III Program Polskiego Radia ma 40 lat


Pogrzeb „Trójki”?

Agnieszka Sabor



Radiowa „Trójka” – „najlepszy eter w kraju” – przez wiele lat kształtowała gusta i opinie młodej, rwącej się do nowoczesności inteligencji. Dziś ma problemy z określeniem własnej tożsamości. Czy obserwujemy „początek końca” legendarnej rozgłośni? 


Kiedy po długim niewidzeniu spotykają się trzydziesto-, czterdziestolatkowie – dawni koledzy z liceum lub ze studiów, już po chwili zaczynają rozmawiać o prowadzonych przez Marka Niedźwiedzkiego notowaniach listy przebojów, które nie pozwalały im przed laty iść spokojnie do kina albo na randkę, bo przecież trzeba się było dowiedzieć, kto „spadł”, a kto „poszedł w górę”. Świadomość, że triumf „Perfektu” nad „Republiką” (lub odwrotnie) zależy wyłącznie od przysyłanych na kartkach pocztowych głosów słuchaczy, nadawała tej rozrywkowej audycji szczególny, radośnie niezależny charakter w czasach, w których wydawało się, że na to, co oficjalne, nie można mieć najmniejszego wpływu. 

Inteligencja i nieprzewidywalność

„Lista Przebojów” była przedszkolem, potem przychodził czas na poważniejsze i „wierne” słuchanie – muzyki, ale także i słowa. Głosy Ossowskiego, Manna, Kaczkowskiego, Gołaszewskiego, Jurkowskiej, Kordowicza, Ptaszyna-Wróblewskiego, Chojnackiego i Rudnickiej otwierały nowe, trudno dostępne dotąd światy: jazzu, bluesa, rocka, raegge, polskiego undergroundu. „Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy”, „Nie tylko dla orłów”, a potem „Powtórka z rozrywki” – inteligentne audycje kabaretowe, które rzeczywiście sprawiały, że wczesnym popołudniem cichły biura i podwórka – kształtowały język i wyobraźnię. Kofta, Kreczmar Janczarski, Zembaty wzięli się właśnie z „Trójki”. A sobotni „Teatrzyk Zielone Oko”, który nierzadko wygrywał konkurencję z wieczornym filmem w telewizji? Poranne i popołudniowe wydania „Zapraszamy do Trójki” wprowadzały na antenę wartość niemal nieznaną w krajach realnego socjalizmu – nieprzewidywalność: każdy słuchacz mógł zabrać głos na żywo, bez cenzury. Współtworzył audycję w równym stopniu, co dziennikarz, nadawał jej kierunek, wskazywał, o czym naprawdę powinno się rozmawiać. O dziwo, w odróżnieniu od tego, co dzieje się dziś w modnych rozgłośniach interaktywnych, na antenę nie wkradał się chaos ani bezmyślność. Program Trzeci długo wypracowywał rozpoznawalne natychmiast – w każdym, najdrobniejszym szczególe – brzmienie. Błądząc po skali radioodbiornika, nie sposób się było pomylić. Dla roczników dojrzewających w późnych latach 70. i 80. „Trójka” stała się pokoleniowym symbolem – nie mniej ważnym niż dla ich rodziców „Przekrój” albo muzyka Komedy. Dlatego mogła liczyć na wierność słuchaczy.

Dialog „z puszki”

I gdy wydawało się już, że z tą publiczną rozgłośnią nie wygrały licznie powstające po 1989 roku radia komercyjne, gdy wydawało się, że zasady rządzące w niej dotychczas mogą stanowić potężną rynkową wartość, „Trójka”, z przyczyn kompletnie niezrozumiałych, zaczęła zjadać sama siebie. Coraz częściej bez śladu znikały (i znikają) z anteny głosy lubianych, oczekiwanych przez słuchaczy dziennikarzy. A przecież od początku było to radio autorskie – każdy redaktor nadawał mu inny rytm, uwiarygodniał je własnymi fascynacjami i prywatnymi odkryciami. Tak budowane były zarówno „Bielszy odcień bluesa” czy „Mini-max”, jak i „Klub Trójki” czy „Trójka pod księżycem”. Dziś na próżno czekalibyśmy na programy prowadzone przez Annę Semkowicz, Korneliusza Pacudę, Pawła Sztompke, Jerzego Kordowicza, Monikę Makowską, Wojciecha Ossowskiego. Głośne – i niejasne – było odejście Moniki Olejnik. Teraz, podobno tylko na chwilę, zniknął z anteny Wojciech Mann. Trudno doprawdy uwierzyć, by słuchacze znudzili się prowadzonym przez niego „Manniakiem niedzielnym”. W „Trójce” pojawił się niedawno Krzysztof Skowroński. To chyba jedyna rozpoznawalna przez słuchaczy, budząca zaufanie i sympatię „nowa” osobowość w III Programie. Ale jednocześnie współtwórca dawnej „Zetki” ze swoim inteligenckim stylem najwyraźniej czuje się zagubiony w nowej formule programu.
Każdy, odchodząc, zabrał ze sobą coś ważnego. Dziś nie ma już w „Trójce” muzyki poważnej, folku, country, muzyki elektronicznej, starego punka. Zamiast tego, w godzinach, w których radio towarzyszy nam najczęściej, słychać miałką, kiczowatą muzykę „z puszki”, taką samą jak w supermarketach i salonach fryzjerskich. „Muzyczna poczta UKF-u”, audycja, która rodziła się z szacunku dla słuchacza, nagle arogancko zaczęła lansować banał. Tego, co nie mieści się na obowiązującej „playliście”, posłuchać można – jeśli w ogóle – miedzy północą a porankiem. To dopiero wtedy pojawiają się Barbara Podmiotko i Piotr Kaczkowski. Oczywiście można zachwycić się znakomitymi niedzielnymi audycjami Marcina Kydryńskiego, trudno jednak nie zadać sobie pytania, jak długo jeszcze niekomercyjny jazz będzie miał miejsce na antenie. W końcu „Trzy kwadranse jazzu” – audycja o najdłuższym „Trójkowym” stażu – zamieniły się już w dwa. Coraz trudniej więc o zaufanie.
Czy rzeczywiście tak mocno podupadły nasze wymagania, czy też ktoś założył, że tak się właśnie stało i teraz próbuje nam to udowodnić? I to w dodatku nie pytając nikogo o zdanie. Bo bezpośredniego kontaktu ze słuchaczem coraz mniej na antenie. W czasie, w którym obowiązywała cenzura, mógł on rozmawiać na żywo z dziennikarzem. Teraz w „Zapraszamy do Trójki” puszcza się niemal wyłącznie głosy „z puszki”, sugerując dialog, którego tak naprawdę nie ma. I na który nikt najwyraźniej nie ma ochoty. 

Bez słowa

Coraz mniej w „Trójce” słowa. Zmienia się publicystyka. „Puls Trójki”, audycja reagująca na wydarzenia polityczne i społeczne szybko, a jednocześnie refleksyjnie, skrócona została jakiś czas temu do pół godziny. Na szczęście są jeszcze reportaże (choć zrezygnowano z ich konkursu), poranna publicystyka ekonomiczna (okazuje się, że o gospodarce można mówić przejrzyście i dowcipnie), świetne wieczorne komentarze „To był dzień?”. 
Znacznie gorzej jest z kulturą. Nie ma już „Książki tygodnia”, „Zabaw literackich”, „Radia retro”, „Klubu Ludzi Ciekawych Wszystkiego”. „Magazyn Bardzo Kulturalny”, choć nadawany codziennie, trwa tylko 15 minut. „Kluby Trójki” skrócone zostały do 40 minut. A przecież wszystkie te audycje miały swoich stałych odbiorców i nie była to jedynie zdziwaczała grupa miłośników literatury, historii czy nauki. Bo ludzie naprawdę są ciekawi wszystkiego: plam na Słońcu, działań wojennych w czasie II wojny światowej, romansów Elżbiety I, literatury iberoamerykańskiej, ostatniego spektaklu w zielonogórskim teatrze, psychologii rodzinnej, feminizmu, a nawet dziejów Biskupina. Trzeba im tylko na to pozwolić. A lekkość, dynamizm, radość tej ciekawości świata lepiej budują radiową interaktywność niż jakikolwiek talk show. I nie musi to wcale mieć cokolwiek wspólnego z nachalną edukacją czy z elitarnym intelektualizmem. 
Zamiast świeżej publicystyki i kultury pojawiają się natomiast audycje plotkarskie, jakby radiowe odpowiedniki niektórych kolorowych pism „z dolnej półki”. Okazuje się długo rozprawiać można o codziennych przygodach najmodniejszych ostatnio – często jednodniowych – gwiazd kina i estrady. Czasami plotki tylko nużą, kiedy indziej budzą grozę. Ot, choćby wtedy, gdy w przedpołudniowym paśmie znany muzyk rockowy dowcipnie opowiedział anegdotkę o tym, jak najpierw znacznie przekroczył szybkość wracając do domu po koncercie, a potem wykręcił się od mandatu łapówką wręczoną policjantowi. Czy w tym kontekście można jeszcze mówić o zadaniach publicznego radia? 
Słowo, zmieniając w „Trójce” funkcję, zmienia również formę. Zdarza się usłyszeć na antenie sformułowania w rodzaju: „studio imieniem”, „na początku telefonii komórkowej było 100 abonamentów”, „Jerzy Przybora”, „Dżozef Goebbels”, „Bitwa pod Werdun”. Czy to również oznaczać ma politykę zbliżania się do rozgłośni komercyjnych? Politykę, której znakiem jest najnowszy, irytujący w brzmieniu sygnał rozgłośni: „Trójka, twoje pierwsze radio”?

Zadowolić wszystkich

Oczywiście w radiu nic nie trwa wiecznie, chodzi jednak o to, by dobre zastępować lepszym, by wiedzieć po co i dla kogo wprowadza się zmiany. Kiedyś III Program formował opinie i postawy. Podejmował ryzyko kształtowania gustów – estetycznych i intelektualnych. Potrafił to robić w nowoczesny, dowcipny, żywy, łatwo przyswajalny sposób. Dziś mechanizm wydaje się odwrotny: szuka się komercyjnej formuły, która zadowoliłaby wszystkich między dwudziestym a pięćdziesiątym rokiem życia i która przyniosłaby większe zyski. Zadowolić wszystkich oznacza jednak nie zadowolić nikogo. A w radiu publicznym nie tylko o pieniądze chodzi. Nawet jeśli tylko 7% populacji tego kraju (a o takiej liczbie mówią wyniki badań opinii publicznej) potrzebuje nowoczesnego, inteligentnego, otwartego radia publicznego, to ma do tego takie samo prawo, jak do edukacji i opieki medycznej. 
1 kwietnia przypada 40. rocznica powstania III Programu Polskiego Radia. Na antenie niewiele jak dotąd o tym słychać. O wiele więcej na internetowym forum dyskusyjnym „Gazety Wyborczej”. Podobno zawiedzeni słuchacze przygotowują z tej okazji „Pogrzeb »Trójki«”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl