Kuroń i Michnik w Krainie Deszczowców

Joanna Olech



Wyobraźmy sobie... teleturniej. Finał. Stawką jest milion. Prowadzący odczytuje pytanie: „Czy kucharz Bartłomiej Bartolini w książce Stanisława Pagaczewskiego chlubił się herbem: a) Dwa Widelce i Udziec Barani? b) Zielona Pietruszka?” „Wybieram odpowiedź »b«!” – wykrzykuje triumfalnie zawodnik i... przegrywa!!! Mamma mia! 


Pytanie było z gatunku wyjątkowo podstępnych. W istocie mistrz Bartolini z woli autora książki był posiadaczem herbu „Dwa Widelce i Udziec Barani”, ale że telewizyjna wersja trylogii Pagaczewskiego powstawała we wczesnych latach 70., kiedy to zwierzęca tkanka była kwestią niechętnie poruszaną w mediach – udziec zamieniono na zieloną pietruszkę, której ci u nas był dostatek. 
Zrealizowana za Gomułki kreskówka ma swoje zasłużone miejsce w dobranockowym panteonie. Ja także potrafię zanucić jej motyw muzyczny i pamiętam panoramę Krakowa pod dźwięk hejnału, otwierającą każdy odcinek. Nie czytałam natomiast książkowego pierwowzoru „Porwania” – aż do dziś, kiedy Wydawnictwo Literackie wznowiło wszystkie trzy tomy przygód Smoka Wawelskiego i jego kompanii. I oto wracam wyobraźnią do Smoczej Jamy, skąd poczciwy zielony rezydent wawelski wyruszy na poszukiwanie słynnego żabologa Baltazara Gąbki, zaginionego podczas naukowej ekspedycji w Krainie Deszczowców. Czytam, czytam... i oczom nie wierzę! Toż to dysydencka bibuła, rozsadnik anarchii! Ta książeczka dla dzieci, wydana w roku 1966 pod nosem towarzysza Wiesława, to antykomunistyczna, inspirowana przez zachodnich imperialistów propaganda! Szpotański za to siedział, a tymczasem Pagaczewski nagrodę dostał (aczkolwiek dopiero za Gierka). 
Dobry władca – swój chłop, rządzący w grodzie Kraka (to nie może przecież być sekretarz Klasa?...), zaniepokojony przedłużającą się nieobecnością profesora Gąbki, wysyła Smoka Wawelskiego z misją ratunkową. Dla towarzystwa przydziela mu kucharza i nadwornego medyka. Trzej podróżnicy pokonują kolejne granice, przemierzając Krainę Psiogłowców, Kraj Gburowatego Hipopotama, Słonecję i wreszcie Krainę Deszczowców. Niezależnie od klimatu czy wyglądu mieszkańców – prowincje te są rządzone przez chimerycznych tyranów. Psychopatyczni władcy nie cierpią sprzeciwu i realizują swoje utopie kosztem zniewolonych poddanych. 
Na pozór jowialny król Słoneczko „pragnął uszczęśliwiać swój naród nie pytając go wcale o zgodę. (...) Biedni poddani króla musieli wygrzewać się od rana do wieczora. Na jego rozkaz w całym kraju wybudowano setki pomostów drewnianych i zaopatrzono je w znormalizowane leżaki. Produkcja wszelkich zasłon, namiotów, parasoli itp. – została zakazana. Obowiązującym strojem mieszkańców Słonecji były kostiumy kąpielowe. Odpoczynek w cieniu traktowany był jak przestępstwo antyrządowe. Toteż wszyscy mieszkańcy Słonecji byli wprawdzie opaleni, jednak wcale nie uważali się za szczęśliwych”. Kiedy Smok i jego kompani próbują wymówić się od gościny – zostają uwięzieni w klatce i przemocą poddani kąpielom słonecznym. 
Licznie reprezentowani w książce urzędnicy państwowi są bez wyjątku tchórzliwymi, przekupnymi oportunistami, a wymiar sprawiedliwości jest karykaturą. „Największy Deszczowiec (...) powiedział tonem nie wróżącym nic dobrego: – Będziesz dziś sądzony. Staniesz przed Tajnym Trybunałem Niezwykle Mokrej Pieczęci, żebyś nie powiedział, że w naszym państwie nie ma sprawiedliwości. 
Po czym wydał rozkaz dowódcy oddziału: – Zaprowadź ich przed Trybunał. I powiedz sędziom, że jeśli nie ukarzą ich jak najsurowiej – sam im głowy z karków pozdejmuję. Niech wiedzą, że u nas panuje Sprawiedliwość”. 
Trybunał zna swoje obowiązki i przystępuje do osądzenia więźniów. „– Jeżeli skażecie na śmierć niewinnego człowieka, który wam zaufał, sami na siebie wydacie wyrok. Cały świat was potępi – rzekł Salamandrus. – Ech – powiedział Prokurator – mnie cały świat nie obchodzi. Mnie obchodzi moja posadka... – Tak, tak, posadka... – dodał Największy Strażnik. – Ona jest dla nas najważniejsza. Panowie, nie mamy czasu, trzeba wydać wyrok.”
Obywatele Krainy Deszczowców tęsknią do dnia, w którym los uwolni ich od kaprysów tyrana. Toteż kiedy ostatni niepokorni – Baltazar Gąbka i Salamandrus – zostają uwięzieni, naród podnosi bunt. I tu następuje scena kulminacyjna, która nigdy nie mogłaby się znaleźć w literaturze ery gomułkowskiej, gdyby nie infantylny kontekst. Tłum domaga się uwolnienia Baltazara Michnika i Salamandrusa Kuronia. 
„Ni stąd, ni zowąd nazwiska Baltazara Gąbki oraz Salamandrusa stały się symbolami walki o wolność. Początkowo szeptano je trwożnie, w gronie najbliższych przyjaciół, potem zaś wymieniano coraz głośniej i odważniej. Po kilku godzinach poczęły się tworzyć gromady ludzi, które wyruszyły pod pałac, domagając się zaprzestania pościgu za zbiegami. Tłumy rosły z każdą minutą. Wicher wolności gnał ulicami miasta. Otwierały się okna, na dachach pojawiły się chorągwie. Ze wszystkich dzielnic stolicy dążyły ku pałacowi gromady ludzi, którzy mieli już dość życia w niewoli i strachu. Ktoś krzyknął: – Niech żyje Baltazar Gąbka!
Tłum podjął okrzyk: – Niech żyje!
I znów czyjś głos zawołał: – Niech żyje Salamandrus!
Odpowiedzią był ryk z tysięcy piersi: – Niech żyje! (...)
Największy Deszczowiec słuchał z wściekłością. – Bzdury. Potworne bzdury. Jeszcze dziś wieczór wszyscy buntownicy poniosą zasłużoną karę. Ale, ale... czego oni się domagają? Słyszałem jakieś dziwne słowo, którego wcale nie rozumiem. Tak coś jak »wol... wolność«... Co to znaczy?
Tajny Strażnik rozłożył ręce. On też nie znał takiego słowa”. 
Co ja poradzę, że wszystko mi się z polityką kojarzy? My, rówieśnicy Pałacu Kultury, nawet w opowiastce dla dzieci węszymy historyjkę z politycznym kluczem. Deszyfrowanie zaszyfrowanego wyssaliśmy z mlekiem matki. Jeszcze dziś, w trzynastym roku wolności, rozpoznajemy się po nerwowym tiku – mrugamy okiem ze starego nawyku. Tak więc lektura książek dla dzieci bywa nieoczekiwaną ekspedycją do krainy własnych natręctw. Jeśli urodziliście się za Bieruta, zgadujcie razem ze mną: Dlaczego wystawne uczty mistrza Bartolini składają się raptem z kogla mogla i zupy grzybowej? Dlaczego Don Pedro błaga o ratunek oferując swoim wybawcom w zamian świąteczny numer „Przekroju”? Dlaczego góry na horyzoncie nazywają się „Czterojajeczne”? Dlaczego tratwa zostaje ochrzczona butelką „Płynnego Owocu”? Dlaczego na wyposażeniu wyprawy znajduje się krem chlorofilowy? Dlaczego książę Krak nosi zegarek marki „Błonie”?
Wątek wyzwoleńczej rebelii przepadł w adaptacji telewizyjnej (bez szkody dla widza, jak mniemam). Inaczej niż w książce, tajemniczy Don Pedro do końca pozostał szpiegiem, dodano mu przy tym kwestię „carramba”, żeby było jasne, że nie pochodzi zza Buga. Udziec barani transmutował w zieloną pietruszkę, prominenci z Krainy Deszczowców wyzbyli się swoich odrażających cech i zostali zaledwie zielonymi dziwakami. Tylko literacki oryginał przechował ślady mojego chlorofilowego, czterojajecznego, czekoladopodobnego dzieciństwa, a zza Słonecji i Małpistanu wyziera peerel. 

STANISŁAW PAGACZEWSKI, „PORWANIE BALTAZARA GĄBKI”. Kraków 2002, Wydawnictwo Literackie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl