Nie wypuszczę tej nici z ręki

Ks. STANISŁAW MUSIAŁ SJ

 

Bronić Boskiego pochodzenia chrześcijaństwa wszelkimi możliwymi argumentami – taki był kiedyś sposób na jego obronę. Rozwinięty zwłaszcza wtedy, gdy oręż fizyczny przestał być skuteczny, a stosy dla heretyków wygasił podmuch tolerancji w Europie u progu ery nowożytnej. 
Apologetyka przetrwała omal do czasów Soboru Watykańskiego II. Największy jej rozkwit przypada na wiek XIX. Po jakie argumenty sięgano, by bronić boskości chrześcijaństwa, można się przekonać biorąc do ręki literaturę z tego okresu. Podam jako przykład jedną z broszur przechowywanych w naszej jezuickiej bibliotece w Krakowie. Pochodzi ona – jak głosi exlibris – „Z księgozbioru Radcy Stanu J. K. Szaniawskiego, członka Rady Stanu i Rady Wychowania Publicznego w Królestwie Polskiem”. Autor nie jest znany. Ukazała się w Weimarze w l837 r. W tłumaczeniu polskim jej tytuł brzmi: „Upadek narodu żydowskiego jako najbardziej niezbity dowód na Boskość Chrześcijaństwa i jako tryumf nad wszystkimi niewiernymi i wątpiącymi”.
Nie takiej obrony chrześcijaństwa życzył sobie Chrystus. Jak podają Ewangelie, po Zmartwychwstaniu ukazał się tylko swoim uczniom i niewiastom, które mu towarzyszyły w jego wędrówkach apostolskich, czym ściągnął na siebie kpinę ze strony Celsusa, najgłośniejszego krytyka chrześcijaństwa w II w.; Celsus dziwił się, że Chrystus nie ukazał się Piłatowi i arcykapłanom żydowskim. Dał tym dowód całkowitego niezrozumienia Chrystusa „od wewnątrz”. Nie było w postawie Chrystusa ani cienia chęci zapanowania nad swoimi „przeciwnikami” czy choćby śladu woli ich upokorzenia. Co więcej, nie było u Chrystusa w ogóle chęci przyparcia kogokolwiek do muru oczywistością Zmartwychwstania. Chrystus nie chciał nadać prawdzie o Zmartwychwstaniu (jak zresztą żadnej innej prawdzie objawionej) takiej jasności, jaką posiadają pewności matematyczne, że dwa razy dwa jest cztery.
To nie znaczy, że dla Chrystusa jest rzeczą obojętną, czy ktoś będzie wierzył w Jego Zmartwychwstanie, czy też nie. Nie! Dopiero prawda o Zmartwychwstaniu Chrystusa, która jest zarazem i prawdą o naszym zmartwychwstaniu, przynosi nam pełne wyzwolenie. Wnosi prawdziwy pokój w nasze serca. Bo możemy żyć z podniesioną głową, że nikt i nic nie jest w stanie odebrać nam daru życia. Dlatego Chrystus opatrzył tę prawdę znakami, wobec których trudno przejść obojętnie. Są one jednak takiej natury, tak dyskretne, że nie zniewalają nikogo swoją oczywistością.
Każdy posiada inną wrażliwość religijną i inaczej reaguje na owe znaki, przemawiające za prawdziwością Chrystusowego objawienia. Choć nie wszystkie są jednakowo czytelne. Znakiem, który najsilniej do mnie przemawia, jest forma gramatyczna słów Chrystusa, wypowiedzianych do Marty przy grobie jej brata Łazarza, na krótko przed Męką. Mówię wyraźnie: „forma gramatyczna”. Chrystus nie powiedział: „Ja zmartwychwstanę i będę żył” (jak również domyślnie: wy też zmartwychwstaniecie i będziecie żyć). Takie stwierdzenie nie byłoby w stanie poruszyć mnie wewnętrznie. Zostawiłoby mnie chłodnym, obojętnym. Wręcz uznałbym je za próbę pocieszenia mnie i nic więcej. 
Z moich doświadczeń duszpasterskich z osobami, przebywającymi w domach starców, wynika, że istnieje u nich niewielkie „zapotrzebowanie” psychiczne czy duchowe na zmartwychwstanie, na życie wieczne, także u osób wierzących. Wszyscy boją się śmierci i chcieliby żyć. Ale bardzo niewielu pragnie zmartwychwstania, życia wiecznego. Wielu odbiera tę możliwość jako koszmar. Najczęściej chcieliby zasnąć bez bólu i nie obudzić się więcej, choć pragnienie spotkania „na drugim świecie” z najbliższymi jest niekiedy bardzo silne. 
Może kogoś zgorszę, jeśli powiem, że i ja osobiście nie jestem zainteresowany w tym, by moje obecne życie trwało bez końca. Nie chciałbym żyć wiecznie takim, jakim jestem. Z moim obecnym wyposażeniem fizycznym, psychicznym, duchowym, z tymi, a nie innymi moimi upodobaniami, w „więzieniu” mojego konkretnego kształtu osobowościowego. Czy będziemy mogli „porozumieć się” w życiu wiecznym z tymi, którzy żyli na ziemi w kulturach nam zupełnie obcych, np. z kanibalami, azteckimi kapłanami, którzy wyrywali swoim ofiarom żywe serca i składali je w ofierze bogom, z matkami z Kartaginy w Afryce, które składały swe dzieci w ofierze Saturnowi wrzucając je w olbrzymią, ziejącą ogniem paszczę bożka wykonanego z metalu? Życie wieczne nie będzie przesiadką do innej karocy, tylko złotej, pięknej, bezpiecznej, która powiezie nas szczęśliwych w podróż po zaświatach bez końca.
Co innego życie wieczne w Bogu, w Chrystusie. Będzie to stałe, fascynujące wzbogacanie swej osobowości przy zachowaniu poczucia własnej tożsamości, ekstaza i wyciszenie, poznanie i miłość. W średniowieczu wierzono w istnienie fontanny młodości. Każdy, komu było dane do niej wejść, odzyskiwał fizyczną i duchową młodzieńczość. Taką fontanną wiecznej młodości i szczęścia bez końca będzie dla nas Bóg w Jezusie Chrystusie. 
Może ktoś powiedzieć, że są to wszystko mrzonki, co najwyżej trochę bardziej wysublimowane. Dowód, że to jest prawda? Mój dowód jest maleńki, szary, niepozorny jak kształt i upierzenie słowika. Ale przemawiający melodią nie z tego świata. Wracam do słów Chrystusa: „Ja jestem Zmartwychwstanie i Życie”. Wydaje mi się, że gramatyka ludzka, taka jaką znamy w świecie podksiężycowym, nie byłaby w stanie wymyślić podobnego sformułowania. „Ja jestem Zmartwychwstały, Żyjący” – takie sformułowanie mieściłoby się w możliwościach logicznych naszego języka, ale: „Ja jestem Zmartwychwstaniem i Życiem” jest meteorytem z innego świata, sformułowaniem, które „wymyślić” mógł tylko sam Bóg, Chrystus. By na takie sformułowanie „wpaść”, trzeba było mieć świadomość Boską. I mieć ją prawdziwie, a nie samozwańczo czy szaleńczo. 
Zmartwychwstaniemy jako naczynia połączone w Bogu, w Chrystusie. Nasze obecne życie biologiczne nie jest jeszcze pełnym życiem. Sytuuje się na jego obrzeżach. Ma kształt nierozwiniętego jeszcze pęku kwiatu. Jeśli dla ewangelistów Mateusza, Marka i Łukasza zmartwychwstanie i życie wieczne będą naszym udziałem u końcu czasów, to dla św. Jana, który podał nam słowa Chrystusowe: „Ja jestem Zmartwychwstaniem i Życiem”, już teraz w pewnej mierze jesteśmy polem działania mocy Zmartwychwstałego Chrystusa, i jako tacy już teraz, jeszcze przed śmiercią biologiczną, nosimy w sobie zalążki Zmartwychwstania i Życia Wiecznego.
Czy jest dla kilkuletniego dziecka większy dramat, niż kiedy wyrwie mu się z ręki kolorowy balon, kupiony na odpustowym straganie przez ojca? Taki dramat przeżyłem, gdy ojciec kupił mi na odpuście w naszej parafii, w Łososinie Górnej, balon mieniący się w słońcu rozlicznymi kolorami. Mocno trzymałem go za sznurek, podziwiając esy i floresy, które zataczał nad moją głową. Nagle wyrwał mi się z ręki i poszybował za las. Marzyłem ciągle o jego powrocie. 
Gdy dorosłem, przełożyłem sobie „balonową” metaforę na świat wiary, ten kolorowy balon, pełen niesamowitych rzeczywistości, których nie wymyśliłaby żadna bajka. Mój balon wiary czasami znikał z mego pola widzenia, ale powracał, ciągle piękniejszy, bardziej kolorowy, niesamowity, nieprawdopodobny. I dał mi Pan Bóg wielką łaskę, mocny sznurek, na którym go trzymam, mocną złotą nić, słowa, które nie przestają mnie intrygować: „Ja jestem Zmartwychwstaniem i Życiem”. Nie wypuszczę tej nici z ręki.

Ks. Stanisław Musiał SJ

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl