„Warszawa środkiem ustali się świata”

Czesław Miłosz



Chcę poruszyć sprawy dziwaczne, jakkolwiek, moim zdaniem, aktualne. Mianowicie zastanowić się nad związkiem Polski międzywojennej z tym, co ją poprzedzało, czyli usposobieniem inteligencji polskiej i jej literatury sprzed roku 1914. Ta łączność czy też ten kontrast wymykały się badaniom z różnych powodów, przede wszystkim ze względu na to, że za PRL-u raczej należało te współzależności zamglić niż wyodrębnić.


Niedawno w wywiadzie usłyszałem twierdzenie, że przecież w okresie Dwudziestolecia „Wiadomości Literackie” odgrywały w Polsce ogromną rolę, jako jedyne pismo utrzymujące naszą łączność z Zachodem. Na to odpowiedziałem, że tak, ale niezupełnie. Bo tuż obok kłębiło się od prądów myślowych zupełnie innych, przeważnie monopolizowanych przez narodową prawicę i słabo artykułowanych, czego przyczyną była tejże prawicy umysłowa niemrawość. Te przeróżne idee sięgały swoimi korzeniami Młodej Polski, były jej kontynuacją.
Zdolny jestem obronić tezę, że inteligencja polska i jej literatura były znacznie mniej prowincjonalne przed rokiem 1914 niż po tej dacie. Zaszły zmiany niezmiernie trudne do określenia i nazwania. Książki polonistów z Uniwersytetu Jagiellońskiego, przede wszystkim prof. Marii Podrazy-Kwiatkowskiej, wskazują na powagę problemów filozoficznych Młodej Polski oraz na obecność Galicji w ogólnoeuropejskim obiegu, dzięki stolicy w Wiedniu oraz znajomości francuskiego wśród klas oświeconych. Czytano i dyskutowano Schopenhauera, Nietzschego, Bergsona. Druga moja teza, której też gotów jestem bronić, głosi, że język młodopolski został dotknięty dziwną skazą, która przyczyniła się do potępienia prawie całej Młodej Polski po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku.
Ale w istocie o czym przede wszystkim należałoby mówić, to o olbrzymim wpływie poezji Juliusza Słowackiego, właśnie wtedy, przed 1914, o lekturach „Króla Ducha” i o żywotności romantycznego mesjanizmu. Słowacki dopiero wtedy, a nie za pozytywizmu, triumfował. A Wyspiański też przecie należy do kręgu tych marzeń i to nie tylko w „Weselu”.
Tu jest miejsce, żeby przywołać postać Stanisława Brzozowskiego. Jego znaczenie dla umysłowości polskiej przed I wojną światową nie ulega kwestii. I „Legenda Młodej Polski” znajdowała się w niejednym plecaku legionistów Piłsudskiego. Po wojnie natomiast, jeżeli niekiedy pisały o nim „Wiadomości Literackie”, to wyłącznie z powodu tzw. sprawy Brzozowskiego, czyli posądzenia o rzekomą współpracę z Ochraną. Co prawda w latach 20. jeszcze zmagali się z jego swobodną interpretacją marksizmu polscy komuniści i, jak podaje Aleksander Wat, w Partii zadawano nie raz pytanie: „Czy już przezwyciężyłeś Brzozowskiego?” Co oznaczało, że był uważany za ojca wszelkich dewiacji. Później jednak, jeżeli mówiono w ogóle o Brzozowskim, to na prawicy, wykorzystując jego „Pamiętnik”, w którym przyznawał się do katolicyzmu.
Brzozowski w mojej młodości potężnie na mnie oddziałał, podobnie jak oddziałał na mojego rówieśnika Kazimierza Wykę. Oddziałał przede wszystkim przez rozważania o historii i niewątpliwie w moich zmaganiach z heglistą Krońskim mój opór w dużym stopniu pochodził z wierności Brzozowskiemu (czyli jednak komuniści mieli rację). Oczywiście sprowadzenie światopoglądu Brzozowskiego do jakiejś względnie prostej myśli jest niemożliwe, chodzi jednak o sam wymiar jego problematyki i jej zasięg. Zrozumienie tego popchnęło mnie w 1962 roku w Berkeley do napisania książki „Człowiek wśród skorpionów”. Razem z komunizmem i jego jakim takim rynsztunkiem intelektualnym, Brzozowski przeminął jednak tak dokumentnie, że moja książka, chociaż jej nowe wydanie jest na rynku, musi być dla młodych pokoleń zupełną abrakadabrą.
A przecie Brzozowski to stała i mocna więź z polskim romantyzmem, bezustanne rozpamiętywanie jego sensu i nawet, w jednym z mało dla nas zrozumiałych skoków w jego filozoficznym życiorysie, książka „Filozofia romantyzmu polskiego” pochodząca z 1906 roku. Krótko mówiąc, Brzozowski wierzył, że historia ludzkości, czyli cywilizacja przez nią tworzona, ma sens i że historia Polski ma sens. Jest to twierdzenie najzupełniej obce dzisiejszemu Zachodowi, który najwyżej słowami Fukuyamy zapewnia, że obecna demokracja i konsumpcja to cel całej historii. Całkowita obojętność dzisiejszych Polaków na pytania o cel historii musi nieco dziwić, zważywszy, że jest Polak najzupełniej innego zdania i nawet powszechnie wielbiony, czyli Jan Paweł II. Widocznie jego poglądy wyrażone w encyklikach, na przykład w encyklice „Fides et ratio”, nie mają dla jego rodaków żadnego znaczenia.
Powrotu do pytań o cel historii i cel dziejów Polski w polskim dzisiejszym piśmiennictwie nie uświadczysz. Wielka w tym oczywiście odpowiedzialność polskiej tzw. myśli narodowej, która skaziła katolicyzm łącząc go z ideałem „Polaka katolika” i kierując jego uwagę ku różnym głupawym lękom przed obcością. Jeżeli w Dwudziestoleciu nastąpiło obniżenie poziomu dyskusji o dziejach Polski do populistycznych hec, to dzisiaj nic nie zdaje się zapowiadać, że uczniowie Dmowskiego trochę zmądrzeli.
Jestem jak najdalszy od mierzenia prądów umysłowych tym, co dzieje się w tzw. piśmiennictwie oficjalnym. Dziedzictwo romantyzmu (i mesjanizmu) ma bardzo mocne życie w świadomości czy nawet podświadomości zbiorowej i żeby się o tym przekonać, wystarczyło spędzić lata okupacji niemieckiej w Warszawie. Bo przecie pokrzepieniem i nadzieją były utrwalone w romantycznych poematach pojęcia i mity. I nawet ich ślad widziałbym w śpiewanej przez grajków ulicznych piosence zaczynającej się słowami:

Dnia pierwszego września roku pamiętnego
Napadł wróg na Polskę z nieba wysokiego.


A „Pamiętnik” Andrzeja Trzebińskiego, nieszczęsnego i dzielnego chłopca, członka organizacji skrajnej prawicy, dowodzi, że z przemijaniem Brzozowskiego i stawianych przez niego pytań rzecz nie jest prosta. Mój krewniak Oskar Miłosz gdzieś cytuje opinię znajomego Polaka, usłyszaną w latach 20., która wydałaby mi się groteskowa, gdybym dokładnie takiej samej nie usłyszał w okupowanej Warszawie:
„Prawdziwa Polska, proszę Pana, Polska powołana do odegrania na ziemi roli Chrystusa Narodów, Polska religijnego, politycznego i społecznego odkupienia wszechświata, będzie czymś zupełnie innym niż mała dzisiejsza Polska o trzydziestu milionach mieszkańców. Trzydzieści milionów! Wiedz Pan, że Prawdziwa, nasza Polska, żeby godnie wypełnić rolę wyznaczoną jej przez Opatrzność, powinna najpierw włączyć do swego terytorium nie tylko małe, zbuntowane województwo kowieńskie, ale wszystkie kraje bałtyckie, łącznie z Finlandią. To jeżeli chodzi o północ. Na wschodzie powinna zabrać Białoruś. Na południu jej władza rozciągać się będzie na całą Ukrainę aż po Pontus Euxinus. Od morza do morza, proszę Pana. Taki jest w kilku słowach nasz program. Ani piędzi ziemi mniej. Ale jest i coś innego. My, jako obywatele wielkiego mocarstwa na wschodzie, mamy uzasadnione obawy co do zdolności przetrwania małych państw. Co stałoby się z Czechosłowacją, Rumunią, z Półwyspem Bałkańskim, gdyby zostały pozbawione naszej opieki? Trzeba więc, aby te kraje wcześniej czy później zgrupowały się zgodnie wokół Wielkiej Polski. Tytuł »obywatela polskiego« ma rozbrzmiewać na powierzchni całego globu i wzbudzać podziw i szacunek, które niegdyś otaczały miano obywatela rzymskiego. Polska jest ukochaną córką Boga. Na jej ziemi Duch Święty wzbudził najczystszych proroków naszych czasów i swoim cierpieniom zawdzięcza ona uprzywilejowane miejsce w sercu niebieskiego Ojca. Wszyscy inni mieszkańcy tego świata są stworzeniami ziemskimi. My jedynie zasługujemy w tym już życiu na tajemnicze miano Niebian”.
Był to nota bene dokładnie program mocarstwowy organizacji Bolesława Piaseckiego, do której należał biedny Trzebiński.
Cytowanie tego rodzaju wypowiedzi wygląda na tanie szyderstwo, teraz, kiedy narodowe samopoczucie Polaków jest bardzo niskie. Ale tutaj warto wspomnieć o czymś innym, o wielkiej popularności za czasów II wojny tzw. przepowiedni Wernyhory, która dodawała nadziei w momentach zupełnej rozpaczy. Gdyby lepiej ułożyły się losy Polski po roku 1945, na pewno dyskutowano by wiele o genezie i treści tej przepowiedni. Zdumienie ogarnia, kiedy się pomyśli, że teraz ta przepowiednia albo jest zupełnie zapomniana, albo nadal krąży potajemnie, przekazywana z rąk do rąk. W czasie wojny nikt nie znał jej pochodzenia i zdawało się, że ktoś ją właśnie w Polsce napisał na doraźne potrzeby krzepienia serc, do tego stopnia ten polski Nostradamus zgadzał się z wypadkami II wojny. Ale opublikowano ją po raz pierwszy we Lwowie w 1912 roku w „Gazecie Narodowej” i podobno jest to zapis seansu spirytystycznego, przechowywany w Bibliotece Ossolińskich we Lwowie. Seans miał odbyć się w roku 1893, we dworze Władysława Wielogłowskiego w Tęgoborzy. Wierszowaną przepowiednię podyktował „duch Mickiewicza”. Osiemnaście czterowierszów wymaga interpretacji. I jak to bywa z przepowiedniami, niekiedy nie możemy zrozumieć, do czego dany czterowiersz się odnosi. Większość jednak prawie dokładnie zapowiada wybuch pierwszej wojny światowej, powstanie niepodległej Polski, Dwudziestolecie międzywojenne, powstanie nazizmu:

Gdy czarny orzeł krzyża znak splugawi
skrzydła rozłoży złowieszcze,
dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
siła przed prawem jest jeszcze.


Jest też zapowiedź klęski Niemiec hitlerowskich:

Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje,
gdy oczy na wschód obróci,
krzyżackie swoje szerząc obyczaje
z złamanym skrzydłem powróci.


Po czym zbliżamy się do wydarzeń jakby oznaczających pakt Ribbentropa z Mołotowem, co prawda w wielkim skrócie:

Krzyż splugawiony razem z młotem padnie, 
zaborcom nic nie zostanie,
mazurska ziemia znów Polsce przypadnie,
a w Gdańsku nasz port powstanie...


Łatwo odgadnąć, jak słodko brzmiały te słowa w uszach czytelników przepowiedni w okupowanej Warszawie. A także kiedy znaleźli w 1942 roku zapowiedź bitwy pod Stalingradem:

(...) gdy orzeł z młotem zajmie cudze łany,
nad rzeką w pień jest wycięty.

No i wersy dla ówczesnych Polaków niezrozumiałe, np.:

Trzy rzeki świata dadzą trzy korony.
Pomazańcowi z Krakowa,
cztery na krańcach sojusznicze strony
przysięgi złożą mu słowa.


To przecie mitra papieska mająca trzy korony i polityka wschodnia Jana Pawła II. A dalej już same dziwy i to w duchu mocarstwowego programu, który poprzednio cytowałem, a nie brak i Rumunii:

Węgier z Polakiem gdy połączą dłonie,
trzy kraje razem z Rumunią
przy majestatu polskiego tronie
wieczną połączą się unią.


A nawet, żeby było niesamowiciej, czytamy:

Warszawa środkiem ustali się świata,
lecz Polski trzy są stolice
dalekie błota porzuci Azjata
a smok odrodzi swe lice.

Nie wiemy co prawda, jaki to Azjata opuszcza swoje błota, ale że smok, czyli Chiny, miał odmienić swe lice, to wiemy. Według tej wizji Polska jest oczywiście monarchią, co jak dotychczas się nie sprawdziło, bo jednak nie koronowano Wałęsy.
Nie podejmuję się wysunąć żadnej teorii co do autorstwa przepowiedni. Najbardziej przyziemne byłoby przypisanie go komuś z mieszkańców okupowanej Polski, grzeszącego nadmiernym optymizmem. W tym wypadku wiadomość o druku w 1912 roku i o seansie spirytystycznym byłaby apokryfem sporządzonym w imię patriotycznych celów, żeby podbudować tekst powagą ducha. Druga teoria to zjawienie się ducha Mickiewicza na seansie spirytystycznym. Trzecia, to istnienie zbiorowych fluidów, niewątpliwie mesjanicznych, które dyktują Polakom na przykład w końcu ubiegłego stulecia, czemu nie, wizję Polski mocarstwowej. Gdyby jednak przyjąć tę trzecią teorię, należy zadać pytanie, jak taki silny prąd czy fluid przepływający przez polskie dusze w ciągu wielu dziesiątków lat, już chyba od upadku Rzeczypospolitej w końcu XVIII wieku, jak taki prąd mógł wyschnąć, zniknąć nagle? A może wbrew literackim pismom, krytyce literackiej, uniwersytetom nadal gdzieś tam krąży?
Powiedziałem, że Stanisław Brzozowski wierzył w sens historii, tzn. ciągle powtarzał, że ludzkie energie bez ustanku się kumulują tworząc gmach cywilizacji, że wszelkie osiągnięcia nauki, sztuki, filozofii są czymś trwałym, że gatunek ludzki właściwie nie ma kresu w swojej twórczości. Tym aktom wiary w ludzkość niekiedy nadawał sens wyłącznie laicki, niekiedy jednak widział w tym niejako współpracę Boga z człowiekiem i wtedy myślał też o miejscu poszczególnych narodów w owym zbiorowym dziele, a także o szczególnym powołaniu Polski.
Profesor Marta Wyka zebrała niektóre pisma Brzozowskiego, w których, wierny młodopolskim zwyczajom, przechodził z prozy na wiersz, i wydała je w niedużej książeczce pt. „Stanisław Brzozowski. Komentarze poetyckie”. Książka należy do serii Biblioteka Poezji Młodej Polski zapoczątkowanej przez Jerzego Kwiatkowskiego i Marię Podrazę-Kwiatkowską. Między innymi zawiera poemat Brzozowskiego pt. „Teodor Dostojewski. Z mroków duszy rosyjskiej” wydany w Krakowie jako osobna broszura w 1906 roku. 
Ten tekst jest jednym z największych dziwów literatury polskiej i kiedy go pierwszy raz czytałem, wiele lat temu, mrówki przebiegały mi po krzyżu. Brzozowski zaczytywał się Dostojewskim, traktował jego rosyjski mesjanizm bardzo poważnie i był zafascynowany Rosją oraz grożącym Polsce z tej strony niebezpieczeństwem. Ale poemat kończy się wierszem pt. „Towiański u stóp krzyża w jakiejś przedzgonnej godzinie”, a warto pamiętać, że właśnie w 1906 Brzozowski pracował nad „Filozofią romantyzmu polskiego”, która zawiera (och!) obronę i pochwałę towiańszczyzny. A tutaj wkłada w usta Towiańskiego słowa przejmujące i tak bardzo osobiste, że trudno nie uznać wiersza za rodzaj jego własnej modlitwy, człowieka osaczonego i osamotnionego, który wie, że na jego nawoływania uszy Polaków są zamknięte.


Dzięki Ci, Chryste, żeś mi tak zawierzył
I żyć rozkazał
Bez żadnego znaku,
Żeś słowa kazał siać w kamienną ciszę,
Szyderstwa zbierać,
Głuchą obojętność!

Dzięki Ci, Chryste, żeś mi tak zawierzył
I żyć rozkazał w spiekocie pustyni.
Wiarę mą ludzie deptali nogami,
Słowa miłości pisałem na piasku...
Dzięki Ci, Chryste, żeś mi tak zawierzył!
Nadziei mojej urągały lata
Głuchej spiekoty,
Świat całym swym biegiem
Przeczył mojej wierze,
Szydziły gwiazdy,
Każdy płomień prawdy
Ginął bez świadków.
Dzięki Ci, Chryste, żeś mi tak zawierzył, 
Żeś ufność taką
Położył w swym słudze!
O, słodki Chryste, 
Boże z nieba miły,
Zagaśże miłość,
Którą teraz płonie
Całe me serce!
Spraw niech mi odjęty zostanie
Płomień krzepiącej miłości!
Niech serce moje będzie obojętne 
Niech się prochem stanie
Spalonym i spiekłym!
A ja w spiekocie serca będę wierzyć...
Niech serce moje 
Stanie się ślepe, 
Bo miłość widzi.
I ja z Tobą, Chryste
Żywot przeżyłem,
Za cóż nędzarzowi tak wielka łaska? 
Przecież ja Twą chwałę
Widzę codziennie,
I naród Swój widzę,
Na wieki wieków w Tobie wywyższony. 
O, Chryste,
Tyś mi nigdy znaku
Żadnego nie dał!
Taką ufność miałeś 
W sercu nędzarza!
Niechże teraz zgaśnie
Twoja obecność! 
O spraw Chryste
Niech mi odjęte
Zostanie szczęście
Kochania Ciebie!
Niech zgaśnie miłość...
A wtedy ja w pustce,
Ja – nicość spiekła –
Wiarą się rozśpiewam:
Święty, święty, święty! 
Pan światów niepojęty!
Co taką ufność położył w nędzarzu, 
Że nie poskąpił mu
Żadnej goryczy,
Że nie dał mu widzieć, 
Jak prawda się krzewi,
Że mu rozkazał
W fałsz patrzeć bez końca,
W fałsz w sobie ufny,
W fałsz rozumem silny!
O, dzięki Chryste, żeś mi tak zawierzył! 
Niech miłość Twoja będzie
Wysławiona
Za to Cię wielbię,
Żeś mi w życia pustce
Rozkazał wierzyć
Żeś mi dał szczęście
Być, jako ten kamień,
Co pośród milczenia
Świadectwo daje prawdzie!
O, Chryste,
Niechże skamienieje
To moje serce,
Niech odpłynie miłość 
Niech już tylko susza
Ciemnej nicości
Ogarnie mnie!
A ja przecież będę
Tobie dziękował,
Żeś mi tak zawierzył
I taką ufność
Położył w swym słudze!
Niech się rozdzwoni moje
Uwielbienie!
O święty, święty, święty
Pan światów niepojęty!
Tyś matkę moję 
Polskę ukochaną 
Kamiennej Nioby
Uposażył losem,
By Cię wielbiła
Skamieniałem sercem!
By Ci świadectwo 
Dała wiarą głazu!
O dzięki, Chryste, żeś mi tak zawierzył 
Żeś na mój naród popatrzył z miłością, 
Żeś go zawiesił nad otchłanią wiary, 
By gdy zwątpienia zerwie wszystkie pęta, 
Skrzydła pozyskał, 
I wzleciał aniołem!
Dzięki Ci, Chryste, żeś mi tak zawierzył 
I świadkiem kazał być
Prawdy
Wśród ślepych,
Żeś uszy ludzi uczynił głuchymi,
Bym snać nie ufał
Nikomu
Prócz Tobie!

Teraz już idę...
Teraz już iść każesz, 
Chryste, z tej ziemi.
Nie ma na niej piędzi,
Która by mojej nie przeczyła wierze! 
Dzięki Ci, Chryste, żeś mi tak zawierzył! 
I taką ufność
Położył w Swym słudze!
O sprawże, Chryste,
Niech ja Cię nie kocham!
Odejm mi miłość,
Która jasno widzi,
Niechaj się stanę kamieniem i prochem, 
Ciśniętym w wieczność
Piaszczystej pustyni
A rozpłomienię wtedy wiarę w sobie, 
Wiarę, co nie ma podpory miłości, 
I ja – proch spiekły –
Ja – rzucany kamień
Na cmentarzysko pogrzebanej prawdy, 
Moją Ci wiarą
Uczynię świadectwo,
Pustkę rozdzwonię swoim
Uwielbieniem.
Święty, święty, święty! 
Pan światów niepojęty!
Dzięki Ci, Panie, żeś mi tak zawierzył 
Tyś narodowi memu
Odjął ziemię,
Tyś mu pożałował
Nawet źdźbła prochu,
I kazał mu wierzyć 
Że on wśród nicości
Na wieki żyje!
Dzięki Ci, Chryste, żeś mi tak zawierzył 
I ponad wszystkie mój ukochał naród!

Ja Mikołaja
Kibitki widziałem,
Widziałem, jak wlekli
Dziatwę nieletnią
W zaspy śnieżne Rosyi,
Słyszałem jęki
Mordowanych mniszek,
Rzężenie ludu słyszałem, gdy kona, 
Słyszałem, jak pada
Kamień i ziemia
Na trumnę ojczyzny,
Jej jęk słyszałem,
Cichy spod mogiły.

Dzięki Ci, Panie, żeś mi tak zawierzył 
I taką ufność położył w swym słudze
Naród mój widzę,
W Twojej żyje chwale
O każ mi patrzeć
W wieczności konania;
Uczyń mi obecnym
To całe piekło,
W którem polska dusza
Ma jeszcze płonąć! 
Ja wielbić Cię będę.
Dzięki Ci, Panie, żeś mi tak zawierzył 
I taką ufność położył w Swym słudze
Naród mój żyje!
Jak wielbić Cię Panie,
Żeś go ukochał nad inne narody!


Ktoś mnie może zapytać, dlaczego zajmuję się takimi dawno minionymi i odsuniętymi w przeszłość osobliwościami. Może raczej warto zostawić to specjalistom od „Dziadów” Mickiewicza, od poematów mistycznych Słowackiego czy nawet jego „Króla Ducha”, jeżeli tacy w ogóle jeszcze istnieją. Czy jednak całe połacie tego, co można nazwać „doświadczeniem romantycznym”, dadzą się tak nagle usunąć i czy ich zniknięcie z powierzchni ruchów kulturalnych nie wygląda na coś sztucznego? Wolno oczywiście twierdzić, że historią zajmowaliśmy się w nadmiarze i że teraz pora wyłącznie na życie osobiste, na nieskończone komplikacje, które wynikają z tego, że jest on i ona, albo ona i ona czy też on i on. Obawiam się co prawda, że tzw. poszukiwanie sensu życia musi natrafić na nieprzekraczalny mur, jeżeli tracimy poczucie, że nasza codzienna działalność jest częścią wielkiego zbiorowego dzieła. Jak wiemy, wszelkie idee przebywają niejako na kilku poziomach: w ich pierwszym rozpędzie zasilanym energią wybitnych umysłów i w stopniowym degenerowaniu się, aż idee stają się własną karykaturą. Zniknięcie wielkiego państwa z mapy Europy w końcu XVIII wieku było olbrzymim wydarzeniem i spowodowało w polskiej umysłowości wielowarstwowe skutki, których trwałości nie udaje nam się uchwycić.
Kult postaci Jana Pawła II w Polsce jest, trzeba przyznać, zjawiskiem nieco zagadkowym. Jest w tym wyczucie olbrzymich rozmiarów tej postaci, jednego z najwybitniejszych papieży ostatnich stuleci. Jest w tym też poszukiwanie autorytetu. Papież jednak występuje też jako kompensata za zbiorowy kompleks niższości. Rodzaj słynnego sportowca czy gwiazdy filmowej. Razem z tym idzie brak wpływu jego nauk na polskie życie umysłowe. Polega ono w znacznym stopniu na małpowaniu Zachodu, czyli przenoszeniu na grunt rodzimy wszelkich egzystencjalnych jęków i rozczarowań do wielowiekowej tradycji filozofii, do wiary w rozum i w pojęcie prawdy. 
A gdyby wysunąć przypuszczenie, że w owym kulcie Karola Wojtyły dochodzi do głosu zepchnięty niejako w podziemie prąd czy fluid łączący nas z romantyzmem i z mesjanizmem? Zresztą filozofia Jana Pawła II nawiązuje bezpośrednio do myśli romantycznej i to nie w jej karykaturalnej odmianie. Jest najzupełniej optymistyczna przez swoją wiarę w postęp i w nieograniczone możliwości rozumu ludzkiego. Jest niemałym paradoksem, że w chwili, kiedy zachodnia filozofia doszła do negowania samego pojęcia prawdy i tym samym negowana samej siebie, obrona filozofii przychodzi z Watykanu. Oczywiście w takich encyklikach jak „Veritatis splendor” i „Fides et ratio” Papież mówi o nierozerwalnym związku pracy rozumu z wiarą w Chrystusa. Ale zważmy, jak potężna w tych encyklikach jest aprobata umysłu ludzkiego i aprobata historii, która pomimo wszelkich jej okropności coraz to zwiększa panowanie umysłu nad wszechświatem. Ciekawie byłoby zestawić te wypowiedzi z Brzozowskiego pochwałą ludzkiej wynalazczości i energii. Na przykład z tą cytatą z „Idei”:
„Dzisiejszy stan ludzkości jest najgłębszym dziełem metafizycznym człowieka, najgłębszą rzeczywistością i przede wszystkim rzeczywistością. Miasta nasze, wojny, fabryki, dzieła sztuki, nauka – to nie jest sen, poza którym jest coś głębszego, co może wyzwolić. Jest to absolutna, nie dająca się zredukować rzeczywistość”.
Być może sam Papież pod tym by się podpisał, ponieważ zgadza się to z jego przekonaniem, że Opatrzność czuwa nad historią ludzkości i że historia jest strzałą zmierzającą do zakrytego oczom ludzkim celu, a nie koliskiem wiecznego powrotu. Z wielu wypowiedzi Papieża można też odgadnąć jego przekonanie o szczególnym powołaniu Polski, nie imperialnym, ale duchowym, tzn. takim, jak u Norwida, kiedy widział postęp jako dążenie do czasów, w których „męczeństwo uniepotrzebni się na ziemi”.
Rażąco brzmią te moje przypuszczenia, zważywszy na mój krytyczny stosunek do romantyzmu i brak sympatii do towiańszczyzny. Czyżbym na starość nawrócił się na tzw. ideologię narodową, której jak nie znosiłem, tak i nie znoszę? Chodzi mi jedynie o właściwe proporcje i sens hierarchii w myśli, w literaturze i sztuce. Jeżeli prorokiem dzisiejszego wyzwalania się Polaka z polskości jest Witold Gombrowicz, to zaszło tutaj znane zjawisko degradacji idei dzielnych i twórczych do płaskiego poziomu natrząsania się z samych siebie. Czyżby integracja europejska miała oznaczać wyrzeczenie się przeszłości kraju mówiącego po polsku? I czy wizja, w imię której ludzie ginęli, chociażby wyrażona w „przepowiedni Wernyhory”, zasługuje jedynie na wzruszenie ramion? Albo inaczej – czy literatura nie popełnia błędu całkowicie odżegnując się od owego fluidu czy prądu, który popychał do zrywów wyzwoleńczych w ciągu XX wieku, niezbyt zrozumiałych dla Europy Zachodniej, chętnie aprobującej ów Wschód, który jest w sam raz dla barbarzyńców? A przypominając tutaj postacie i pisma z lamusa, mam jednak nadzieję pobudzić kogoś do dyskusji. 


STANISŁAW BRZOZOWSKI, „KOMENTARZE POETYCKIE”. Wybór i wstęp: Marta Wyka. Kraków 2002, Wydawnictwo Literackie, Biblioteka Poezji Młodej Polski.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl