A mój syn

O rozmnażaniu się diabłów (1)

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn mówi do mnie czasem: „Jesteś starym dziadem”, a ja odpowiadam: „Niestety to prawda, ale nadstaw tyłek do klapsa, bo rodzicom należy się szacunek”.
A Karol Życzkowski zechciał do mnie napisać: „W najnowszym Pana tekście zafrapowała mnie myśl na temat śmierci papieża Pawła VI – sam pamiętam podobne przekonanie wyniesione z dzieciństwa: podświadomie miałem nadzieję, że papież będzie żył wiecznie. Powodem dodatkowo zachęcającym mnie do lektury Pana felietonów jest osoba mego syna. Słuchając pytań i wypowiedzi mego siedmiolatka doświadczam niekiedy problemów podobnych do tych opisanych w liściku p. Basi. Niedawno mój syn spotkał mądrego księdza, zebrał się na odwagę i zapytał: »Psze księdza, a jak się rozmnażają diabły? Bo skąd się biorą aniołki, to już wiem. Jak umrze małe dziecko, takie bardzo małe, co jeszcze nie mówi, to od razu staje się aniolkiem«. Mądry ksiądz nie był do końca przekonany o teologicznej poprawności tej hipotezy, ale od problemu kreacji diabłów »zgodnie przeszliśmy« do rozważań nad wzrostem populacji aniołów...”
Panie Karolu, dziecku należy się wyjaśnienie. Skoro Panowie zarzucili ten temat, to może ja go podejmę. Badając te sprawy zaobserwowałem kilka sposobów rozmnażania się diabłów. Na przykład rozmnażają się przez nieuwagę. Na tej metodzie się skupię i posłużę się najbliższym mi przykładem, czyli własnym. Jak w większości z nas, i we mnie od zawsze siedziały zalążki całego mrowia diabłów: diabła lenistwa, diabła wygody, diabła chciwości, diabła ambicji, diabła zawiści, diabła pobłażania sobie... Ale dopóki udawało mi się żyć w miarę uważnie, miałem nad nimi panowanie. Wielokrotnie doznawałem na małą skalę wspaniałego uczucia, które na dużą skalę zawładnęło ongiś Tomaszem Morusem. Kiedy do Izby Lordów wniesiono przeciw niemu pozew o zdradę króla, Morus odpowiedział petycją, w której prosił, aby król spotkał się z nim osobiście i wysłuchał jego obrony. Głupi król wolał jednak, aby uczony mąż umknął spod szafotu kuchennymi drzwiami, dlatego zarządził wezwanie Morusa przed oblicze kilku członków Izby „celem rozpatrzenia sprawy”. Chodziło o danie mu okazji do dyskretnego pokajania się, co pozwoliłoby na zatuszowanie słynnego „sprzeciwu sumienia” Sir Tomasza. Tymczasem ten podczas spotkania z lordami tak im nagadał, że gdyby mogli, zabiliby go siedem razy. Potem wracał do domu łodzią ze swym zięciem, Williamem Roperem, który opisał ów dzień tak: „Był podczas drogi bardzo wesół; nie smuciłem się zatem, ufając iż wyjednał usunięcie swego nazwiska z aktu oskarżenia”. Kiedy okazało się, że „zupełnie o tym zapomniał”, Roper nie mógł się nadziwić. „Na to powiedział mi: »Chciałbyś znać, synu, przyczynę mej wesołości?« »Bardzom jej ciekaw, Sir« – odparłem. »Wierz mi, synu – powiedział – radowałem się, że diabeł poniósł z mej ręki tak sromotną klęskę i że tak dalece posunąłem się wobec owych Lordów, iż teraz nie mógłbym już wycofać się bez hańby«”. Nic nie zastąpi uczucia triumfu, kiedy człowiekowi uda się zwyciężyć pokusę! Uwielbiam to zdanie Morusa również dlatego, że widać z niego, iż uczony zdawał sobie sprawę z pożytków taktyki palenia za sobą mostów. Król mógłby mu dać jeszcze niejedną okazję uniknięcia jakże kłopotliwej dla władcy egzekucji, dlatego w chwili mocy święty „posunął się tak dalece”, żeby w chwili słabości nie móc się już cofnąć. Diabeł został znokautowany. Na ogół jednak jest tak, że diabeł tylko się przyczaja i czeka na swój moment. Środowiskiem, w jakim diabeł rozmnaża się szczególnie chętnie, jest starość. Człowiek słabnie, słabnie jego wola i samokontrola, i nagle wyłazi z człowieka dorodny, wyhodowany diabeł, który wydawał się unicestwiony w zalążku. Gdyby to ode mnie zależało, po bierzmowaniu wyrzeczenie się diabła i spraw jego odnawiałoby się z narastającą częstotliwością. I nie wyciągam daleko idących wniosków tylko na podstawie obserwowania siebie samego, o nie. Ilu ja znałem naprawdę szlachetnych za młodu ludzi, którzy na starość jakże nisko upadli! Co oczywiście nie znaczy, że stary = zły, a młody = dobry. Wystarczy, że stary to na ogół słaby, a młody to na ogół mocny. Niestety, nie wydaje mi się, aby wspaniałemu „morusowskiemu” uczuciu triumfu nad diabłem odpowiadało równie często uczucie wstydu i winy w wypadku porażki. Ilekroć pytam siebie albo kogoś z mniej więcej rówieśników, dlaczego zaprzedał duszę temu czy innemu diabłu, słyszę w odpowiedzi nijakie usprawiedliwienia: „No, cóż, takie jest życie... No, cóż, mam na utrzymaniu rodzinę... No, cóż, wszyscy tak robią...” I dlatego jestem za odnową ślubowań, że jestem za ponawianiem prostych pytań, na które niby to już się kiedyś odpowiedziało, ale na starość nie bardzo się pamięta, co. I że jestem przeciw wymijającym odpowiedziom.
Felieton ma w tytule jedyneczkę, bo chodzą mi jeszcze po głowie myśli o rozmnażaniu się diabłów przez sztukę, ale to za tydzień lub dwa.
Jacek Podsiadło
skr.poczt.32, 45-076 Opole 1
podsiadlo@atol.com.pl



 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl