Kiedy zakończy się śledztwo IPN w sprawie pogromu kieleckiego?


Siódma hipoteza

Mateusz Flak, Marek Zając


Od ponad pół wieku historycy i publicyści bezskutecznie próbują ustalić, czy przyczyną pogromu kieleckiego był wyłącznie antysemityzm, czy też prowokacja. Od 10 lat kulisy tamtego mordu badają także prokuratorzy. Wszystkie hipotezy mają sporo luk i znaków zapytania, zawierają jednak jakieś ułamki prawdy o wydarzeniach z 4 lipca 1946 roku. Czy sprawę pogromu uda się kiedyś ostatecznie wyjaśnić?


I. 

Śledztwo w sprawie pogromu wszczął w czerwcu 1992 r. sędzia Andrzej Jankowski, dyrektor Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Kielcach. W uzasadnieniu jego decyzji czytamy: „Postępowanie organów i niektórych osób odpowiedzialnych za zapewnienie porządku i bezpieczeństwa (...) może nasuwać podejrzenie, iż nie zależało im na natychmiastowym stłumieniu zamieszek. (...) w śledztwach i procesach związanych z pogromem nie wyjaśniono wielu istotnych okoliczności (...) prawdopodobna staje się teza, że do pogromu doszło w wyniku czyjegoś zorganizowanego działania, które (...) co najmniej szło na rękę niektórym organom ówczesnych władz Polski lub »sprzymierzonych«”. 
Śledztwo trwało pięć lat. W tym czasie przejął je prokurator Zbigniew Mielecki. Przesłuchano ok. 130 świadków z Polski i Izraela. Komisja miała ograniczone uprawnienia śledcze (aby przedstawić komuś zarzuty, sprawa musiała trafić do prokuratury powszechnej). W październiku 1997 zebrane materiały przekazano Prokuraturze Wojewódzkiej w Kielcach. Komisja wnioskowała o oskarżenie kilku osób, którym zarzucała niedopełnienie obowiązków, przekroczenie uprawnień bądź naruszenie prawa (współsprawstwo, podżeganie) – chodziło m.in. o Adama Humera z Wydziału Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach majora Władysława Sobczyńskiego. Końcowy raport z śledztwa stwierdzał, że nie można potwierdzić ani wykluczyć tezy, że pogrom był prowokacją. 
W styczniu 1998 kielecka prokuratura odesłała Komisji materiał do uzupełnienia. Jak twierdzi dziś prok. Mielecki, prawdziwą przyczyną tej decyzji był opór wobec sprawy, która dotyczy podległego prokuraturze regionu. – Materiał przesłany przez Komisję dawał bowiem realną podstawę do objęcia aktem oskarżenia kilku żyjących jeszcze osób. Śledztwo zawieszono w grudniu 1998, kiedy likwidowano Komisję. 
W lipcu 2001 postępowanie wznowił prokurator Krzysztof Falkiewicz z kieleckiego ośrodka Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie. Na podstawie ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej „nowa” Komisja może prowadzić śledztwo aż do zakończenia sprawy, bez udziału prokuratury powszechnej. – Szukamy odpowiedzi na pytanie: czy doszło do prowokacji i kto za nią stał? – mówi prok. Falkiewicz. 
Do dziś zgromadzono 11 tomów akt głównych (zeznania świadków, odpisy dokumentów) i 17 tomów dokumentów „związkowych”. Akta liczą 4 tys. stron; są wśród nich materiały z archiwów polskich (MSW, MSZ, Żydowski Instytut Historyczny), żydowskich (Yad Vashem), amerykańskich i rosyjskich (KGB). Materiały z akt śledztwa dotyczą pogromu, reakcji nań (kserokopie protokołów z posiedzeń Biura Politycznego) i jego tła, np. stosunków polsko-żydowskich. Nie udało się uzyskać żadnych informacji z Archiwów Watykańskich, które udostępniają jedynie materiały zebrane przed 1922 r. 
Znaczna część dowodów – przypadkowo lub nie – bezpowrotnie zaginęła. 

II. 

Trudno dziś zliczyć hipotezy dotyczące przyczyn pogromu. Na ogół mówi się o prowokacji opartej na antysemickich nastrojach i psychologii anonimowego tłumu. 
Pierwsza i rozpowszechniana przez PPR wersja głosiła, że mord na Żydach był dziełem AK, WiN i „reakcyjnych sił polskich panów z NSZ”. Była niedorzeczna: komunistyczne władze nie poparły jej żadnymi dowodami, a w pokazowym procesie po pogromie nikomu nie udowodniono przynależności do „reakcyjnych” organizacji. – Gdyby władzy zależało na skompromitowaniu podziemia, dowody wymuszono by na skazanych – mówi prokurator Falkiewicz.
Inna hipoteza, wykluczona przez prokuratora, zakładała, że za pogrom odpowiadają sami Żydzi. Chcieli oni utworzenia Państwa Izrael, a pogrom miał rzekomo sprowokować masową emigrację polskich Żydów do Palestyny. Taka teza również wydaje się absurdalna, także dlatego, że przy ul. Planty 7 działał kibuc: 35 chłopców i dziewcząt czekało już na wyjazd do Palestyny. 
O prowokację podejrzewano też lokalną milicję. Błaszczykowie – rodzina, której syn miał być porwany przez Żydów – zgłosili się przecież na komisariat MO i to milicjanci zatrzymali wskazanego przez dziecko Żyda. Oni też rozpowiadali plotkę o porwaniu. Motyw? Identyczny jak w hipotezie pierwszej: kompromitacja zbrojnej opozycji. 
Historycy wskazują jednak na ogół na innych organizatorów domniemanej prowokacji: krajowy (bądź lokalny) UB lub NKWD. Ubecy wykazali się zaskakującą nieudolnością w tłumieniu pogromu. Zazwyczaj energiczny Sobczyński 4 lipca 1946 unikał decyzji, ignorował sugestie podwładnych i prośby Żydów. Zgodnie z taką tezą UB manipulował tłumem, Błaszczykami, robotnikami z Huty Ludwików (którzy dołączyli do pogromu) oraz milicją. 
Relacje między MO a UB nie układały się wtedy najlepiej: milicji przeszkadzała dominacja bezpieki, dochodziło do konfliktów. Czy bezpieka potrafiłaby zorganizować pogrom rękoma skłóconej z nią milicji? – Nieudolność UB może świadczyć o prowokacji, ale i o zwyczajnym zaskoczeniu – mówi Falkiewicz. – Nagle zebrał się spory, agresywny tłum. Co więcej, pogrom nie był na rękę władzy ludowej. Wskazuje na to np. gwałtowna reakcja szefa MBP Stanisława Radkiewicza. Pokazowy proces był właściwie odcięciem się państwa od mordu.
Skoro nie MBP, to dlaczego na pogromie miałoby zależeć kieleckiej UB? Nikt chyba nie przypuszczał, że taka prowokacja przyniesie awans? 
A NKWD? Rosjanie mogli dzięki pogromowi odwrócić uwagę świata od sfałszowanego polskiego referendum z 30 czerwca (na tym mogło też zależeć rodzimym komunistom) i od procesu norymberskiego, gdzie akurat miano dyskutować o Katyniu. Wymowa była jasna: Polacy to antysemici i rasiści, więc potrzebują sowieckiej „silnej ręki”. 
Niektórzy badacze utrzymują, że NKWD posłużyła się służbami lokalnymi, bez wtajemniczania wyższych szczebli. Według świadków Sobczyński tuż po wybuchu zamieszek spotkał się z radzieckim „doradcą” kieleckiego WUBP, płk. Szpilewojem. Odtąd Sobczyński podejmuje tylko działania pozorne. Istotne może być też, że Sobczyński w czasie wojny szkolił się w ZSRR. 
– Był zapewne agentem NKWD – dodaje prok. Falkiewicz. To Sowieci naciskali w czasie procesu na uniewinnienie Sobczyńskiego. 
Trop radziecki ma wielu zwolenników. Były oficer Informacji Wojskowej Michał Chęciński, który w czasach PRL-u wyjechał na Zachód, pisał (w „Gazecie Wyborczej” z 5 lipca 2000 r.), iż „wiele poszlak wskazuje, że organizatorami pogromu kieleckiego byli sowieccy doradcy służb specjalnych w Polsce”, i że w posowieckich archiwach muszą być materiały na ten temat, dotąd niedostępne. 
I ostatnia, szósta teza, tzw. „kompilacyjna”: nie było prowokacji, a do pogromu doszło w wyniku zbiegu okoliczności. W Kielcach żywy był przedwojenny antysemityzm, Żydów utożsamiano z komunistami i Sowietami, obawiano się żądań zwrotu zajętego przez Polaków majątku. Nienawiść podsycały różnice materialne: w czasie pogromu tłum splądrował żydowskie magazyny żywności. W tej sytuacji plotka o porwaniu dziecka wystarczyła, by doszło do pogromu. Wojsko, MO i UB nie reagowały, bo obawiały się przekształcenia się zamieszek w rozruchy antyrządowe – milicjanci i żołnierze, zamiast bronić Żydów, przyłączyli się do tłumu. 
Często wspomina się też o pomocnictwie lub przynajmniej zaniechaniu ze strony lokalnego UB i MO. – Kieleccy funkcjonariusze nie zapobiegli przestępstwu, a swym zaniechaniem, brakiem zaangażowania ułatwili jego popełnienie – mówi prok. Falkiewicz. Przyczyny zaniechania? Brak wyobraźni, potęga plotki, niechęć do Żydów, osobiste uprzedzenia (sam Sobczyński był antyklerykałem i zarazem zajadłym antysemitą). 
– Osobiście nie przychylam się do żadnej z wersji: wszystkie są równorzędne – stwierdza prokurator Mielecki. – Pogrom na pewno był prowokacją, ale nie udało się znaleźć na to dowodów i... nie uda się. Ten, kto urządza prowokację, nie zostawia po sobie dokumentów. 

III.

Lata 90., cmentarz w Kielcach. 
Podczas pogrzebu do jednego z żałobników podchodzi mężczyzna. Jest poruszony śmiercią ich wspólnego znajomego. „Muszę wyjawić, co wiem o pogromie kieleckim” – mówi. Rozmówca, współpracownik Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, namawia go do złożenia zeznań. „W 1946 r. byłem pracownikiem kieleckiego Urzędu Bezpieczeństwa. Słyszałem rozmowy, z których wynikało, że pogrom w Kielcach przygotowali sami ubecy” – tak ponoć zaczął swą opowieść nowy, niespodziewany świadek.
Wróćmy do początku. Od czasu zakończenia drugiej wojny światowej Wojewódzki Komitet Żydowski w Kielcach przy ul. Planty 7 prawdopodobnie gromadził relacje dotyczące przestępstw popełnianych na Żydach na Kielecczyźnie. – W archiwach odnaleziono kopie dokumentów, które kielecki WKŻ wysyłał do Centralnego Komitetu Żydów Polskich w Warszawie. Ten przekazywał je do MBP – mówi prof. Witold Kulesza, dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN. 
Wśród takich relacji są skargi na kieleckie MO i UB, które nie reagują na napady (na ogół na tle rabunkowym, nie antysemickim), nie ścigają sprawców itd. Kielecki WKŻ informował Centralny Komitet w Warszawie, że np. „14 czerwca 1945 r. około godziny 20 dom Waldmana Hersza napadło czterech osobników uzbrojonych w krótką broń. Jeden wszedł do mieszkania i sterroryzował obecnych ośmiu mężczyzn. Pięciu udało się uciec, zaś dwóch zostało zabitych. Fakt zdarzył się koło posterunku, niedaleko w sklepie siedziało kilku milicjantów, którzy mimo strzałów nie interweniowali. Zabici zostali Enesman Izrael i Brotbeker Chill”.
W województwie kieleckim Żydzi żyją wtedy w poczuciu zagrożenia. Mnożą się napady, pobicia i morderstwa. W marcu 1945 – pięciu zabitych, miesiąc później – pięć napadów, 18 zabitych i 4 rannych Żydów. W czerwcu 1945 – trzy napady i 13 zabitych. Taką statystykę znaleźć można w wewnętrznym raporcie Departamentu Politycznego Ministerstwa Administracji Publicznej, przesłanym do MBP (opatrzonym klauzulą ściśle tajne). W tym „czarnym” rankingu Kielce zajmują pierwsze miejsce w Polsce. 
Co na to miejscowe MO i UB? O braku ich reakcji zaświadcza kolejny raport dla MBP: „Wykaz spraw rozpoznanych przez wojskowe sądy, w których zapadały prawomocne wyroki skazujące za prześladowania Żydów w czasie od dnia 2 lutego 1945 do 23 lutego 1946 r.”. Według tego dokumentu w kieleckim nie zapadł... ani jeden wyrok skazujący – także w tej negatywnej statystyce Kielce przewodziły.
Prokurator Falkiewicz: – Takie skargi przychodziły z całej Polski. Z reguły meldunek składał się z części opisowej: miejscowość, data, okoliczności śmierci Żydów i wreszcie narzekania na opieszałość władz: że oględziny przeprowadzono po dwóch dniach, że świadków przesłuchano po tygodniu. Jednak w Kielcach po każdym napadzie na Żydów wszczynano postępowanie, odbywały się oględziny, przesłuchania. A że bez efektu? Nawet dziś 80 proc. przestępstw pozostaje niewykrytych. 

IV. 

W jaki sposób wspomniane relacje trafiały do Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego w Kielcach? Z pewnością część żydowskich świadków czy ofiar agresji sama zgłaszała się na Planty. Poza tym poszkodowani, pozbawieni pomocy MO czy UB szukali wsparcia w swej lokalnej organizacji. Jednak część tych niezwykle szczegółowych relacji, skrupulatnie gromadzonych przez kieleckich Żydów i przesyłanych do stolicy, być może „wyciekła” z tamtejszego Urzędu Bezpieczeństwa. 
Jeśli rację ma wspomniany b. pracownik UB (prawdopodobnie kierowca), przebieg wydarzeń mógłby wyglądać – wedle siódmej już hipotezy – mniej więcej tak. 
Wiosna 1946. MBP ruga szefa UB w Kielcach: co się u was dzieje, są zabójstwa, nie ma sprawców? Ubecy dowiadują się, że raporty trafiają do Warszawy z kieleckiego Komitetu Żydowskiego. Skąd Komitet dysponuje taką wiedzą? Podejrzenie pada na żydowskich pracowników UB, którzy mieszkają na ul. Planty, gdzie mieści się również Komitet. 
Powstaje scenariusz akcji: trzeba wejść do budynku, zabrać wyniesione z UB dokumenty. I zlikwidować zdrajców. Chaos pogromu ma zapewnić bezkarność. A dzięki pokazowym procesom ludzi wyłapanych z tłumu można liczyć na poprawę niekorzystnych statystyk. 
Pretekstu dostarcza Walenty Błaszczyk, który kazał synowi powiedzieć, że porwali go Żydzi. Świadkowie opowiadali, że ojciec Henryka często pił alkohol z miejscowymi ubekami. W archiwach MSW nie znaleziono jednak dowodu, że Błaszczyk – jak czasem sugerowano – był agentem UB o pseudonimie „Przelot”. 
4 lipca około 10 rano milicjanci i żołnierze zaczynają przeszukiwać budynek. Żądają wydania broni – Żydzi posiadali kilka-kilkanaście pistoletów. Prawdopodobnie nie wszyscy oddają broń. Padają strzały. Według relacji niektórych polskich świadków, Żydzi pierwsi zastrzelili polskiego oficera, co rozjuszyło tłum. W pogromie zginęło dwóch Polaków – jeden cywil, drugich zwłok nie zidentyfikowano. Może był to ten oficer? – Zachowała się uboga dokumentacja z sekcji zwłok, która mówi, że mężczyzna ten zginął od ran postrzałowych. Rana wlotowa i wylotowa świadczy o tym, że strzelano do niego z góry. Nie wykluczam możliwości, że mieszkańcy budynku się bronili – mówi Krzysztof Falkiewicz. 
Nie można dziś ustalić, czy wśród osób, które na początku wtargnęły do budynku, znajdowali się ubecy. Prok. Falkiewicz: – Po milicjantach i wojskowych ruszył tłum. A kto w nim był, trudno powiedzieć. Świadkowie żydowscy w większości utrzymują, że w budynku byli jedynie mundurowi, którzy ich wyrzucali, wypychali kolbami na zewnątrz, gdzie czekał już tłum. 
Ubecka prowokacja na pewno nie zakładała aż 42 ofiar. Czy bieg zdarzeń zaskoczył domniemanych organizatorów? Czy UB osiągnął cel? Czy zabito podejrzewanych o zdradę funkcjonariuszy? Pogrom przeżył zastępca szefa powiatowego UB w Kielcach, a zarazem mieszkaniec Plant 7, porucznik Albert Grynbaum. Jak twierdzi Michał Chęciński, Grynbaum i jego kolega z PPR Henryk Ochin po pogromie zostali wezwani do Warszawy i zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. 
– Słyszałem o jakimś kierowcy z UB – mówi Krzysztof Falkiewicz. – Ale w aktach sprawy nie ma jego zeznań. Nie wiem, gdzie teraz jest, nie znam nawet jego inicjałów. Byłoby to istotne zeznanie, ale stara maksyma prawnicza mówi: »jeden świadek, żaden świadek«. W materiale dowodowym nie ma nic, co potwierdzało by jego rewelacje. 
Prokurator dodaje: – Jeśli to była prowokacja na wyższym szczeblu, to czy można tak swobodnie mówić przy szeregowym pracowniku o tym, że udało nam się „to” zrobić, albo nie udało? Trzeba podejść do tego ostrożnie. Choć byłby to z pewnością bardzo ciekawy świadek. Nikt dotąd w sposób tak jednoznaczny, otwarty o czymś takim nie wspominał.
W podobnym tonie wypowiada się prowadzący wcześniej śledztwo prok. Mielecki, choć zauważa: – Ja go chyba nawet przesłuchiwałem... Ale te zeznania nie były wiele warte. On może i słyszał jakieś rozmowy, ale na pewno nic o prowokacji.

V. 

O pogromie napisano dziesiątki monografii, nakręcono kilka programów i filmów. Szczególnie ciekawa jest historia jedynego filmu pełnometrażowego – złożonego z dwóch części dokumentu zatytułowanego „Pogrom”. 
Na przełomie lat 60. i 70. przyjechał do Kielc na wieczór autorski Bogdan Wojdowski, pisarz zajmujący się tematyką żydowską. Ktoś go poinformował, że Henryk Błaszczyk nadal mieszka w Kielcach. Pisarz spotyka się z nim, choć ten jak ognia unika spotkań z dziennikarzami i literatami. Wojdowski prosi: „Niech Pan wreszcie ujawni prawdę”. Błaszczyk odpowiada, że musi poradzić się matki i następnego dnia oświadcza: „Matka mi powiedziała: synu, ty tej prawdy nie ujawniaj, bo te ubowce jeszcze żyją i będzie koniec z nami”. Wojdowski wraca do Warszawy i opowiada o całym zdarzeniu swojemu koledze Andrzejowi Miłoszowi, dokumentaliście, bratu Czesława Miłosza. Ale wtedy nie było możliwości zrealizowania filmu na ten temat.
Dopiero w 50. rocznicę pogromu, na zamówienie TVP, powstaje dokument Miłosza. Latem 1996, na krótko przed emisją, Miłosz z Piotrem Weychertem przyjeżdża do Kielc, aby dokręcić jedno ujęcie domu przy Planty 7. W centrum Kielc spotyka przypadkiem Błaszczyka (występował już przed kamerą, ale unikał odpowiedzi), który niespodziewanie oznajmia: „Panie Miłoszu, chyba Bóg tak chciał, że ja pana spotykam, bo byłem u spowiedzi i ksiądz kazał mi całą prawdę o pogromie powiedzieć”. 
Tak powstaje trzecia część filmu, zatytułowana „Henio”. Relacja jest niepełna – wielu wydarzeń Błaszczyk nie pamięta – ale ma wartość dokumentu. Henio wreszcie przemówił, wyznał, że to ojciec kazał mu mówić, iż porwali go Żydzi. „Byłem dziecko niewinne, ale czuję się jakbym był winny” – mówi z płaczem Błaszczyk. „Henia” telewizja pokazała dopiero po kilku latach od rocznicy wydarzeń w Kielcach, bez informacji, że to trzecia część filmu „Pogrom”.
W historii Błaszczyka nadal jednak pozostaje sporo niewiadomych: czy furman, który 1 lipca 1946 r. podwiózł małego Henia do Pielaków, gdzie mieszkali znajomi jego rodziny i gdzie Henio „zniknął” na kilka dni, był przez kogoś podstawiony? Dlaczego chłopiec po powrocie najpierw wskazał na Antoniego Pasowskiego, sąsiada Błaszczyków, jako na tego, który miał go przetrzymywać? Dlaczego Henio razem z rodziną był więziony w kieleckim UB od 4 lipca 1946 aż do 17 lutego 1947? Odpowiedzi prawdopodobnie nie poznamy nigdy.

VI. 

Henryk Błaszczyk zmarł w marcu 1998. Był jedną z ostatnich osób, których zeznania wniosły coś naprawdę istotnego do śledztwa IPN. Raczej nie uda się to opisanej wyżej „siódmej hipotezie” – przede wszystkim dlatego, że opiera się na relacji, o której mówi się jedynie nieoficjalnie: nie ma jej w aktach sprawy, a prowadzący śledztwo negują jej wagę. Niestety, bezpośredni kontakt z tajemniczym „kierowcą” okazał się niemożliwy. 
Trzeba pamiętać, że w przypadku pogromu kieleckiego wszelkie hipotezy mają sporo luk i znaków zapytania. Zawierają jednak ułamki prawdy o wydarzeniach z 4 lipca 1946 r. – i nawet jeśli prokuratorzy, historycy czy dziennikarze nigdy nie ustalą ich prawdziwego przebiegu, wartość mają już relacje świadków (choćby tak niesamowite jak „siódma hipoteza”), dokumenty i opracowania, do których poszukiwacze prawdy o pogromie dotarli. 
I choć nie zapadnie wyrok skazujący, to śledztwo IPN-u jest moralnym obowiązkiem – wobec umarłych i żywych.
Czy sprawę pogromu uda się kiedyś ostatecznie wyjaśnić? Dopóki żyje ostatni świadek, jest zawsze cień nadziei. W każdym razie dziś można w każdej chwili i bez lęku zgłosić się do IPN i złożyć zeznania. 
Czasu jest coraz mniej. 

VII.

– Mimo tak wielu różnych hipotez o prowokacji – kończy prokurator Krzysztof Falkiewicz – nie zapominajmy o jednym: że pogromu dokonali zwykli ludzie. Szokuje ich okrucieństwo – kilka osób zastrzelono, innych rozmiażdżono kamieniami, deskami z gwoździami, rozszarpano. Jak wielka była nienawiść do Żydów...
Jak potoczy się dalej śledztwo IPN? – Do tej pory nie znaleziono dowodów, które w pełni potwierdzałyby którąkolwiek z hipotez – potwierdza prokurator. – Kończę przesłuchiwać robotników z Huty Ludwików, ich zeznania nie wnoszą jednak nic nowego. Spróbuję też zbadać Centralne Archiwum Wojskowe w Rembertowie – chodzi o udział w pogromie żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i 2. Dywizji. Nie spodziewam się sensacji; raczej nie pozostały tam żadne raporty.
I dodaje: – Jednak wniosek, że nie można niczego jednoznacznie stwierdzić, też jest cenny. Muszę opierać się na faktach, nawet, jeśli jest to sprzeczne z oczekiwaniami opinii publicznej. Akt oskarżenia? Po zakończeniu śledztwa o akcie oskarżenia nie może być mowy, bo wszyscy ewentualni podejrzani nie żyją. Ale jednego będę pewien: znaleziono wszystkie dowody, które można było znaleźć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl