Komentarze

 


Marek Zając Czas, gdy odkłada się broń

Krzysztof Burnetko Wirus sojuszu korporacji

Piotr Gruszczyński Pan minister w teatrze

 

 




  
Czas, gdy odkłada się broń

Właściwie nikt już nie potrafi zapanować nad dynamiką wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Nie ma wątpliwości – Izraelczycy mają prawo się bronić. Ale coraz wyraźniej widać, że ani akcje militarne, ani „izolowanie” Arafata, ani mordowanie podejrzanych o przynależność do arabskich organizacji ekstremistycznych (zwane „eliminowaniem”) – nie zapewnią Izraelczykom bezpieczeństwa. Ich efektem są tylko kolejne zamachy. Aby im zapobiec, armia izraelska musiałaby zrównać z ziemią quasi-państwo palestyńskie, zniszczyć obozy dla uchodźców w Syrii, Libanie i Jordanii, podpalić szyby naftowe saudyjskich szejków. Jeśli Izrael nie chce regionalnej wojny, pozostają negocjacje.
Problem w tym, że ani Szaron, ani Arafat ich chyba nie chcą. Premier Izraela – nazywany przez Palestyńczyków „Rzeźnikiem”, a przez Izraelczyków „Buldożerem” – najwyraźniej się pogubił: ogłasza Arafata „głównym wrogiem Izraela”, ale jednocześnie zapewnia, że prezydentowi Palestyny włos z głowy nie spadnie i ogłasza „wojnę” z terrorem, która faktycznie jest wojną z narodem palestyńskim: w izraelskiej logice terrorystą staje się dziś każdy Palestyńczyk, który walczy o swoje państwo. Natomiast Arafata pokój w ogóle nie obchodzi, dowiódł tego już wiele razy. Gdyby nie Szaron, który skutecznie pracuje nad wizerunkiem Arafata--męczennika, lider Palestyńczyków od dawna już znaczyłby niewiele. 
Tymczasem politycznie sytuacja Palestyńczyków wcale nie jest beznadziejna. Przybywa zwolenników utworzenia państwa palestyńskiego – od Organizacji Narodów Zjednoczonych, przez Waszyngton, po sporą część izraelskiego społeczeństwa (pytanie tylko, kto co rozumie pod pojęciem „państwo palestyńskie”...). Ale trzeba wiedzieć, kiedy odłożyć broń. Ani Arafat, ani Szaron, ani samobójcy wysadzający się w powietrze zdają się nie mieć o tym pojęcia.
 
Marek Zając

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 



Wirus sojuszu korporacji

Dotąd wydawało się, że groźna jest fałszywie rozumiana solidarność korporacji zawodowych. Politycy niespecjalnie przykładali się do wyjaśniania afer z udziałem nie tylko partyjnych towarzyszy, ale także (zdawałoby się) przeciwników politycznych. Lekarze bronili swoich kolegów: także łapowników i partaczy. Adwokaci nie potępiali członków palestry kpiących z prawa i godności profesji choćby w procesach przywódców mafijnych. Sędziowie i prokuratorzy nie potrafili oczyścić szeregów z ludzi o niesławnej przeszłości. Swoje winy mają także inne środowiska, choćby duchowni czy żurnaliści. Skutkiem – poza bezpośrednimi szkodami – był upadek autorytetu wielu ważnych dla życia publicznego zawodów. Nadszarpnięta została wiara w skuteczność kodeksów etycznych, tradycji zawodowej i mechanizmów samodyscyplinujących środowisko.
Teraz pojawiają się u nas oznaki nowej choroby: solidarności międzykorporacyjnej. Mnożą się przypadki, kiedy politycy oskarżani o czyny kryminalne zdają się być traktowani przez wymiar sprawiedliwości łagodniej niż pozostali obywatele. Więcej: ta pseudosolidarność ogarnęła poszczególne branże wymiaru sprawiedliwości. Przykładem wielomiesięczny brak reakcji katowickich prokuratorów, adwokatów i sędziów na co najmniej dyskusyjne poczynania jednego z tamtejszych sędziów (chodzi o względy dla podejrzanych o udział w miejscowych gangach oraz dla lokalnych VIP-ów). Sprawa zacznie być badana dopiero teraz, kiedy media nagłośniły kolejne kontrowersyjne posunięcie sędziego (zwlekał z wydaniem nakazu aresztowania szefów spółki podejrzanej o wyłudzenie 345 mln zł, dzięki czemu mogli oni zbiec za granicę). 
Groźne jest tu, po pierwsze, to, że nowa odmiana wirusa zaatakowała właśnie wymiar sprawiedliwości, który winien natychmiast wychwytywać ewentualne błędy w swym funkcjonowaniu – po to istnieją procedury odwoławcze i systemy dyscyplinarne, a role prokuratury, obrony i sądu są precyzyjnie rozpisane. Coraz trudniejsza staje się też, po drugie, obrona idei niezależności sądu i prokuratury od ingerencji władzy wykonawczej. Zwłaszcza sędziowie sami oddają tu broń.


Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pan minister w teatrze

Teatr Narodowy od początku sezonu dorobił się jednej premiery na dwóch scenach. Powód tej mizerii: brak środków. Jest to teatr finansowany przez Ministerstwo Kultury, cieszy więc, że minister Celiński zauważył wreszcie, że z finansowaniem teatrów jest źle. Minister zgłosił też projekt reform, o którym poinformował w „Rzeczpospolitej”. O ile reformy systemowe, dotyczące finansowania kultury, na przykład ze środków Lotto, brzmią sensownie, to rozwiązania szczegółowe jeżą włosy na głowie. 
Ma powstać „rada mędrców” decydująca o rozdziale pieniędzy, podobna do KRRiTV. Nie wiemy, kim będą mędrcy, ale znając działania tego typu ciał wolno się bać na zapas. Zwłaszcza że minister ma pomysły mądrzejsze od całej rady: chce rozwiązywać teatry wedle własnych upodobań, bezrobotnych aktorów przekwalifikować na nauczycieli „ekspresji, różnych technik autoprezentacji”, stworzyć teatry impresaryjne, likwidując jednocześnie istniejący świetny teatr impresaryjny, czyli Teatr Mały w Warszawie, który z kolei z powodu bliskości dworca (!) ma się zamienić na teatr lekturowy. Chryste! Teatr lekturowy, służący do przekonywania młodzieży, że nie ma nudniejszej rzeczy niż teatr! Już sobie wyobrażam te „Dziady” zrobione za ministerialny grant bez cynizmu i chęci zarobienia pieniędzy!
Na dokładkę w wywiadzie ujawniły się osobiste upodobania ministra, o tyle groźne, że stoi za nimi władza. Dowiedzieliśmy się na przykład, że Teatry Ateneum i Współczesny są dobre, a Powszechny zły i dlatego trzeba go zlikwidować albo usunąć z ministerialnej listy. Osobiście uważam, że wszystkie trzy straciły dawno moc kulturotwórczą, ale nie rozumiem, dlaczego akurat Powszechny miałby być gorszy od Ateneum? Mam nadzieję, ze minister Celiński już żałuje tego, co naplótł. Jeśli nie, to pozostaje cieszyć się, że przynajmniej część teatrów podlega samorządom miejskim i te może pomysłowość Celińskiego przetrwają. A na przyszłość zamiast gadać, lepiej byłoby tworzyć alternatywne rozwiązania. Najłatwiej wszystko zlikwidować, mówiąc, że na miejsce starego powstanie nowe. A potem ze zdziwieniem stwierdzić, że nowe nie powstało.


Piotr Gruszczyński

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 14, 7 kwietnia 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl