NOTATKI
Bronisław Mamoń
Malarz spraw ostatecznych
Galeria Sztuki „Wirydarz” (Lublin, ul. Narutowicza 8) eksponowała w marcu malarstwo i rysunek Kiejstuta Bereźnickiego, wybitnego malarza, związanego z środowiskiem plastycznym trójmiasta. Jest profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku i twórcą tzw. „Szkoły Sopockiej”.
Urodził się w 1935 r. w Poznaniu. Studia artystyczne odbywał w PWSSP w Gdańsku. Dyplom uzyskał w r.1958, w pracowni prof. Stanisława Teisseyre’a. od 1960 r. pracuje w PWSSP (obecnie ASP) w Gdańsku. Od 1958 r. uczestniczy regularnie w pokazach zbiorowych i indywidualnych sztuki polskiej w kraju i za granicą. Za twórczość malarską był wielokrotnie nagradzany. „Obraz – zwierza się artysta – nie jest notowaniem tego czasu, w którym powstaje. Jest wywoływany z pamięci, jest syntezą, sumą różnych elementów”.
„Kiejstut Bereźnicki – napisała o nim Katarzyna Jankowiak – to malarz spraw ostatecznych, czasu minionego, lub tego, który za chwilę upłynie i nieuchronnie przyjdzie go zaliczyć do wieczności. W obrazach czasu i przemijania »ukryta jest cała ludzka bieda, zagadka życia, dla której nie ma prostej odpowiedzi czy rozwiązania. Zawsze będziemy skazani na świat człowieczy i wszystkie ograniczenia, jakie się z tym wiążą. Tutaj musimy szukać sensu, ładu i bogactwa«. Te ład i spokój Kiejstut Bereźnicki z pewnością odsłania w swoich obrazach”. Niezależnie czy są to martwe natury, portrety czy sceny rodzajowe.
„Patrząc na obrazy Kiejstuta Bereźnickiego – mówi Paweł Huelle – widzę w nich zaproszenie do medytacji. Ich rytm, ich wewnętrzna cisza, wreszcie nieustanne pogłębianie kilku zaledwie, ale niesłychanie ważnych motywów egzystencji, są jak powrót do źródeł. Nieuchwytność przemijania, zdumiewające misterium czasu, światło wydobywające kształty i barwy z nieistnienia, pamięć dawno już zaginionych przedmiotów, ludzi, sytuacji, wszystko to artysta zamyka w formach dopracowanych z niezwykłą finezją, a równocześnie prostotą i powagą. Ten jego własny, niepowtarzalny styl, ugruntowany przez wiele lat pracy, wydaje się być przemyślaną odpowiedzią, mocno i ciepło brzmiącym głosem w chaosie współczesnej agory. Na pytanie, jakiej sztuki trzeba nam w XXI wieku, odpowiem więc najprościej – właśnie takiej”.
Kane i Szekspir
Krzysztof Warlikowski, należący do czołówki reżyserów teatralnych młodego pokolenia, w rozmowie z Agnieszką Fryz-Więcek („Skondensowany strach”, „Didaskalia”, nr 47) opowiada o powodach zainteresowania twórczością Sarah Kane, która w ostatnich miesiącach stała się najbardziej modną autorką na polskich scenach. Autorką, która szokuje i przeraża, odsłaniając najbardziej mroczne strony duszy ludzkiej. (Warlikowski razem z Jackiem Poniedziałkiem przełożył „Oczyszczonych” Sarah Kane, a później ich wyreżyserował w trzech teatrach: we Wrocławiu, Poznaniu i Warszawie.) „Pracując nad tym tekstem – zwierza się Warlikowski – uświadomiłem sobie, jak bardzo wychodzi on naprzeciw moim rozmyślaniom na temat tego, co powinienem robić z tekstem – ubezpośrednić go do granic zatracenia teatru. Chcę, aby teksty Koltesa, Eurypidesa czy Szekspira aktorzy wygłaszali zwyczajnie, na wyciągnięcie ręki od ludzi, patrząc im w oczy. Nie chcę chować się za estetyzmem, patosem, wielkimi rozwiązaniami inscenizacyjnymi. To rodzaj piwnicznego teatru, nory, w której widzowie postawieni zostają bardzo blisko siebie, gdzie publiczności zaczyna wręcz ciążyć aktor, który jest za blisko z jego oddechem, jego zapachem. Sarah Kane posiadła umiejętność pisania wprost, bardzo szczerze, dotykając i raniąc przy okazji. To, co wcześniej próbowałem robić z rozmaitymi tekstami, było sprawdzaniem, czy zachowały one nadal siłę oczyszczającą, czy sceny Szekspira coś jeszcze niosą poza konwencją, która była przeznaczona dla widzów jego epoki. Czy jest tam jeszcze coś więcej, głębiej, co żyje własnym życiem”.
(m)
|