Zgorszenie

Halina Bortnowska


Słowa ewangeliczne, których słuchamy z lękiem i jakby zdziwieniem – nie pasują do „słodkiego Jezusa”. Tu ukazuje się On jako prorok, który ostrzega: „Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18,7). „Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu na szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu jednego z tych małych. Uważajcie na siebie” (Łk 17,1n).
Zgorszenie to bezpośredni kontekst tajemnicy nieprawości, uchwytna dla rozumu otoczka tego, czego nie potrafimy nigdy zgłębić. Tajemnica stawia opór i rozumowi, i wyobraźni. Możemy jej obecność wskazywać; próby opisu pozostają nieadekwatne.
Nieprawość, niegodziwość jest tajemnicą. Nie możemy do końca pojąć, jak człowiek może przeciwstawić się dobremu porządkowi świata, ani skąd w tym porządku straszliwe wyrwy, skąd zło – brak dobra, tak bolesny i właśnie gorszący. Jak to jest, jak to możliwe, że człowiek potrafi ów brak dobra pomnażać, odwrócić się od tego, co godziwe i prawe? Czy nie łatwiej byłoby przyjąć, że nie ma dobra i zła, jest tylko chaotyczna mieszanina impulsów, pragnień i tęsknot? Przeciwstawia się tej pokusie przeświadczenie, że mamy jednak doświadczenie, potężne, niezbite doświadczenie dobra, a także jego braku. Pozostaje więc uznanie tajemnicy i faktu, że jedną z przerażających postaci tajemnicy jest ludzka niegodziwość. Mnie osobiście odpowiada obraz, jaki nakreślił Marcin Luter. Grzesznik owładnięty nieprawością to człowiek zakrzywiony ku sobie – homo incurvatus in se. Ta tajemnicza krzywizna oznacza odmowę, negację, przez którą rośnie wewnętrzna pustka. Ta pustka jest drapieżna, walczy z tym, co chciałoby ją wypełnić. Odpycha dobro, usiłując jednocześnie je skazić, zatruć, pognębić.
To jest zgorszenie: efekt kontaktu z nieprawością, która stawia na swoim. Można się pocieszać, że to tylko do czasu, że przyjdzie dzień, gdy to się odwróci. Ale oczekiwanie bardzo się dłuży. Zgorszenie może rosnąć i doprowadzić do rezygnacji z nadziei. Wtedy nieprawość tryumfuje po raz drugi.
Gorszenie ludzi jest formą antyświadectwa. Bóg chce, abyśmy pomagali doświadczać dobra. Gorszyciel czyni rzecz odwrotną. Ci, którzy mu zaufali jako świadkowi dobra, dowiadują się, że kłamał: przez pozory, przez sztafaż przeziera niegodziwość.

Groby pobielone

Istnieje oczywiście zjawisko podobne do zgorszenia i nawet tak nazywane – zgorszenie określane jako „faryzejskie”. Chodzi o zgorszenie dobrem – dobrem nierozpoznanym jako dobro, bo zbyt nowym, niespodziewanym i sprzeciwiającym się stereotypom, konwenansom, całej wewnętrznej sztywności „dobrze myślących”, przekonanych o własnym moralnym autorytecie. Takie zgorszenie wywoływał wśród faryzeuszy sam Jezus. Korzeń zgorszenia tkwił w gorszących się, nie w ich rzekomym gorszycielu. Powinni byli rozpoznać dobro i jego znaki. Byli to przecież ludzie w zasadzie kompetentni moralnie, obeznani w sprawach ducha. A jednak Jezus nazwał ich „grobami pobielonymi”. Ich zgorszenie z dobra wskazywało na wewnętrzną pustkę pełną zgnilizny. To ta pustka dyktowała reakcję obronną wobec prawdy. O takie gorszenie się warto posądzać siebie: może nie rozpoznaję szokującego mnie dobra? Może wolę „bulwersować się” niż zastanawiać?
Doznając zgorszenia – i zapewne cierpiąc z tego powodu – faryzeusze potrafią pocieszać się własną racją. Oni nie zginą. Jezus jest wobec nich surowy, ale na pewno surowszy był wobec gorszycieli „maluczkich”, wobec tych, co zabijają nadzieję na dobro.
Lepiej się nie narodzić niż coś takiego komuś uczynić. W tym ostrzeżeniu kryje się straszny gniew Boga za krzywdę, jaką jest utrata wiary w dobro, utrata ufności pokładanej w tych, którzy dobro głoszą. Odpowiedzialność za to spada na gorszycieli. Jezus ujmuje się za „maluczkimi”, bezbronnymi wobec pokusy zgorszenia.
To faryzeusze-nauczyciele byli powołani do opieki nad „maluczkimi”. To oni powinni przygotować tych ludzi do konfrontacji z ukrytą niegodziwością, do tego, że niekiedy otwierają się pobielane groby. Nie czynili tego. Może wygodniej im było działać wśród ludzi nie osiągających dojrzałości w wierze? Jeśli by tak było, to za naiwność powodującą bezbronność wobec zgorszenia też ktoś jest odpowiedzialny; gorszyciele mają wspólników.

Biada światu dla zgorszenia

Wierzę, że los świata byłby inny, gdybyśmy częściej podtrzymywali się w dobru zamiast gorszyć innych i gorszyć się innymi.
Świat ma swoich gorszycieli. „Świat”, znaczy tu: jakaś, w moim poczuciu raczej sztucznie wydzielona przestrzeń laicka, otaczająca Kościoły chrześcijańskie. W rzeczywistości ta przestrzeń jest dość gęsto przetkana ludźmi, którzy od chrześcijaństwa czegoś oczekują. Wśród innych wyznawców i promotorów wartości, gorszycielami dla świata bywają przede wszystkim chrześcijanie; ci z nich, którzy chcą lub godzą się reprezentować chrześcijańskie wartości i zasady. Dlaczego tak myślę? Bo sądzę, że najskuteczniejszym nośnikiem zgorszenia jest obłuda.
Kontakt z podłością, z bezczelną, jawną niegodziwością, będącą jakoby przejawem „realizmu”, też powoduje wstrząs. Doznawali go już psalmiści, pytający Boga „Czemu tryumfują bezbożni?”. W cynizmie tkwi pokusa. Ale groźniejsza jest chyba obłuda. Obłuda niby chroni przed kontaktem ze złem – ale do czasu! Cynizm częściej budzi gniew i chęć obrony. Obłuda prowokuje do rozpaczy i rezygnacji, powoduje i uzasadnia cynizm. Może rzeczywiście bywa ostatnim hołdem składanym cnocie, ale jest to hołd zdradziecki.

Świadectwo pokuty

Świat byłby już bez reszty pogrążony w mroku, gdyby nie prawdziwa ostatnia szansa, otwarta dla maluczkich i nawet dla ich gorszycieli. Istnieje pokuta, prawdziwa pokuta. Pokutę głosili prorocy i nasz prorok, Syn Boży Jezus. Znają ją wszystkie religie. Pokuta to dzieło naprawy porządku przez przylgnięcie do prawdy, przez rozpoznanie zniszczenia i żal nad nim.
Gorszyciel staje się pokutnikiem, gdy uzna, że dał innym powód do wejścia na straszną drogę zwątpienia w istnienie dobra; gdy pożegna się z obłudą i jawnie przyzna, że jego dziełem jest antyświadectwo. Że zawiódł, choć może tego nie chciał, ale śmiercionośny zawód jest realny i obciąża gorszyciela.
Wracam tu do starej zasady, niestety mało praktykowanej: za publiczne winy ludzie mają prawo oczekiwać publicznej pokuty. Pokuty, której fakt do nich dotrze, lecząc rany zadane przez gorszyciela.
Pokuta jest świadectwem, potężnym świadectwem, że żyje to, co zostało zanegowane. Że żarłoczna pustka nie wygrała, dobro, przebaczenie, miłosierdzie ma szansę, by ją wypełnić.
Ogromnie trudno nauczyć się pokuty i zdobyć się na nią naprawdę. Może więc lepiej nie organizować aktów pokuty, jeśli mają być obłudne? Obłudna pokuta to jeszcze jeden tryumf niegodziwości. Ale kto może być sędzią serc? Tylko Bóg. Łatwo uznać czyjąś pokutę za obłudną, jeśli jeszcze bolą rany zadane przez dziś pokutujących. Jest takie niebezpieczeństwo. Coś trzeba Bogu zostawić, inaczej nie będzie końca, trucizna znajdzie nowe drogi przenikania. Nie zwalnia to pokutujących od obowiązku szczerego zabiegania o wiarygodność. Dlatego w pokucie trzeba być dla siebie twardym, tropić własną obłudę do ostatniego ziarna, które zdoła się dostrzec. Nie wypada prosić o delikatność, wytykać jej brak.

Oburzeni

Gdy jedni się gorszą, inni czują żal i oburzenie skłaniające nie do cynizmu, lecz do aktywnej postawy wobec odkrywanej niegodziwości. Paradoksalnie – oburzenie jest bardziej niebezpieczne niż ciche poddanie się zgorszeniu. Niebezpieczne po ludzku, bo wyrażanie oburzenia budzi gniew wpływowych gorszycieli i faryzejskie zgorszenie zwolenników strategii dopuszczającej obłudę. Oburzenie psuje tę grę. Można je ugasić tylko odpowiednią pokutą (i to niestety nie zawsze, nie od razu).
Pokutować powinien gorszyciel, swoim uznaniem prawdy o sobie, żalem, próbami zadośćuczynienia może wielu przywrócić utraconą wiarę w siłę dobra. A co począć, jeśli gorszyciel nie chce lub nie zdoła podjąć pokuty? Samo ukaranie winnego nie zastąpi pokuty. Skoro pokuta jest konieczna, muszą ją publicznie podjąć inni, choćby w najodleglejszy sposób współodpowiedzialni za zgorszenie. Ich hojność w szczerej, wiarygodnej pokucie może coś wynagrodzić.

*

To rozważanie powstało w związku ze „sprawą poznańską” i tak też będzie czytane. Dla mnie ta sprawa nie jest zakończona. Jej sednem nie są czyjeś seksualne „słabości” czy utrata kontroli nad własnym postępowaniem; chodzi tu o krzywdzenie ludzi, o niegodziwe wykorzystywanie kościelnego stanowiska i obłudną strategię obrony. W tym właśnie widzę brak troski o zgorszonych i o Kościół. Są oczywiście w Kościele inne wielkie zgorszenia; jest na przykład chciwość i pycha duchownych, praktykowana bezkarnie i jawnie ze szkodą wiernych, z ich zgorszeniem – czego dowodem jest rozrastający się antyklerykalizm w Kościele i wokół niego. I ta sama strategia: to inni są winni, winien jest laicki świat, który krytykę nagłaśnia. Papież też krytykuje, ale Jego łagodnych wyrzutów prawie nie słychać!
I wreszcie to, co mnie osobiście gorszy rzeczywiście, nie odbierając wiary, lecz znaczną cząstkę nadziei – nadziei na udział w dobrym posługiwaniu. Tracę tę nadzieję obserwując od lat cierpliwą tolerancję wobec udziału księży w szerzeniu i utwierdzaniu antysemityzmu. Szerzenie nienawiści do Żydów ma być ich prywatną sprawą, nawet wtedy, gdy tę nienawiść wpuszczają do przedsionka kościoła i na ambonę. Jak w Jedwabnem. Nie kiedyś. Teraz. Piszę to i wiem, że usłyszę: „lepiej milczeć”, „po co to nagłaśniać”. I rzeczywiście. Po co? Skoro i tak nic to nie da. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl