Votum separatum

Różnice, różnice

JÓZEFA HENNELOWA

 

28 marca premier Litwy miał wziąć udział w otwarciu w Krakowie litewskiego konsulatu honorowego. Ale cała jego wizyta w Polsce została odwołana. Powód – odłożenie podpisania umowy w sprawie pisowni nazwisk: polskich na Litwie, litewskich w Polsce. Sprawa uzgodniona już dawno – nagle okazała się otwarta i dalej sporna. Coś, co wydaje się drobiazgiem w porównaniu z prawdziwymi problemami – urasta do rangi przeszkody zasadniczej. Słusznie czy nie? 
To nie jest tylko spór o to, czy uda się wszędzie wprowadzić do maszyn piszących polskie znaki diakrytyczne, ani o to, jakim kosztem będzie dokonana zmiana wydanych dotąd urzędowych dokumentów z nazwiskami litewszczonymi. Na pewno w tle mamy problemy prestiżowe, na przykład czas, w jakim ma się to dokonać: rok, jak chcą Polacy, czy dziesięć lat, jak chcą Litwini? Zalicza się tu i argument, że inne narodowości na Litwie wcale tego samego się nie domagają, a przecież też mają (jak Estończycy np. czy Skandynawowie) swoistą ortografię. Ale nie chodzi o detale. Chodzi o zarysowany na tym przykładzie jakże ostro problem różnic językowych w ogóle: ich znaczenia, ich miejsca w hierarchii ważności. Czy są naprawdę fundamentem tożsamości – grupowej, etnicznej, narodowej, religijnej itd. – czy akurat przeciwnie: małostkowością, ciasnotą, „prowincjonalizmem” nawet, jak argumentuje jeden z liderów Litwy w odniesieniu do tego akurat sporu? Czy nacisk na różnice to proces, który będzie coraz silniejszy i coraz bardziej charakterystyczny dla naszego czasu, czy przeciwnie – powinien maleć i tracić na znaczeniu? I jak tu dokonywać wyborów? Gdzie ustępować, a gdzie zapierać się do upadłego?
Nazwiska, imiona, nazwy geograficzne – jedni przynosili je ze sobą w nową rzeczywistość, na przykład emigracyjną, jako skarb nienaruszalny i zakorzeniając się nadawali im walor obowiązującej wszystkich normy. Inni w imię szybszego porozumienia i zbliżenia rezygnowali – skracali własne imiona, upraszczali nazwiska, punkt ciężkości swojego „ja” lokując gdzieś w samej głębi osoby i w życiorysie, tak czytelnie, że nie było żadnej wątpliwości, kim są i pozostają. Mamy przykłady z jednej i drugiej grupy zjawisk. Mamy na przykład historie rodzin, które się polszczyły stopniowo i wreszcie nawet ortografia potwierdzała ich wybory – albo odwrotnie: zachowana – wskazywała bezbłędnie na odległe korzenie. Co będzie panującym mechanizmem w świecie coraz bardzie globalnej wioski, ale równocześnie w świecie, gdzie osobności i różnice na nowo zaczynają dochodzić do głosu coraz ostrzej, coraz bardziej bezwzględnie? Z czego ludzie zgodzą się rezygnować, a z czego nie – i kto władny będzie ich do tego namawiać?
Zastanawiam się, jak radzą sobie nie tacy sąsiedzi jak my i Litwa – długie wieki powiązani rodzinnie i państwowo – ale prawdziwi obcy: z innych alfabetów, innych dźwięków, w ogóle nie dających się zapisać naszymi literami ani powtórzyć przy pomocy naszych głosek – jak radzą sobie jako mniejszości w Europie, jako uciekinierzy, azylanci, ludzie bez siły przebicia? Przecież nawet w świecie najwyższej polityki egzystuje kilka na raz zapisów nazwisk, przywódców chińskich na przykład czy koreańskich. Jakoś się to uładza na gruncie kultury i sztuki (nazwiska uczestników konkursów wirtuozerskich chociażby), ale czy pozostaje obowiązującą normą na dłużej? A jak będą wyglądały obrady poszerzonej za lat kilka Unii Europejskiej? Przybędzie dziesięciu tłumaczy i dziesięć ortografii w dokumentach? Zacznie obowiązywać zasada poszerzonej niemal dwukrotnie rotacji języków, w których będzie się przewodniczyło obradom?
Prof. Swieżawski, audytor II Soboru Watykańskiego, wspomina, jak w auli watykańskiej bazyliki zdecydował się przemawiać po łacinie. Niemal czterdzieści lat temu był to jeszcze – jeszcze! – język wspólnoty Kościoła, ale też już schodzący z pola. Potem poszło to falą. Pamiętam, jak na niedzielnej Mszy w Heraklionie w jedynym kościele katolickim ksiądz czytał Ewangelię w sześciu językach, żeby wszyscy uczestnicy zrozumieli. Dziś ewangelizacja na Ukrainie rodzi ostre problemy, jeśli na przykład do mniejszości polskiej adresowana jest także i po ukraińsku. Czy zgoda na różnice zbliża ludzi do siebie, dowartościowując każdą inność z osobna, czy też kreśli tyle linii podziału i wznosi tyle opłotków, że ostatecznie zrezygnujemy z porozumienia w wielu sprawach, wypracowując tylko w miarę bezpieczne zasady różnienia się coraz bardziej?
Taka mała, lokalna sprawa pisowni nazwisk u północnego sąsiada, ciągle jak się okazuje niemożliwa do bezszmerowego załatwienia, to tylko mała próbka pytania, którego znaczenie wcale nie maleje, wręcz przeciwnie chyba...


Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl