Przegląd prasy

Formowanie do kapłaństwa 


Trzeba podjąć refleksję nad systemem formacji do kapłaństwa. Sprawy pierwszorzędne to: problem doboru i przygotowanie formatorów oraz struktura współczesnych seminariów. Część programów formacyjnych i niektóre ze struktur nie spełniają już swoich zadań, nie wydają oczekiwanych owoców – mówi w miesięczniku W DRODZE (3) bp Edward Dajczak. 
W chwili przyjmowania młodego kandydata do seminarium niewiele można o nim powiedzieć. „Mamy trochę informacji z opinii, którą winien przedłożyć, dane dotyczące poziomu intelektualnego ze świadectwa maturalnego i wynik egzaminu wstępnego. Ważna jest wstępna rozmowa, którą przeprowadza jeden z wychowawców seminarium, ale wartość tej informacji zależy od doświadczenia wychowawcy oraz szczerości kandydata”. Zdarza się, że kandydaci ukrywają swe intencje bądź nie potrafią otwarcie o nich mówić. Nie można też wykluczyć niewłaściwych motywacji wstąpienia do seminarium: chęci dowartościowania siebie, obrony przed własnymi problemami i zagrożeniami lub ucieczki przed nimi, zatroskania o swoją pozycję społeczną czy materialną, woli uczestnictwa w życiu wspólnoty, która realizuje uznane przeze mnie dobro itp. Młody człowiek może też „nie mieć pewności, że jego wizja kapłaństwa jest poprawna i akceptowana przez Kościół, więc najczęściej czeka i niewiele mówi”.
Mniej jest dziś za to powołań wynikających z nacisków proboszcza czy rodziny. Nie funkcjonuje już presja społeczna, rodzinna jest rzadsza, a młodzież nie daje się łatwo zdominować. „Presja odgrywa dużą rolę w wypadku słabszych osobowości i takich ludzi należałoby się obawiać szczególnie. Podobnie tych, którzy w seminarium i w kapłaństwie chcą się schronić przed złym światem. W tej grupie mogą być również tacy, którzy nakłonieni zostali przez kogoś z bliskich. Do niej należą również alumni, którzy nie mają odwagi odejść z seminarium po odkryciu, że kapłaństwo nie jest ich powołaniem. Jako rektor widziałem nieraz wielką ulgę na twarzy młodego człowieka, kiedy oświadczałem mu, że musi opuścić seminarium. W dwóch wypadkach alumni mówili wprost, że nie mieli odwagi odejść, ponieważ bali się reakcji najbliższych”.
Okazuje się jednak, że kandydaci do seminarium są bardziej otwarci, mniej udający „zdrowych na ciele i duszy” niż klerycy na drugim czy czwartym roku studiów. Jest to efekt błyskawicznych zmian pokoleniowych, jakie zachodzą w Polsce, jak kwestia formacji. W seminariach bowiem nawet i dziś „człowiek jest ciągle skoszarowany i ma ściśle określony rytm życia. Wystarczy poprawne zachowanie regulaminu, przeciętna grzeczność, brak tzw. wyskoków i można mieć opinię dobrego alumna. Wówczas rodzi się pokusa, by z przystosowania do form i wymagań seminaryjnych uczynić główny nurt zainteresowania, spychając na margines samowychowanie. Nie jest to ten oczekiwany styl życia, który by inspirował do twórczych zachowań oraz aktywnych i służebnych postaw”.
Według badań 60–80 proc. kandydatów do seminarium cechuje niespójna osobowość. Tu pomogłyby badania psychologiczne: młodzi ludzie mogliby pełniej poznać siebie, a „równocześnie można by obronić seminaria przed wejściem do nich ludzi, których skala zranień i nieprawidłowości osobowościowych jest już zbyt wielka”. 
Wbrew potocznej opinii dla wielu księży największym problemem jest nie tyle abstynencja seksualna, co samotność. Tęsknią nawet nie za miłością erotyczną, ale za dotykiem drugiej osoby. Dlatego „alumni na rok przed święceniami diakonatu powinni opuścić mury seminaryjne i znaleźć się w parafii, która pozwoli im doświadczyć pełnej gamy trudności kapłańskiego życia, z samotnością włącznie. W tej materii seminarium nie może dać właściwego doświadczenia i szansy sprawdzenia siebie. Młody człowiek jest ciągle w grupie, w seminaryjnym tłumie, a w czasie wakacji w grupach oazowych, pielgrzymkowych lub koleżeńskich. Może się zdarzyć, że młody ksiądz po święceniach zostanie zaskoczony skalą pojawiających się trudności. Zbyt wielu nie radzi sobie z tym problemem. Doświadczenie osamotnienia wydaje się koniecznością, jeżeli przyjmujący w przyszłości święcenia ma wiedzieć – w sensie osobistego doświadczenia – na jakie życie się zdecydował”. Jest to tym ważniejsze, że w obliczu trudności „coraz łatwiej wybiera się niedopuszczalne kompromisy, dające w efekcie letniego kapłana lub pochopne decyzje”.
Wedle psychologów mężczyzna dojrzewa psychofizycznie między 28. a 30. rokiem życia. Tymczasem w Polsce o wyborze życia w celibacie karze się decydować dwudziestolatkom. Święceń udzielamy za wcześnie: niejednokrotnie zrozumienie tego, co się uczyniło, przychodzi później. Dlatego lepiej byłoby przyjmować kandydatów w późniejszym okresie życia, wydłużyć czas formacji albo udzielać święceń kilka lat po studiach teologicznych i kilkuletniej praktyce duszpasterskiej na parafii, co pozwoliłoby też na pełniejszą ocenę kandydata. 
Kiedy zaś na szali pojawiają się już kapłaństwo i ojcostwo, Kościół zaleca walkę o kapłaństwo – „tak jak walczy się o małżeństwo w wypadku pojawienia się dziecka w związku pozamałżeńskim. Nie można jednak nie zauważać podstawowej powinności rodzica wobec dziecka, którą jest obowiązek rodzenia go do pełni człowieczeństwa przez wychowanie. Nie można przecież skazywać dziecka na tułaczkę, używając argumentacji, że czyni się to w imię obrony księdza czy jego kapłaństwa. Sytuacje takie są złożone, bo w grę wchodzi kobieta i charakter związku, który istnieje lub istniał między nimi. Są jednak sytuacje, w których odważyłbym się powiedzieć ojcu – idź i wychowuj dziecko”.
Biskupi próbują chronić swoich kapłanów. Jednak „powinnością biskupa jest troska o cały Kościół, a wyświęcony człowiek przez sam fakt święceń nie jest wart więcej od tego, który święceń nie przyjmował. Osłanianie księdza, który świadomie kontynuuje taki sposób życia, nie jest obroną prezbiterium diecezji ani też świeckich, którzy takiego księdza spotkają. Tworzenie klarownych sytuacji jest lepszą obroną”.  

KB
 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl