedziałku 3 grudnia 2001 delegaci prowadzili intensywne rozmowy, a każdej z nich towarzyszył dokładny i zaprzysiężony protokół. Rozmawiali nie tylko z klerykami, ale także z wieloma kapłanami i osobami świeckimi. Przed wyjazdem chcieli spotkać się z Księdzem Arcybiskupem, ale on odmówił. Od tego momentu można było oczekiwać decyzji papieskiej. Była ona oczekiwana z wielką niecierpliwością – i trudno się temu dziwić.


TO NIE MEDIA, TO ARCYBISKUP


– Jak Ksiądz ocenia publikacje prasy na ten temat?
– Wypowiedzi poważnych gazet i tygodników w większości zachowały umiar. Nie wydają też wyroku, ale przeciwnie, oczekują go od kompetentnych instancji. Jasne, że każdy publicznie obwiniony ma prawo do obrony i do przedstawienia prawdy tak, jak ją sam widzi. Jednakże osoba publiczna nie może się dziwić, że o jej działaniach mówi się publicznie. Musi też wiedzieć, że oceniane są właśnie publiczne skutki jej działań, a nie jej osobiste zamiary. Nawet największe zasługi nie chronią przed ujawnieniem skutków złych zachowań.
– Jak zdaniem Księdza Profesora powinno zachować się bezpośrednie otoczenie Arcybiskupa?
– To dotyczy najpierw jego samego, a potem jego otoczenia. W mojej osobistej rozmowie z Księdzem Arcybiskupem Paetzem w dniu 22 listopada 2001 powiedziałem między innymi: „Księża Biskupi, którzy powodują niepokój sumień albo wręcz łamią sumienia, utracili mandat moralny do przewodzenia Kościołowi poznańskiemu”. Ksiądz Arcybiskup zapytał: „Biskupi pomocniczy?” Odpowiedziałem: „Ksiądz Arcybiskup i biskupi pomocniczy”. Usłyszałem, że taki osąd nie należy do mnie. Zgodziłem się z tym, ale powiedziałem, że przedstawiam opinię własną i wielu innych, bo trzeba ją znać. Oczywiście powód, dla którego taka opinia odnosi się także do biskupów pomocniczych jest zasadniczo inny niż w odniesieniu do Księdza Arcybiskupa.
W tej samej rozmowie powiedziałem też: „Wiem, z kim na ziemi się zmierzyłem” – akcentując słowa „na ziemi”. Usłyszałem: „Ja też wiem”. Na tym Ksiądz Arcybiskup rozmowę zakończył.
Jeśli chodzi o biskupów pomocniczych, to rozumiem, że mechanizmy podległości w Kościele są takie, że trudno się im przeciwstawić. Rozumiem też, że w Polsce utrwalił się stereotyp mówiący, że biskup pomocniczy ma tylko pomagać biskupowi diecezjalnemu i nic więcej. Są jednak sytuacje, w których od każdego chrześcijanina wymaga się więcej. Jeśli temu wymaganiu nie odpowiemy, bierzemy na siebie odpowiedzialność za wszystkie skutki.
Czym jest motywowana taka postawa? Może wynika z przekonania, że dobrego imienia Kościoła należy bronić za wszelką cenę? Nikt nie ogłasza publicznie, że np. jego ojciec zachowuje się niegodnie, chociażby była to prawda. Gdzie jest więc dobro Kościoła i jak je w podobnych sytuacjach należy definiować?
– Jest to problem, który ta sprawa powinna postawić. Czy rzeczywiście dobro Kościoła wymaga, aby takie rzeczy nigdy nie wychodziły na światło dzienne? Dobro Kościoła wymaga, żeby do takich rzeczy nie dochodziło. Natomiast jeśli są, to jak najszybciej należy je rozwiązać. Oczywiście, lepiej bez dyskusji publicznej. W tym wypadku jednak sprawę upubliczniły nie tyle media, ile wcześniej zrobił to sam Arcybiskup swoim zachowaniem. Media nadały tej sprawie jednak nierównie szerszy zasięg i siłę. Trzeba sobie w związku z tym zdać sprawę, w jakim świecie żyjemy: jak szybko i jak skutecznie ludzie się dzisiaj komunikują i jak anachroniczna jest w takim świecie myśl, że wystarczy o czymś nie mówić oficjalnie, żeby rzecz przestała istnieć.


OJCIEC ŚWIĘTY POKAZUJE DROGĘ


– Druga sprawa to problem zgorszenia. Jak o tym mówić w Kościele i jak reagować?
– Nie do przecenienia jest to, czego dokonał w tej dziedzinie Jan Paweł II, inicjując rachunek sumienia Kościoła w okresie Wielkiego Jubileuszu. Przypomnę, że dyskusje na ten temat nie były łatwe, nawet w gronie kardynałów. Niektórzy obawiali się, że może to wyjść na szkodę Kościoła.
Dyskusje te ukazały istotny problem. Oto zdajemy sobie sprawę, że i w dziejach, i we współczesności Kościoła są rzeczy, które obciążają nasze sumienia i stanowią wyzwanie dla naszej odpowiedzialności. Papieskie wyznanie win przed Bogiem w imieniu Kościoła było bardzo ważną lekcją. Trzeba ją zrozumieć. To nie może być tylko wyjątkowe dzieło wyjątkowego człowieka czy niewielu osób, które pójdą za nim.
To musi być wypływająca z wiary zasada wzajemnej odpowiedzialności w Kościele i pierwszeństwa wciąż na nowo kształtowanego sumienia. W przeciwnym wypadku, tak jak to obserwujemy dziś w Poznaniu, wielu ludzi doznaje wstrząsu moralnego dlatego właśnie, że inni, skądinąd powołani do większej odpowiedzialności, swoje sumienie zastąpili lojalnością wobec władzy, układu, fałszywie rozumianego dobra instytucji Kościoła czy też zagłuszyli sumienie przez brak odwagi i męstwa. Dla bardzo wielu jest to sytuacja zachwiania ich zaufania do Kościoła i do ludzi powołanych w nim do służby dla drugich.
W takim właśnie duchu trzeba przyjąć także tegoroczny papieski „List do kapłanów na Wielki Czwartek” – wielkie wezwanie do zrozumienia daru, jakim dla nas wszystkich jest Sakrament Pojednania, także i zwłaszcza wobec szczególnie gorszących upadków osób powołanych do służby dla Kościoła.
Kto tu jest winien? Czy ludzka słabość może doprowadzić do aż tak silnych napięć w ramach Kościoła? Czy Kościół jest bezsilny wobec podobnych przypadków?
– Problem leży nie tyle w tym, że zdarzyły się rzeczy, które zdarzyć się nie powinny. Historia Kościoła wiele mówi na temat ludzkich błędów, win i grzechów, a także związanego z tym bólu i zgorszenia. Wydaje mi się, że większym nieszczęściem jest nieumiejętność znalezienia się wobec takiej sytuacji. Takiej umiejętności należy oczekiwać zwłaszcza od osób, które ponoszą w Kościele bardzo dużą odpowiedzialność. To, co nam mówi i pokazuje Ojciec Święty, jest tu wielką pomocą, jest upomnieniem w najlepszym sensie tego słowa – przypomnieniem, że wszyscy potrzebujemy ratunku i otrzymujemy go w Chrystusie Zbawicielu.

KONIECZNE „NON POSSUMUS”


Arcybiskup Tadeusz Gocłowski powiedział w jednym z wywiadów, że sprawa ta, niezależnie od bólu, jaki sprawia, może być szansą dla Kościoła. W jakiej mierze i pod jakimi warunkami?
– Należy się zastanowić, jakie pytania sprawa ta stawia przed Kościołem w Polsce. Jest to m.in. pytanie o sposób rozumienia roli różnych instytucji w Kościele, a także Kościoła widzianego jako wielka instytucja w społeczeństwie i państwie. Zdaję sobie sprawę, że nie ma tu łatwych recept i rozwiązań. Jestem jednak pewien, że właśnie na naszych oczach skończył się czas, kiedy można było udawać, że nie ma takiego problemu. Ten problem sięga bardzo głęboko. Sięga podstaw naszego myślenia o życiu wspólnym i wspólnym dobru. Można wprawdzie powiedzieć, że ludzie i instytucje Kościoła nie są ani lepsi, ani gorsi niż całość społeczeństwa. Zgoda. Ale my przecież nie zostaliśmy zwołani jako Kościół Jezusa Chrystusa, żeby być prostą reprezentacją tego społeczeństwa, ale po to, żeby być zaczynem jego przemiany, odnowy i zbawienia. Ta cywilizacja upadnie, jeśli jako Kościół nie spełnimy tej roli. Jesteśmy też odpowiedzialni za zbawienie każdego człowieka, czy jest on najmniejszy, czy największy. Tej prawdzie zapewne żaden przedstawiciel kościelnych instytucji nie zaprzeczy. Tylko dlaczego tak łatwo jest o niej zapominać w codziennym działaniu?
Właśnie z takiej perspektywy trzeba postawić mocne pytania o to, co naprawdę decyduje o życiu i działaniu Kościoła jako instytucji. Jest taki nieco złośliwy, ale trafny kalambur mówiący o egoistycznie-ostrożnym stylu działania kościelnych urzędników. Pierwsze: nie myśl! Drugie: jeśli myślisz, nie mów! Trzecie: jeśli mówisz, nie pisz! Czwarte: jeśli piszesz, nie podpisuj! Piąte: jeśli podpisujesz, nie dziw się...
– Ten sposób działania dobrze charakteryzuje całą klasę urzędników, nie tylko w Kościele.
– Zgoda. Ale czy Kościół może tolerować takie mechanizmy? Instytucje Kościoła nie powinny działać jak instytucje świeckie, kopiując także ich wewnętrzne patologie. Co więcej, należy się wystrzegać nawet pozorów takiego podobieństwa. Każdy z nas został powołany do Kościoła po imieniu i w swoim własnym imieniu stanie przed Bogiem. Więcej: kiedy działamy w Kościele i w imię Kościoła, już teraz w tym działaniu stoimy przed Bogiem i przez Niego samego jesteśmy osądzani. Czy wolno bardziej się bać i bardziej słuchać ludzi niż Boga?
Przez cały rok 2001, w którym toczyła się ta trudna sprawa, przyglądaliśmy się postawie Prymasa Tysiąclecia – także jego niezłomnemu „non possumus”, kiedy okazało się ono konieczne. Takiej postawy musimy oczekiwać od siebie nawzajem.

TEN, KTÓRY SŁUŻY


A kwestia formacji przyszłych kapłanów? Czy na etapie kształcenia przyszłych kapłanów w seminarium nie należy wyraźnie im takiej właśnie postawy uzmysławiać i zaszczepiać? Może szwankuje coś w tym właśnie punkcie?
– Formacja seminaryjna jest punktem wyjścia zarówno wielkiego dobra, które dokonuje się w Kościele, jak też niestety czasem prawdziwych nieszczęść. Nieszczęście zaczyna się wtedy, kiedy młody człowiek, który przychodzi do Seminarium, uwierzy, że tylko z tego powodu, że się tam znalazł, jest kimś lepszym od innych. Jeśli takie przekonanie się w nim utrwali, a nie rozwinie się inne – że każde dobro, które w nas jest, jest darem Pana Boga dla innych – może dojść do wielkiego zafałszowania życia i działania kapłańskiego. Komuś takiemu może się zacząć wydawać, że jako kapłan nie może sobie pozwolić na okazanie żadnej słabości, a jeżeli takowe posiada, to musi je głęboko ukryć – nawet przed sobą samym. Taka sytuacja nieprawdy bardzo utrudnia dobre pełnienie misji kapłańskiej. Kapłan ma wiedzieć, że to, iż staje pośrodku zgromadzenia Ludu Bożego i sprawuje Eucharystię, nie jest jego osobistą zasługą i że jak wszyscy w Kościele jest człowiekiem, którego z grzechu ratuje Pan Bóg przez swojego Syna, naszego Zbawiciela.
W tym kontekście trzeba się zastanowić nad utrwalonym w naszym myśleniu obrazem kapłaństwa. Nie waham się powiedzieć, że powinniśmy w związku z tym lepiej rozumieć także przynajmniej niektóre wołania Reformacji.
W Kościołach poreformacyjnych duchowny pozostaje wyłącznie na służbie wspólnoty i nic więcej... Tymczasem rozumienie kapłaństwa w Kościele katolickim jest pełniejsze. 
– Sam Chrystus jest wśród nas jako ten, który służy (Łk 22,27) – zauważmy, że zostało to powiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy i w związku z powołaniem apostołów w Kościele. Nie ma innej świętości kapłaństwa niż świętość Chrystusa, który przyszedł dać swoje życie... Przy zachowaniu szacunku dla powołania kapłańskiego, należy też podkreślać taki sam szacunek dla powołania każdego chrześcijanina. Powołanie każdego chrześcijanina jest sakramentalne w samej swojej istocie, wynika bowiem z sakramentu chrztu – włączenia w życie Jezusa Zbawiciela i zostaje umocnione w sakramencie eucharystii i bierzmowania, a potem ewentualnie również kapłaństwa lub małżeństwa.
Przejdźmy do posługi biskupiej. Ośmielę się zadać pytanie, czy w tym zakresie – zdaniem Księdza Profesora – też coś powinno się zmienić?
– To, co właśnie powiedziałem, pokazuje zarazem istotę posługi biskupiej. Biskup jest głosicielem Ewangelii i tym, który gromadzi Kościół na sprawowanie sakramentów. Jest też tym, który powołuje i posyła kapłanów i diakonów tam, gdzie potrzeba jednego i drugiego. Jeśli takie właśnie jego działania są jasno i oczywiście na pierwszym planie, nikt go nie pomyli z innymi lokalnymi VIP-ami ani nie uzna za „szefa diecezji” (którą ludzie nie rozumiejący Kościoła traktują jako swoiste połączenie siły społecznej i dużego przedsiębiorstwa). To się niestety zdarza, że patrzącym z boku zadania administracyjno-reprezentacyjne biskupów przesłaniają istotę ich powołania. Do tego dochodzi jeszcze niemądry bizantynizm wielu kościelnych zwyczajów. Ale tak wcale być nie musi. Na mnie wielkie wrażenie wywarła kiedyś prostota relacji biskupów i wiernych w Czechach.
To prawda, ale tamtejszy Kościół wyrasta z zupełnie innego kontekstu historycznego. Przeżył w dwudziestym stuleciu wyjątkowo trudną próbę.
– Tak, ale właśnie dzięki temu tzw. wiatr historii zdmuchnął z niego wszystkie niepotrzebne falbanki, w które my z niemądrym uporem wciąż się stroimy. Pan Bóg powołuje biskupa, żeby był biskupem, i nas wszystkich, żebyśmy byli Kościołem – drogą zbawienia dla wszystkich. Stąd wynika, co jest naprawdę ważne w życiu Kościoła. Jego obrazu nie powinny przesłaniać głupstwa, układy, próżne honory, lęki i „tajemnice”.
– Co teraz? Co dalej?
– Powtórzę: Moja wypowiedź jest świadectwem, do którego czuję się w sumieniu zobowiązany. Chciałbym zakończyć słowem wiary. Wierzę, że także wtedy, kiedy ludzie wezwani do bycia Kościołem sprzeciwiają się temu wezwaniu, nie rozumieją go, nie idą za nim i zawodzą, Kościół we wszystkich spowodowanych ich winą podziałach, napięciach i wstrząsach pozostaje jeden i święty. Kościół jest jeden i jest święty – bo jest dla każdego człowieka rzeczywistą możliwością pojednania z Bogiem i z ludźmi. Ta możliwość pojednania ma swoje źródło w obecności w Kościele Zbawiciela, który pragnie, woła po imieniu, oczekuje, przyjmuje i kocha każdego człowieka. To On powołuje biskupa, żeby był biskupem, i nas wszystkich, żebyśmy byli Kościołem.


Rozmawiał Adam Kamiński

 

Ks. Tomasz Węcławski ur. w r. 1952 w rodzinie inteligenckiej, jest kapłanem archidiecezji poznańskiej, dziekanem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej przy Kongregacji Nauki Wiary w Watykanie. Profesor UAM, doktor habilitowany teologii fundamentalnej.
Studiował początkowo na Politechnice Poznańskiej, a później na Papieskim Wydziale Teologicznym w Poznaniu i na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, gdzie obronił doktorat (habilitował się na krakowskiej PAT). Był wikariuszem w Pniewach, następnie – w latach 1983-87 – sekretarzem arcybiskupa poznańskiego Jerzego Stroby, a później wicerektorem i rektorem Arcybiskupiego Seminarium Duchownego (1987-96). Za jego m.in. sprawą na Uniwersyt Adama Mickiewicza powrócił Wydział Teologiczny (1998).
Autor kilkunastu książek w języku polskim i niemieckim. Najbardziej fundamentalne publikacje to „Wspólny świat religii” i „Abba. Wobec Boga Ojca”, ale ks. Węcławski nie stroni także od tekstów popularyzatorskich („Rekolekcje z Karelem Čapkiem”, „Ewangelia dla dzieci”, powieść „Sieć”, której akcja dzieje się w internecie). „Wielkie kryzysy tradycji chrześcijańskiej” i „W teologii chodzi o Ciebie” to zbiory tekstów, które miały swój pierwodruk na łamach „TP”; ks. Węcławski publikuje również w „Znaku” i „W drodze”.
Tłumacz – także literatury pięknej („Tygodnik” drukował m.in. jego przekłady niemieckich romantyków i Octavio Paza) oraz Ewangelii wg św. Marka. W latach 80., współtłumaczył „Dogmatykę” ks. Granata na język czeski, dla tamtejszego Kościoła podziemnego. Wielki miłośnik kultury czeskiej i... kolarstwa: na rowerze przemierzył niemal całą Europę.
Jego brat – Marcin – jest proboszczem poznańskiej parafii pw. Marii Królowej.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl