Kraj, w którym zaczęła się wojna

Andrzej Stasiuk



1. O wpół do szóstej było jeszcze całkiem ciemno. Wyszedłem na Prešerernovo nabrežje i poszedłem w prawo, na północny zachód. Woda miała granatowy kolor i była prawie gładka. Paliły się latarnie. Kamienne płyty nabrzeża lśniły po wczorajszym deszczu. Przyjechałem tutaj, żeby zobaczyć zachodni skraj słowiańskiej Europy. 
Z wąskich przesmyków między kamieniczkami ciągnął zapach kocich sików. Latarnia morska na cyplu posyłała w mrok ostatnie błyski. Za pół godziny miała zgasnąć. U jej stóp stała samotna czerwona renówka. Wyglądała na przechodzoną. Widać latarnikom nie powodziło się tutaj najlepiej. Minąłem ją i znalazłem się po drugiej stronie półwyspu. Morze zrobiło się cięższe, głośniejsze i bardziej ruchliwe. Kilkadziesiąt metrów od brzegu woda łączyła się z ciemnością, ale gdzieś nieskończenie daleko, gdzieś w głębi mroku widziałem białe chmury. Tam musiało być jaśniej.
Skończyło się nabrzeże i szedłem przeskakując z kamienia na kamień. Po prawej wznosiło się pionowe urwisko z luźnej łupkowej skały. Ktoś postawił tablicę, że przejście tylko na własną odpowiedzialność. Przyjechałem tutaj tylko na trzy dni i byłem całkowicie zdany na to, co się przydarzy. Niecałe dwadzieścia kilometrów na północny wschód leżał Triest, a osiemdziesiąt na zachód Wenecja. Do głowy przychodziło mi tylko to, że powietrze jest tam tak samo chłodne i wilgotne. Od strony portu dobiegało pyrkotanie dieslowskich motorków. Wkrótce zobaczyłem pierwszą rybacką łódkę. Była maleńka i niewyraźna na tle ciemnego lustra wód. Silnik umilkł. Człowiek na rufie siedział nieruchomo, jakby czekał, aż świt zacznie się na dobre.

2. To nie były chmury. Godzinę później stałem na dziedzińcu kościoła świętego Jerzego i z wysokości kilkunastu metrów patrzyłem na zatokę, na białe szczyty Alp Julijskich i kto wie, czy nie na samego Triglavę. Cóż to jest sto kilometrów w taki poranek, gdy słońce świeci jaskrawo jak w lipcowe południe, a rzeczy rzucają smoliste, ciężkie cienie podobne do najczarniejszej nocy. Góry żarzyły się czerwono, pomarańczowo, przygasały na fioletowo, na szaroburo, w miarę, jak blask prześlizgiwał się po przełęczach i dolinach. Szkliste powietrze unieważniało odległość. Wydawało się, że rybackie łódki płyną w głąb zatoki tylko po to, by za godzinę lub pół przybić u podnóża gór. Musiałem porzucić ten widok, ponieważ był zbyt nierzeczywisty.

3. U świętego Szczepana, u świętego Franciszka, u Matki Boskiej Śnieżnej dzwoniły dzwony. Czerwone dachy domów układały się w skomplikowaną mozaikę. Z kominów unosiły się pionowe strużki błękitnego dymu. Pachniały żywicą i kadzidłem. W piecach palili tutaj drewnem. To zapewne złudzenie, ale mógłbym przysiąc, że czułem również woń mielonej i parzonej kawy. Pomiędzy geometrią dachówkowych płaszczyzn zieleniły się plamy ogrodów. W mieście nie było skrawka wolnego miejsca, nie było nic dzikiego, ani śladu zaniechania, bezpańskości, ani krzty przestrzeni jako takiej. Dlatego tak niewiele było tu psów i właśnie dla nich stały tu i ówdzie pojemniki opatrzone wizerunkiem Fafika robiącego kupę. To było miasto kotów. Patrząc z góry na dachy widziałem, jak wychodzą z zakamarków i szukają ciepłych słonecznych plam. Dziesiątki kocurów i kocic w setkach kolorów i odcieni. Pojedynczo, w parach, w pościgu, łaszące się do siebie, w zalotach, obojętne, z ogonami do góry spacerujące w napięciu wzdłuż granic swoich rewirów, baraszkujące, rozciągnięte w cieple poranka, małe, średnie i wielkie jak niewyrośnięte psy – z jednego miejsca przez pół godziny naliczyłem ich z pół setki. Ocierały się o kominy, wylizywały, przeskakiwały ze swojego na cudze i z powrotem. Po prostu kocie państwo w mieście. I to był jedyny ruch, który mogłem dostrzec z wysokich murów kościoła świętego Jerzego. Wszystko z towarzyszeniem dzwonów od Matki Boskiej Śnieżnej.

4. Dobrze jest przyjechać do kraju, o którym prawie nic się nie wie. Myśli wtedy trochę cichną i stają się bezużyteczne. Wszystko trzeba zaczynać od nowa. W kraju, o którym prawie nic się nie wie, pamięć traci sens. Można porównywać kolory, zapachy albo jakieś nieokreślone wspomnienia. Życie robi się nieco dziecięce i trochę zwierzęce. Rzeczy i zdarzenia coś przypominają, ale koniec końców nie stają się czymś więcej niż są w istocie. Zaczynają się dokładnie tam, gdzie je zauważamy i zaraz zanikają, przesłonięte następnymi. Tak naprawdę pozbawiane są znaczenia. Składają się z pierwotnej materii, która dotyka wprawdzie naszych zmysłów, ale jest zbyt lekka, zbyt delikatna, by mogła nam dać jakąś nauczkę.

5. Gdy wróciłem na nabrzeże, dzień trwał już w najlepsze. Drzwi knajpek były pootwierane, auta manewrowały na ciasnym bulwarze, faceci w kombinezonach wciągali na rusztowania wiadra z zaprawą, śmieciarze ładowali wystawione i na oko jeszcze całkiem przyzwoite meble, kobiety na wysokich obcasach omijały resztki kałuż, pachniało duszoną cebulą. Mężczyzna w swetrze, kapciach i spodniach od dresu wyszedł na skraj nabrzeża i rzucił spining. Za piątym czy szóstym razem wyciągnął rybę. Ogłuszył ją o kamienne płyty i zniknął ze zdobyczą w ciasnej uliczce. Dzieciarnia z plecakami szła do szkoły, starsze panie dreptały parami na spacer. W portowym basenie rybacy w wełnianych czapkach oporządzali łodzie. Jeden z nich rzucił na brzeg rybi ochłap. Natychmiast zjawił się czarny kot. Chwilę potem nadbiegł pies, ale kot po prostu odpędził kundla. Pod arkadami przy rynku otwartym wprost na port stali kolesie o zmęczonych środkowoeuropejskich twarzach i tradycyjnie czekali, aż dzień przyniesie jakąś okazję albo niespodziankę.
To wszystko działo się w oślepiającym słońcu na samym skraju lądu. Wnętrze miasta było wilgotne i ciemne. Przypominało labirynt. Domy wyrastały jeden z drugiego, wspierały się o siebie, rozstępowały na szerokość rozpostartych ramion i wędrówka brukowanymi uliczkami miała w sobie smak perwersji. Cudze życie toczyło się o włos od własnego. Czasami otwierały się wiodące wprost na ulicę drzwi i można było dostrzec szereg porządnie ustawionych kapci, ubrania na wieszakach i lustra, w które ktoś rzucał ostatnie spojrzenie przed wyjściem. Błądząc we wnętrzu miasta, nawet gdy było opustoszałe, błądziło się w niewidzialnym tłumie. Głosy za ścianami, rozmowy – zastawione stoły pod zapalonymi lampami, zapachy jedzenia, szum wody w łazienkach, kłótnie, gest, cała intymność życia, leżały w zasięgu wzroku, słuchu i węchu. Miasto przypominało jeden wielki dom, tysiąc pokojów połączonych chłodnymi i ciemnymi korytarzami albo wygodne więzienie, w którym każdy mógł oddawać się swoim ulubionym zajęciom. Piran był jak cywilny klasztor.
Pomyślałem sobie, że takie miasta możliwe są tylko nad morzem. W głębi lądu, w zamkniętym pejzażu mieszkańcom groziłoby szaleństwo. Tutaj wystarczyło kilkadziesiąt kroków, by wydostać się z ludzkiej termitiery, z tego na poły architektonicznego, na poły geologicznego tworu i zaczynała się nieskończoność morza i powietrza, ograniczona jedynie niewyraźną linią horyzontu.

6. O ósmej rano piłem kawę i widziałem, jak biały prom płynie z Puli do Wenecji. Kelnerka starła resztki deszczu z mojego stolika. W knajpce leciała Buena Vista. Mały piesek wbiegł do środka, obsikał nogę krzesła i spokojnie wyszedł. Wnętrze było ciemne, drewniane, przypominało stary statek, ale wolałem siedzieć na zewnątrz i patrzeć, jak powietrze robi się coraz jaśniejsze. Wokół portowego basenu uwijały się furgonetki. Maszty jachtów kołysały się jak niezdecydowane wskazówki. Para staruszków nieopodal rozmawiała po włosku. Wciąż zjawiały się nowe koty. Wygrzewały się na wielkich głazach rzuconych wzdłuż nabrzeża. To miejsce było spokojne i nierzeczywiste. Niczego nie przypominało, niczego nie przywodziło na myśl poza dość ogólną ideą harmonii. Ósma rano, słońce, kawa, biały prom i kubańska muzyka układały się w spełnienie jakiegoś eklektycznego snu.

7. Ale tak naprawdę przyjechałem tutaj, żeby zobaczyć kraj, od którego zaczęła się ostatnia wojna na Bałkanach. Trwała dziesięć dni i zginęło na niej sześćdziesięciu sześciu ludzi. Bardzo możliwe, że jugosłowiańska armia wycofała się tak prędko, ponieważ Serbowie poczuli, że znajdują się w kraju naprawdę obcym. Nie mieli tutaj swoich grobów, nie mieli wspomnień, więc musieli doświadczyć swoistej deprawacji. Ekspansja małych, peryferyjnych narodów z konieczności jest prowincjonalna. Pochłania terytoria, które w jakiś sposób przypominają rodzinny dom albo ojczystą wieś. Odmienność i obcość są zbyt wielkim wyzwaniem dla zdobywcy, ponieważ zagrażają jego tożsamości. Mała Słowenia okazała się zbyt duża dla Wielkiej Serbii. Co w końcu mieliby robić Serbowie w tym uładzonym, uporządkowanym kraju, który przypominał habsburski sen o cywilizacyjnej misji Cesarstwa? Wojna potrzebuje przecież wspólnego języka, wspólnego sensu i krwawe czyny w tym są podobne do wszystkich innych, że nie mogą istnieć w próżni.

8. „Nie chcę bronić narodów bałkańskich, lecz nie chcę również przemilczać ich zasług. To umiłowanie dewastacji, wewnętrznego bałaganu, świata podobnego do burdelu w płomieniach, to sardoniczne spojrzenie na dokonane lub nadchodzące kataklizmy, ta cierpkość, to słodkie nieróbstwo cierpiących na bezsenność, lub morderców (...) Jedyni, prymitywni w Europie, dadzą jej może bodziec, a ona uzna to niechybnie za swoje ostatnie poniżenie. Bo gdyby Południe–Wschód miały być tylko i wyłącznie potwornością, dlaczego opuszczając je i kierując kroki ku tutejszym krainom odczuwa się jakby upadek – co prawda wspaniały – w pustkę?”
O ósmej piętnaście siedziałem nad wypitą kawą i próbowałem sobie przypomnieć te słowa Emila Ciorana. Gapiłem się na południe, gdzieś w stronę niewyraźnej jak morski widnokrąg granicy Bałkanów.

9. Przywiozłem do domu folder zgarnięty z jakiegoś przydrożnego zajazdu niedaleko chorwackiej granicy. W kolorowej broszurze prócz reklam knajpek, hoteli i kempingów jest również niewielka mapka Europy. Hiszpania ma swój Madryt, Francja – Paryż, Szwajcaria – Zurich, Austria – Wiedeń itd. Na wschód i południe od Pragi i Budapesztu zaczyna się coś w rodzaju terra incognita. Państwa nie mają stolic, a niektóre po prostu nie istnieją. Nie ma Słowacji, Mołdawia, Ukraina i Białoruś rozpływają się w wyschniętym morzu dawnego imperium. Mapa jest jednak całkiem nowa, bo skrupulatnie zaznaczono granice państw postjugosłowiańskich. Natomiast jedynym miastem, które ocalało na enigmatycznych terytoriach południowego wschodu są Ateny, prawdopodobnie wystarczająco stare, by wzięły na siebie rolę historycznej skamienieliny. Sofia, Bukareszt, Belgrad, Warszawa czy Bratysława po prostu przepadły. Pochłonęła je pierwotna bezforemna przestrzeń, którą można wprawdzie zaznaczyć, lecz trudno nazwać i opisać. To całkiem zrozumiałe, bo cóż poza chaosem albo zmianami pogody może nadejść z tamtego świata? Nazwy wcale go nie porządkują, ponieważ brakuje im starych, stałych i sprawdzonych znaczeń.

10. Gdy przekraczałem granicę w Hodoš, było późne popołudnie. Zimowe światło nadawało rzeczom zdwojoną wyrazistość. Celnik zapytał mnie, ile mam dinarów, chociaż od ponad dziesięciu lat płaciło się tutaj tolarami. Zajrzał jeszcze do bagażnika, powiedział: „hvala” i wjechałem między zgniłożółte pagórki Prekmurja. O tej porze roku zawsze więcej, ponieważ nagi pejzaż gromadzi wszystkie ludzkie zaniechania i odsłania kruchość materii pozostawionej sobie samej. Tymczasem tutaj nic takiego się nie działo. Kraj wyglądał na całkiem gotowy, starannie wykonany i dobrze wykończony. Nie mogłem znaleźć w krajobrazie żadnych pęknięć, w które mogłaby się wślizgnąć wyobraźnia. Nic tu nie przypominało stron, z których przybywałem. Wszystko było w sam raz używane i zarazem przyzwoicie nowe. Jak okiem sięgnąć żadnych znaków upadku, wzrostu ani jakiejkolwiek ostentacji. Solidne szare mury, dwuspadowe dachy, martwe ogrody i winnice pozostawione na zimę w najlepszym porządku – wzrok pochłaniał to wszystko, lecz nie miał na czym się zatrzymać. Ten kraj naśladował wyobrażenie jakiegoś doskonałego kraju. Zapędzony w kozi róg środkowej Europy stawiał na przetrwanie za pomocą mimikry uniwersalnego ideału. Gdy się tu wybierałem znajomi powtarzali: jedź, to jedno z piękniejszych miejsc na kontynencie. „The green piece of Europe” musiał się podobać już na pierwszy rzut oka. Nie było w nim nic zbędnego. Spokojne wsie leżały na dnie dolin. Białe kościoły na wzgórzach czuwały nad ich pomyślnością. W miasteczkach habsburski barok kreślił na tle ciemnego nieba wyrafinowane kształty. Murska Sobota, Ljutomer, Ptuj, Majsperk, Rogatec, Rogatška Slatina – nie potrafiłem się zatrzymać, ponieważ wciąż wierzyłem, że nagle coś się zmieni, że kraj wykona specjalnie dla mnie jakieś salto mortale, tymczasem on wciąż pozostawał w najlepszej zgodzie z samym sobą. Tak, czułem się jak barbarzyńca z wiecznie zaburdlonego, niedokończonego wschodu. Brakowało mi kontrastów, chaosu i zasadzek, które wystawiają umysł na próbę. Przyzwyczajony do nieciągłości, do utraty wątku, do zwrotów akcji z pogranicza snu i złego smaku, nie mogłem się pogodzić z przestrzenią uformowaną w tak nieodwołalny sposób.

11. Spałem w miejscowości Prelasko. Zajazd był pusty. W barze siedziało dwóch miejscowych. Nie różnili się specjalnie od naszych z trochę lepszego pegeeru. Pili piwo laško na zmianę z jakąś białą wódką. Palili papierosy i rozmawiali półgłosem. Ubrani byli brudnawo i dziadowsko. Nieogoleni i wymięci, widać nie przejmowali się podziałem dnia na czas pracy i odpoczynku. Wyglądali tak, jakby mieli pójść spać w ubraniach. Brali kolejne kieliszki, lecz w ich zachowaniu nie zachodziła żadna zmiana. Pili spokojnie, jakby spełniali obowiązek. Ani w słowach, ani w gestach nie mogłem dostrzec tej niecierpliwości, jaką znałem ze swoich stron. Jakaś solidarność i solenność były w tym piciu i żadnych śladów pijackiego wzlotu, żadnej samczej neurozy. Wydawało się, że obaj piją całkiem „wewnętrznie”. Spokój i melancholia, które towarzyszyły ich rozmowie, zupełnie się nie zgadzały z czterema czy pięcioma pięćdziesiątkami wypitymi w ciągu godziny czy półtorej. Plus piwo oczywiście. W końcu wstali, zaszurali gumiakami i pożegnali się z właścicielem, który nawet nie wyszedł zza baru, żeby sprawdzić, ile pieniędzy zostawili na stole. Zostałem sam ze swoim winem. Szef wsiadł do czarnego mercedesa z podrasowanym wydechem i gdzieś odjechał. Wyszedłem na podjazd, żeby popatrzeć na słoweńską noc. Szron usiadł na zeszłorocznej trawie. Okrągły księżyc srebrzył długie grzbiety wzgórz. Gdzieś w oddali szczekał samotny pies.

12. „(...) Przeczuwał, a jednocześnie wiedział: tu jest prawdziwa ojczyzna melancholijnych, drwiących demonów. (...) Tutaj pośród alpejskich dolin i trochę dalej, na równinach Panonii. Są w wietrze i powietrzu, nie można się przed nimi ukryć. Są w jeziorach i pośród wzgórz, w konarach drzew i na mokradłach, w skalistych górach, są w wiejskich karczmach i na opustoszałych w niedzielę ulicach miasta, w dzieciach, mężach i starcach. (...) Tutaj wszyscy przesiąknięci są śmiercią. Tutaj śmierć ma postać pięknego pejzażu, czasem jest jesienna i chłodna, czasami wiosenna i ciepła. Jesienią gotycka, wiosną barokowa. Niczym kościoły rozsiane po całym kraju, tak gęsto jak groby. Tutaj ludzie lubią groby przyozdobione kwiatami, świecami i aniołami. (...) W niedzielne popołudnie, gdy ulicami wyludnionych miast snują się cudzoziemcy albo przybysze osiedli na stałe, dziwiąc się pustce ulic, w niedzielne popołudnie nie wydaje się obca myśl o człowieku, który otwiera okno na trzecim piętrze, gdzie zamknięte są wszystkie okna, i ze sznurem na szyi rzuca się w dół...”
Następnego dnia jechałem przez Kočevski Rog. Kočevski Rog to górskie pasmo na południu blisko granicy z Chorwacją. Przez trzydzieści pięć kilometrów nie spotkałem żadnego auta. Droga prowadziła przez las, wspinała się na główny grzbiet, na Visoki Rog. Jechałem po zaśnieżonych i oblodzonych serpentynach nie więcej niż trzydziestką. Nie było żywej duszy. Świeciło słońce. To była jedna z piękniejszych dróg, jakie widziałem w życiu. Wśród jodeł słoneczny blask snuł się jak złota mgła. Było ciepło, topniał śnieg i czasem, gdy się zatrzymywałem, w ciszy wysokopiennego lasu słyszałem szmer tysięcy kropel łączących się w strumienie. Światło i cień mieszały się nieustannie i mimo jasnego dnia wszystko było pogrążone w zielonkawej wodzie. Południowa strona góry parowała. Widziałem ptaki, których nie potrafiłem nazwać. To nie był żaden gotyk ani barok. Kočevski Rog przypominał architekturę, która nigdy nie powstanie, ponieważ prostota jego piękna stawiała pod znakiem zapytania sam sens wyobraźni. W ciemnych dolinach spoczywało dziesięć tysięcy ciał. Jechałem przez największy w Słowenii bezimienny cmentarz. Latem czterdziestego piątego komuniści Tity wymordowali tutaj bez sądu i bez świadków jeńców, których przekazały im wojska sprzymierzonych. To byli partyzanci, którzy walczyli po niewłaściwej stronie. Domobrani białogwardziści – Tito nie uznawał konkurencji. Niewykluczone, że wilki, rysie i niedźwiedzie, których wtedy było zapewne więcej niż dziś, zajmowały się pogrzebem. Potem marszałek przyjeżdżał tutaj na polowania. Kto wie, czy nie przychodziło mu do głowy, że zabija duchy zdrajców żyjące w ciałach zwierząt.

13. O dziewiątej zostawiłem błękitne wybrzeże i poszedłem na Tartinijev trg, żeby obejrzeć piętnastowieczny wenecki gotyk i pomnik Tartiniego. Stał na cokole w barokowej peruce, ze skrzypcami w opuszczonej ręce i prawdopodobnie kłaniał się publiczności. Chciałem poczuć się jak turysta. Ale, prawdę mówiąc, czułem się jak szpieg skazany na własne powierzchowności. Mogłem dotykać rzeczy, lecz nie miałem pojęcia, co znaczą dla tych, którym są potrzebne. Wspominałem złote światło Kočevskiego Rogu i nie mogłem uwolnić się od myśli, że są miejsca, całe miasta, całe kraje, których treści i forma zaprzeczają przeznaczeniu. Bo jeśli komunizm gdzie indziej był po prostu zbrodnią, to tu, w tym pejzażu musiał wyglądać na horror pożeniony z idiotyzmem. Idea poczęta w pustych umysłach ze strachu przed pustką przestrzeni została zastosowana w krajobrazie, który wykluczał potrzebę jakiejkolwiek zmiany. Marszałek Tito w białym mundurze wśród palm na promenadzie w niedalekim Portorožu musiał wyglądać niczym afrykański kacyk. Komunizm był przecież owocem długich, beznadziejnych zim, gdy umysł zaczynał wariować z nudy i strachu przed samym sobą. Żeby w ogóle był do pomyślenia, musiał trafić na bezkresną, płaską przestrzeń, na której nic się nie dzieje i dlatego wszystko może jeszcze się wydarzyć.

14. Małe kraje powinny być zwolnione z lekcji historii. Powinny unosić się jak wyspy gdzieś na obrzeżach nurtu dziejów. Tak sobie myślałem dwa dni później na autostradzie do Lublany. Gdzieś koło Postojnej nagle zrobiło się zimno i mgliście. Rozważałem ten bajkowy, utopijny wariant i wyprzedzałem chorwackie ciężarówki. Małe kraje powinny być chronione tak, jak chronione jest dzieciństwo. Obywatele hipertroficznych tworów i mocarstw powinni je odwiedzać dla nabrania rozsądku. Prawdopodobnie niewiele by to dało, ale ludziom trzeba dawać szansę i stwarzać możliwość refleksji nad wielością sensów tego najlepszego ze światów. Istnienie małych krajów o umiarkowanym temperamencie jest po prostu wyzwaniem dla potocznych sądów na temat ekspansji, potęgi, wielkości, znaczenia i reszty tych niepodważalnych komunałów. Jeśli idzie o mnie, zawsze chciałem żyć w kraju nieco mniejszym a nigdy, broń Boże, w większym. W końcu znikomość znacznie trudniej zamienia się we własną karykaturę niż wielkość. A w każdym razie mniej szkodzi otoczeniu.

15. Słoweński pisarz Edward Kocbek w swoich „Notatkach paryskich” pisał tak: „Nasza historia nie pokazuje żadnych wielkich namiętności, jej ubóstwo nie pozwala na przejęcie jakiejś poważniejszej misji. Nie możemy się oprzeć ani na oryginalnym wyznaniu wiary, ani na wspólnym temperamencie. Cechą naszego kraju jest raczej wypukłość niż wklęsłość, nie posiada rzeczywistego środka ciężkości, który wyznaczyłby centrum zarówno w sensie geograficznym, jak i moralnym. Z tego powodu nie mamy myślicieli o energii dośrodkowej, brak nam duchów przeświadczonych o naszej samoistności, duchów o wykrystalizowanym losie. (...) Naszych narodowych granic nigdy nie uważaliśmy za probierz wartości, za godne zaufania miejsce przejścia, za rozwiązanie i natchnienie, już raczej za pokusę i wstyd, za okazję do przemytu”.
No więc znowu ten brak, znowu niespełnienie, znowu tęsknota za życiem, które jest gdzie indziej. Wielkość nie ma tutaj nic do rzeczy. Na pewno coś podobnego napisał już Rumun z dwudziestomilionowej Rumunii i prawdopodobnie Polak z czterdziestomilionowej Polski. Kręciłem się w kółko po zatłoczonym centrum Lublany i szukałem miejsca do zaparkowania. Na placu Kongresowym z trudem wcisnąłem się między land rovera i beemę. Na lodowisku z lampionami i muzyką ślizgały się dzieci i wiekowy staruszek z siwymi wąsami. Było trochę wiedeńsko, ale lżej i weselej. Słyszałem śmiech, głośne rozmowy na ulicy i widziałem dziewczyny ubrane z jakąś niedbałą i zarazem wyrafinowaną elegancją. Byłem tutaj pierwszy raz, a jednocześnie wydawało mi się, że znam to miasto. Było żywe, ruchliwe i pociągające. Sprawiało wrażenie, że znajduje się tam, gdzie powinno i nie zastanawia się nad własnym przeznaczeniem, że nie zadaje sobie pytań. Bardzo możliwe, że miało po prostu w nosie resztę świata, że za nim nie tęskniło. Mgła zasłaniała wieże kościołów. Niedaleko Rybnego Targu zjadłem w barze kanapkę i wypiłem małe piwo.

16. W nocy gdzieś za Mariborem zatrzymała mnie policja. Jechałem osiemdziesiąt w terenie zabudowanym. Byli ubrani w czarne skóry i uprzejmi. Zapytałem, co będzie, gdy nie zapłacę. Odpowiedzieli, że zabiorą mi paszport, puszczą wolno i będą czekać na komendzie aż zjawię się z pieniędzmi. Dwa razy większymi niż zapłaciłbym teraz. Wyglądali na raczej nieprzekupnych. Wypisali mi piękny kwit z ozdobnymi pieczęciami, wzięli właściwie wszystko, co jeszcze miałem w ich walucie i życzyli dobrej drogi.
W ramach odwetu postanowiłem, że prześpię się już na Węgrzech.


Fragment „Historii i utopii” Emila Ciorana w tłumaczeniu Marka Bieńczyka.
Fragment powieści Drago Jančara „Drwiące żądze” (II fragment mojego tekstu) w tłumaczeniu Joanny Pomorskiej.
Fragment „Notatek paryskich” Edwarda Kocbeka w tłumaczeniu z węgierskiego Jerzego Snopka.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl