Dajcie spokój coca-coli

MICHAŁ KOMAR

 

Nie ulega wątpliwości, że R. miał sporo uroku. Właśnie ów urok łagodził niemiłe, groźne, zgoła niebezpieczne napięcie narastające między nami. Graliśmy w pokera. Wygrywałem przez trzy kwadranse. On godził się na podnoszenie stawek. Jakże oszałamiająca jest perspektywa bogactwa! Potem los przestał mi sprzyjać. Po trzech godzinach zostałem pozbawiony telewizora, radia, prodiża (prodiża dolnego), do którego była przywiązana moja żona i połowy samochodu. Blefował. Niewątpliwie blefował. Ale nie wówczas, gdy zdobywałem się na odwagę sprawdzenia jego kart. Wprawiło mnie to zrazu w przygnębienie, potem zacząłem go nienawidzić. Żądza odwetu! Na jego blef odpowiadałem z błyskiem w oku swoim blefem. Sprawdzał – i wygrywał. Potem przyznał się do oszustwa. Miał zręczne palce. Umiał rozdawać. Z uśmiechem wytłumaczył mi, że padłem ofiarą własnej naiwności. 
Spodziewałem się gry rzetelnej i uczciwej. To błąd. W samej grze zawarta jest pokusa oszustwa, powstrzymanie się od której zależy nie tyle od morale grającego, ile raczej od jego wyczucia opłacalności. Ekonomika sukcesu polega na wzięciu po uwagę wszystkich możebnych instrumentów zwycięstwa – następnie zaś na wyborze i użyciu tych, które czynią osiągnięcie celu najmniej, w danej sytuacji, kosztownym. Nie ma takiej broni, której by człowiek nie użył przeciwko bliźniemu swemu, pod warunkiem, że będzie się mu to opłacać. Rzecz leży w zdefiniowaniu korzyści w danym momencie i w danym miejscu. Zażądałem zwrotu mojej własności. Zgodził się oddać z – jak powiedział – „przyczyn moralnych” prodiż i pół samochodu. Co do reszty, to telewizor i radio postanowił zatrzymać jako honorarium za wykład o naturze stosunków międzyludzkich. – Jak człowiek ma taką wiedzę, to już mu nikt krzywdy nie zrobi. Wkrótce potem wyjechał na podbój Ameryki. Przysłał mi zdjęcie z Las Vegas: smoking, lakierki, złoty zegarek, luksusowy kabriolet, w nim zaś ponętne i wszeteczne niewiasty oraz list z pytaniem, czy ma mi przysyłać paczki żywnościowe. 

Krótka historia nikczemności


12 września 2001 roku założyłem archiwum prasowe związane z nowojorską tragedią licząc, że pośród tysiąca artykułów, wystąpień, wywiadów i poematów znajdę przynajmniej dziesięć takich, co zawierają jakąś poważniejszą myśl. Nie znalazłem. 
Wedle moich przeliczeń, obejmujących najpoważniejsze gazety europejskie i (niektóre) amerykańskie, ponad 75% publicystów (dziennikarzy, politologów, autorytetów-moralnych-na-każdą-okazję i dożywotnich stypendystów) wyraziło zdziwienie tym, że w trakcie przygotowań i przeprowadzenia akcji terroryści wykazali się wysokim poziomem profesjonalizmu w takich dziedzinach jak operowanie Internetem, transfer znacznych sum za pośrednictwem sieci bankowych, pilotowanie pasażerskich samolotów odrzutowych, a też dystrybucja bakterii wąglika przy pomocy poczty, w sumie zaś nie są („po raz pierwszy w dziejach terroryzmu” – jak napisał jakiś wzniosły i załzawiony baran) analfabetami wywodzącymi się z klas najuboższych. 
Przypomnieć więc może wypada, że licząc mniej więcej od 1846 roku organizacje terrorystyczne były kierowane przez osoby wywodzące się z klas średnich, niezgorzej wykształcone i gotowe do korzystania z zaawansowanych technicznie instrumentów przemocy: Karl Heinzen postulował w 1850 roku użycie gazów bojowych, rakiet oraz zatruwanie żywności w hurtowniach (w latach 70. XX wieku zwolennicy Al Fatah faszerowali truciznami izraelskie owoce sprzedawane w Europie); dynamit zyskał znaczne uznanie w środowiskach przewrotowych niemal natychmiast po wprowadzeniu go na rynek, narodowolec Sergiusz Kibalczyc, z zawodu chemik, przyczynił się do wynalezienia nowego typu zapalnika (piorunian rtęci), co uzdolniony poetycko Johann Most skwitował wierszem: Zuletz ein Hoch der Wissenschaft/ Dem Dynamit, das heisst der Kraft/ Der Kraft in uns’eren Haenden/ Die Welt wir besser Tag fuer Tag; „cocktail Mołotowa” (w pojemniku z cynku) był użytkowany przez bojowców irlandzkich na długo przez objęciem stanowisk państwowych przez Wiaczesława Mołotowa; bomby pocztowe (bomby-listy) zostały zastosowane w 1895 roku; mniej więcej w tym samym czasie anarchiści irlandzcy sfinansowali projekt budowy łodzi podwodnej wyposażonej w torpedy; porwania samolotów rozpoczęły się wraz z powstaniem pasażerskiego transportu lotniczego; z telegraficznej łączności bankowej chętnie korzystali w latach 30. XX wieku terroryści z IMRO (transfery z Włoch), Ustasze (transfery z Włoch i Węgier) i legionerzy Codreanu (transfery z Niemiec, m.in. za pośrednictwem I. G. Farben); pocztową wysyłkę zarazków wąglika zastosowano po raz pierwszy w Warszawie, w 1941 roku, przy udziale bakteriologów z Państwowego Zakładu Higieny, to już wszystko było!, o tym zaś, w jaki sposób zostaną wykorzystane walizkowe bomby atomowe dowiemy się w niedalekiej przyszłości. 

Globalne bzdury


Statystycznie znacząca (ponad 50%) grupa autorów omawianych publikacji stwierdziła, że zamachy na WTC i Pentagon odsłoniły oraz doprowadziły do ostatecznych konsekwencji wewnętrzne sprzeczności przenikające proces globalizacji. Okazało się bowiem – czytam – że poczta elektroniczna może służyć do przesyłania zbrodniczych instrukcji i rozkazów (a zwykły druk to nie?), okazało się też, że masowy lotniczy transport pasażerski nie przykłada wystarczającej uwagi do funkcjonowania systemów bezpieczeństwa i – wreszcie, że samochodowy ruch towarowy między Kanadą i USA dokonuje się w jednym przeciążonym terminalu, w którym nie sposób poddać kontroli ponad pięciu tysięcy ciężarówek dziennie. Na argumenty, że istnieją techniki filtrowania poczty elektronicznej i techniki kontroli pasażerów linii lotniczych, przeciążenie zaś jednego terminalu można rozładować budową drugiego i trzeciego, a tam kontrola ciężarówek będzie znacznie bardziej skuteczna – dziennikarze zaczynają pisać o „elementach państwa policyjnego” i zagrożeniu swobód obywatelskich, tak jakby wolność od przemocy była przeciwko demokracji. To już wszystko było!
Ponad 55% autorów dawało do zrozumienia, że istnieje związek między ubóstwem (krzywdą) społeczeństw Trzeciego Świata a ciosem wymierzonym w bogate Stany Zjednoczone. Żaden wszak z dziennikarzy utrzymujących, że bogactwo jednych jest funkcją nędzy drugich, nie zadał pytania o związek występujący miedzy krzywdą społeczeństw Trzeciego Świata a potężnym majątkiem Osamy ibn Ladena. Żaden też nie zwrócił uwagi na fakt, że w krajach, które nazywane są hultajskimi, życie jednostki ma wyznaczoną doktrynalnie cenę niższą od cen wszelkich innych dóbr materialnych i duchowych. 
Prawie 98% autorów uparcie powtarzało, że Osama ibn Laden był i jest fundamentalistą muzułmańskim, podczas gdy – moim zdaniem – jego zmysł strategiczny i zasady operacyjne każą raczej myśleć o inspiracjach bliskich takim źródłom jak „Wyklęty lud ziemi” Frantza Fanona (gdzie partyzant zabijający Europejczyka likwiduje wroga, a tym samym stwarza samego siebie jako bojownika – czyli pełnowartościowego człowieka), „Minimanual del guerrillero urbano” Carlosa Marighelii („...bycie terrorystą nobilituje każdego człowieka honoru”) czy też deklaracji ideowych członków niemieckiej R.A.F. („...guerilla materializuje się przez walkę, w akcji rewolucyjnej, mianowicie: w walce bez końca, to znaczy: w śmiertelnym starciu”). To, że Osama ibn Laden odwołał się do języka i historii islamu świadczy o jego rozumieniu potrzeb środowiska, w którym działają zwolennicy bazy, tak w krajach arabskich, jak w USA, gdzie co rok wzrasta ilość wyznawców Mahometa.
100% autorów nie zadało natomiast pytania o przyczyny etyczne, edukacyjne, kulturalne, dla których miliony ludzi uznało 12 września 2001 roku Osamę ibn Ladena za bohatera. Nie idzie mi tu ani o konflikt Północ-Południe, ani o konflikt między chrześcijańskim Zachodem a islamem (bo świat muzułmański jest podzielony i zasadniczo zróżnicowany), ani o krzywdę ubogich narodów (których rządy albo kradną, albo lokują niebotyczne sumy w zbrojenia, tam więc należałoby szukać krzywdzicieli) – ale o miliony poszczególnych istnień ludzkich, które swą duchowość (pustkę) mogą wyrazić tylko i jedynie w uzasadnianym religijnie języku śmiertelnej wrogości. 
100% autorów nie widzi problemu. Więc gdy dojdzie do aktów terroryzmu w sercu Europy, a podejrzewam, że dojdzie, będą mogli znów wyrazić swe zdziwienie, palnąć erudycyjny eseik o sprzecznościach charakteryzujących współczesne technologie globalne i poddać pryncypialnej krytyce hamburgery, hot-dogi oraz Coca-Colę.

*


Wracając do R. – to uwikłał się w jakieś podejrzane machinacje. Chyba narkotyki, a może coś innego? Sądził, że w więzieniu znajdzie ratunek przed zemstą oszukanych partnerów. W celi czuł się bezpiecznie. Więźniowie nie mieli prawa do posiadania jakichkolwiek ostrych przedmiotów; byli rewidowani dwa razy dziennie. – Jak człowiek ma taką wiedzę, to już mu nikt krzywdy nie zrobi. Na kolację podano wołowinę z kością (T-bone). Tę kość współtowarzysz z celi wyostrzył o ścianę i pchnął biednego R. w samo serce. Ku jego niepomiernemu zdziwieniu, jak mniemam. 
Niedowiarków zapewniam, że historia R. jest prawdziwa.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl