Eurorozsądek episkopatu

Jacek Woźniakowski


Język życia publicznego nie szczędzi nam na co dzień przemilczeń, przekrętów i przeinaczeń. W atmosferze zbyt często mglistej i grząskiej tym mocniej pragniemy rozjaśnień, dopowiedzeń, twardego gruntu pod nogami. Z tym większą radością czytamy dokument ostatniej Konferencji Episkopatu Polski, pt. „Biskupi polscy wobec integracji europejskiej”. Dokument – w odróżnieniu od niektórych listów pasterskich – zwięzły, zwarty i krystalicznie przejrzysty. Nie ma żadnych wątpliwości, że nasz episkopat – idąc w ślady papieża – ze spokojną rozwagą i mocnym przekonaniem popiera wejście Polski do Unii Europejskiej. Niektóre argumenty biskupów wydają się tak oczywiste, że niemal banalne, ale nie zmienia to ich doniosłości. Zresztą czy ta oczywistość była nią zawsze dla wszystkich, czy jej powszechność nie jest raczej owocem ostatniego pontyfikatu? Piszą biskupi: „Kościół wspiera działania jednoczące, które respektują fundamentalne prawa człowieka, służące integralnemu rozwojowi osoby ludzkiej...”. Czy jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie mówiono by raczej o „fundamentalnych prawach Kościoła”, które stanowiły jakby probierz sensowności wszelkich innych praw?
Biskupi kilkakrotnie wracają do owych „podstawowych praw osoby ludzkiej”, które stanowią rdzeń dobra wspólnego, także narodowego, i w tej kwestii znakomicie formułują pogląd, który każdy Polak winien gruntownie przemyśleć i przyswoić. Dotyczy on narodowej tożsamości, o czym różni działacze dyskutują z takim lękiem, jakby tożsamość była parasolem, który można przez nieuwagę zgubić w tramwaju (w tramwaju historii, oczywiście). Inni znów drżą o tożsamość, nieświadomie identyfikując ją z egoizmem, jakby niepomni najprostszego ludzkiego doświadczenia: czy dobre małżeństwo dławi tożsamość męża i żony, czy też ją rozwija, pozwalając obu osobom dojrzewać?
Biskupi nie boją się tramwajowej zguby. Stwierdzają po prostu, że konieczne zachowanie suwerennej tożsamości oznacza „respektowanie tożsamości innych narodów i pociąga za sobą prawo współdecydowania o kształcie przyszłej Europy”. I dalej: trzeba wielowiekowe dziedzictwo „naszego narodu zachować, pogłębić i przenieść w nowe tysiąclecie. Stanowi ono nasze bogactwo, którym chcemy się dzielić z innymi narodami naszego kontynentu, otwierając się jednocześnie na bogactwo spuścizny duchowej innych narodów”. Oby Polacy, i duchowni, i świeccy, zawsze umieli mówić i myśleć takim językiem. Chwilę później w dokumencie Episkopatu czytamy o międzynarodowej współpracy i współzależności, i nie mamy wątpliwości, że biskupom chodzi o to, by nieuchronna i owocna współzależność – tarcza rzeczywistej suwerenności – nie wynaturzała się w znaną nam boleśnie z przeszłości zależność.
Biskupi wcale nie sądzą, że ta współpraca pójdzie jak z płatka. Przewidują długi i mozolny proces dojrzewania społecznego, potrzebę niejednej ofiary i wyrzeczenia, patrzą w przyszłość realistycznie, ale i z optymizmem: módlmy się (mówią), by nasz kontynent „stawał się coraz pełniej nie tylko wspólnotą gospodarczą i polityczną, lecz nade wszystko prawdziwą wspólnotą ducha”. Tu rolę kluczową winno odegrać chrześcijaństwo, zarówno przez swoje konkretne postulaty, m. in. dotyczące rodziny, jak też burząc mury uprzedzeń i wrogości między ludźmi i umacniając „chrześcijańską nadzieję, która jest źródłem duchowej siły, bez której nie ma przyszłości”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl