Polska religijność i obyczaje w czasach zmian: wokół śmierci


Zanim zmartwychwstaniemy

Edyta Mętel



W Kostomłotach śmierć jest czymś normalnym. W pierwszą niedzielę po Wielkanocy uniccy mieszkańcy Kostomłotów idą na cmentarz. Idą, żeby powiedzieć, że Chrystus zmartwychwstał.


Kostomłoty to mała wieś przy trasie Kodeń-Terespol, tuż nad Bugiem. Mieszkańców „starych” Kostomłotów, czyli przycerkiewnej części wsi, nie będzie nawet dwustu. Młodsi przekroczyli pięćdziesiątkę. Norma to 70 lat i więcej. Ostatni ślub był tu rok temu: pobrali się Adam i Monika, dziś jedna z trzech rodzin po trzydziestce. Mają nieduże gospodarstwo. Są bezrobotni, bo w Kostomłotach pracy nie ma. Niektórzy utrzymują się z rent rolniczych, ktoś pracuje na kolei, ktoś inny na poczcie albo w Domu Pomocy Społecznej. Przeważają unici, ale są i katolicy rzymscy. 
Kostomłoty „nowe” są popegeerowskie. Kiedyś były tu szkoła i przedszkole. Zostały bloki, kilka sklepów i mieszkańcy: czterystu, może pięciuset. Ta część wsi należy do Świadków Jehowy.

JESZCZE SIĘ ZOBACZYMY

Ks. Stanisław Obirek, jezuita, pochodzi z Narola koło Tomaszowa Lubelskiego. „To Roztocze, obyczajowość wschodnioeuropejska, mentalność lwowska, wielonarodowość” – zaznacza. 
I dalej: „Więzi rodzinne otwierały przestrzenie absolutnej wolności. Pamiętam brylantowe gody Kułakowskich, zjechało się pięć pokoleń, by uczcić odnowiony ślub pradziadków. Zjazdy rodzinne były ogromnym przeżyciem. Rozpoznawaliśmy się przez te uroczystości. Chrzty, śluby, pogrzeby, wpisane w rytm biologiczny były doświadczeniami, które nas cementowały”. 
Najliczniej gromadzono się na pogrzebach. Ks. Obirek: „Śmierć była oswojona, istniała zgoda na nią. Przed pogrzebem gromadzono się w domu zmarłego, mama zwykle mnie zabierała, bo przed dziećmi nie chowano ciał. Do północy śpiewało się, np. »Ty jużeś zaszedł, my jeszcze idziemy«, odmawiało różaniec i oczywiście rozmawiało. O zmarłym: jaki był, czy już jest w niebie, czy dopiero na drugi dzień tam trafi, albo później...”. 
To była teologia domorosła: wszystko wytłumaczone, wytłumaczalne. 
Ks. Obirek: „Dla mamy problem śmierci nie istnieje, podobnie jak problem starości. Liftingi? Nie, nie te kategorie. Gdy ojciec umierał w 1991 r., powiedział: »Wiesz Stasiu, może się jeszcze zobaczymy«”.

DO SWOJEGO IDZIEMY

W „starych” Kostomłotach tuż przy XVI-wiecznej cerkwi mieszkają Małe Siostry Jezusa. Siostra Agata, młoda i ładna, urodziła się we wsi Żmijowiska, gmina Wielkie Oczy. „W mojej wiosce śmierć jest częścią życia – mówi. – Od najmłodszych lat dzieci uczestniczyły w śmierci. Gdy umierał mój dziadek, byliśmy przy nim”.
W Kostomłotach ludzie nie boją się śmierci. Myślą o niej. Rozmawiają „w co się ubrać”, co uszyć, przygotować. Kobiety lubią kolorowe chusty, sukienki i garsonki. Mężczyźni wybierają garnitury. „W swetrze nikogo nie widziałam” – zapewnia siostra Agata. Musi też być czapka z daszkiem, oczywiście nowa. Zresztą wszystko jest nowe, buty też. 
Zmarłego myje i ubiera rodzina. Czasem pomagają sąsiedzi. „To element życia, wpleciony w rytm codzienności. Ciału należy się szacunek – mówi siostra Barbara, w Kostomłotach od 15 lat. – We Wrocławiu, gdzie umierał mój ojciec, po kilku godzinach już go nie było w domu”. „Tu zmarły leży w trumnie, w swojej chacie, przez dwa dni, a jedną noc to obowiązkowo – opowiada siostra Agata. – Jeśli umarł w szpitalu, przywożą go do domu. Wszyscy przychodzą, modlą się, śpiewają. O kalinie, która rosła nad brzegiem i płacze po zmarłym, o matce, która opłakuje dziecko, o sądzie ostatecznym. Przychodzi ksiądz i odprawia panichidę” (pan – wszystek, nichis – noc, to skrócona jutrznia żałobna).
Zmarły spoczywa wśród bliskich, a oni patrzą śmierci w oczy. Nikogo nie zostawiają tu samego. „Do swojego idziemy” – mówią miejscowi. Wyznanie nie ma nic do rzeczy. Nawet ten, co zapił się w lesie na śmierć, leżał jak wszyscy w domu. Panu Bogu się nie narzucał, ale „odpiewanie” było.

STRACH I GODNOŚĆ

Kraków, Hospicjum św. Łazarza. 
Jolanta Stokłosa, prezes Towarzystwa Przyjaciół Chorych „Hospicjum”: ,,Ojciec opowiadał, jak w latach 20. w Krakowie z domu wyprowadzany był jego zmarły dziadek. Teraz nie wyprowadza się już z domu. Na wsi tak, w latach 80. babcia męża leżała w domu. Wtedy majestat śmierci był zachowany. Zjeżdżała się rodzina, opowiadało się o osiągnięciach zmarłego, wyjmowało pamiątki, fotografie. Rodzina jednoczyła się, a ten, kto pozostał, nie czuł się samotny, bo byli bliscy. Teraz zdarza się, że wynajęta firma organizuje stypę. Na ile to pomaga rodzinie?
Żałobę lepiej znoszą ci, którzy nie unikają kontaktu z umierającym. Nie trapią ich wyrzuty i łatwiej im przemyśleć własną śmierć. W miastach żyjemy daleko od siebie, uważamy, że nasza psychika nie może udźwignąć ciężaru śmierci. A co dopiero dzieci. Więc wywozi się dziecko do znajomych i nie pozwala uczestniczyć w umieraniu.
Idealnie, jeśli można odejść w domu. Na swoim łóżku, tam, gdzie są bliscy, własne sprzęty, pies i kot. Część rodzin boi się samego momentu śmierci, bo nigdy przy nim nie była. Hospicja pomagają w takich przypadkach. Są lekarze, pielęgniarki, psychologowie, wolontariusze. Chodzi o to, by człowiek umierał godnie. I żebyśmy się nauczyli rozmawiać o śmierci.
Rodzina zwykle nie chce prawdy. Nie chce przyjąć diagnozy. A chory wie. Słyszę: »Ja wiem, że już niedługo, ale nie chcę mówić żonie. Nie chcę, żeby wiedziała, że ja wiem«. Są oczywiście rodziny, które towarzyszą umierającemu do końca. Po śmierci myją ciało, ubierają w to, co zmarły lubił.
Klęską naszych czasów jest zgoda na eutanazję. W różnych sytuacjach byli nasi przodkowie, ale nikt nie twierdził, że to najlepsze rozwiązanie”.

PŁACĘ I WYMAGAM

Zakład Pogrzebowy. Dyrektor, który prosi o anonimowość: „Zakład to przede wszystkim przedsiębiorstwo – ma przynosić zyski. Ludzie przychodzą tu z konieczności. Jeśli klient zostanie obsłużony taktownie i profesjonalnie, to poleci znajomym. 
Dawniej pogrzeb był bardziej ponury. W PRL ludzie nie mieli pieniędzy. Nie było takiego wyboru kwiatów, trumien. Dziś są lepsze samochody, chłodnie, pokój ostatniego pożegnania. Mamy trumny robione na wzór amerykański, otwierane na zawiasach, choć popularna w USA tanatopraksja, czyli opróżnianie ciała z płynów ustrojowych (żyły i tętnice wypełniane są płynem infuzyjnym, dzięki czemu zwłoki ulegają mineralizacji) w Polsce wciąż jest rzadkością. 
U nas istotny jest wzór trumny, przewóz zwłok, umycie, ubranie. Prawie nie ma kosmetyki pośmiertnej. Nie wykształciła się też stypa w wersji restauracyjnej. A przynajmniej nie tak jak na Zachodzie. Ale i u nas zwyczaje powoli się zmieniają: modne stają się duże wieńce, coraz popularniejsze jest położenie na trumnie wiązanki kwiatów. I ekipa jest bardziej elegancka. Obowiązuje zasada: »płacę i wymagam«.
Trumny? Najpopularniejsze są te od 800 do 1600 zł, choć można mieć za 3600. Drewno tekowe, odporne na wilgoć. Może być bardzo twarde, jeśli ktoś nie chce, by zmarłemu reumatyzm dokuczał. Mogą być ozdobne śruby, wystrój płócienny, bawełna albo atłas, naturalnie poduszka. 
70 proc. zleceń dotyczy zgonów w szpitalu. Teraz rzadko umiera się w domu. No i więcej było zgłoszeń ze szpitali, gdy pogotowie nie podsuwało jeszcze rodzinom firm pogrzebowych.
Rodzina przychodzi z kartą zgonu. Nie, zakład nie pośredniczy między rodziną a Kościołem. Załatwia formalności w ZUS, myje, ubiera, wkłada do chłodni. Rodziny rzadko myją zmarłego, boją się, brzydzą: taka bariera psychiczna między życiem a śmiercią.
A co się najmniej zmieniło? Chyba ubranie zmarłego. Mężczyzna: ciemny garnitur, jasna koszula. Albo to, co lubił. Kobieta: sukienka, garsonka. Zdarza się, że ktoś zapomni o bieliźnie albo o butach. Golenie, upięcie włosów, przypudrowanie – to standard. Ludzie nie chcą widzieć brzydoty. Na sferę duchową nie zawsze wystarcza im czasu”. 

WIECZNA PAMIĘĆ

W Kostomłotach w dniu pogrzebu ksiądz idzie rankiem do domu zmarłego: krótka ceremonia, modlitwa śpiewana, poświęcenie, zamknięcie trumny. Ale tylko na czas drogi do cerkwi, bo tam wieko zostanie zdjęte. Żeby zmarły był obecny. 
Miejscowi rzadko korzystają z usług zakładu pogrzebowego. Sami wiozą trumnę. Zwykle na wozie, albo przyczepie. Siostrze Agacie niezbyt podoba się traktor w roli karawanu. Za traktorem jest natomiast siostra Barbara: „Ostatniej zimy były takie śniegi, że ledwo traktor sobie poradził”. 
Niepotrzebny jest też grabarz. „Z wioski ludzie idą, grób wykopią i tyle wszystkiego. Ot, sąsiedzka pomoc” – opowiada jedna z gospodyń. Po nabożeństwie w cerkwi, gdzie ksiądz zakłada zmarłemu na głowę wieńczyk (wstążka papieru z napisem: „Święty Boże Święty Mocny Święty a Nieśmiertelny Zmiłuj się nad Nami”), a do trumny wkłada modlitwę rozgrzeszenia, rodzina i sąsiedzi żegnają zmarłego. „Całują w czoło, w policzek albo w dłoń. Lub dotykają tylko dłoni. Trumna zostaje zamknięta. A zmarłemu nie »wieczny odpoczynek«, ale wieczna pamięć, bo dopóki pamiętają, on żyje – wyjaśnia ojciec Roman. – Jak przestaną pamiętać, to jakby umarł powtórnie”. 
Na cmentarzu: modlitwy, śpiewy, litanie. Do poświęconej ziemi wpuszczana jest trumna. Ksiądz rysuje szpadlem znak krzyża na ścianach mogiły, mówiąc: „ Pieczętuję ten grób do drugiego przyjścia Jezusa Chrystusa”. 
W Kostomłotach groby usypane są z ziemi. Nie ma kamiennych płyt ani marmurów.

ZWYCZAJ I TECHNOLOGIA

Krematorium i dom pogrzebowy na Cmentarzu Komunalnym Północnym w Warszawie. Kazimierz Mikulski, zastępca kierownika: „W Polsce są cztery krematoria: w Poznaniu, Wrocławiu, Rudzie Śląskiej i Warszawie. Powstały w latach 90. Kolejne będą w Częstochowie, Łodzi i Gdańsku. Do końca 2000 r. skremowano 16 609 zmarłych”.
W Japonii kremuje się 98 proc. zmarłych, w Czechach 73 proc., Wielkiej Brytanii 72 proc., Niemczech 35 proc., USA 20 proc. Natomiast w Polsce tylko 2 proc. – wciąż silna jest pamięć wojny i obozów. 
Mikulski: „I u nas liczba kremacji będzie wzrastać, może zatrzyma się na 20 proc., bo jesteśmy jednak przywiązani do tradycji. Nie ma określonej grupy społecznej, która częściej wybiera kremację. Przoduje miasto. Decydują rozmaite względy. Urna jest mała, więc tańsza od trumny. Można kupić urnę już za 60 zł, ale są i za 2000 zł. Kryształ górski, granit, drewno, co kto lubi. Trumna do kremacji też jest tańsza, kosztuje ok. 200 zł. Poza tym w starych grobowcach nie zawsze jest miejsce na trumnę, a urna się zmieści. Niektórzy nie chcą, żeby ich robaki zjadły, wybierają więc kremację. Jest najbardziej higienicznym pochówkiem”.
Technologia jest nowoczesna: piec sterowany komputerem, trzy programy, zależnie od wagi ciała. Z ulotki krematorium: „Spopielanie zwłok, złożonych w trumnie, odbywa się w najnowszej generacji piecu, w temperaturze od 800 stopni C do 1100 stopni C, i trwa od 120 do 180 minut. Następnie prochy zmarłego składa się do urny i przekazuje rodzinie”.
Jeśli rodzina nie chce, nie musi przyjeżdżać, o wszystko zatroszczy się zakład. Ale jest też pokój pożegnań: w ciszy albo przy wybranej muzyce można towarzyszyć zmarłemu.

STYPA na wsi i w mieście

Na stypę w Kostomłotach przychodzi niemal cała wieś. Justyna Pańkowska (jedna z trzydziestolatek) prowadzi z mężem gospodarstwo, hodują sto prosiaków: „Ksiądz przynosi prosforę, chleb liturgiczny, pszenny, pieczony na drożdżach, na wspomnienie zmarłego. Po modlitwie dzielimy się prosforą, później poczęstunek. Po 2-3 godzinach ksiądz modlitwą kończy stypę. Wtedy wszyscy wstają i wychodzą. Alkohol czasami jest, to zależy od gospodarzy, ale ostatnio mniej”.
Po 40 dniach rodzina i bliscy ponownie spotykają się w cerkwi na Mszy za zmarłego: na pamiątkę Wniebowstąpienia. Potem rodzina zaprasza na uroczysty obiad.
Mirosław Jaxa Kwiatkowski, restaurator: „W porównaniu z innymi uroczystościami rodzinnymi próśb o rezerwację na stypę mamy najmniej. Chyba charakter uroczystości temu nie sprzyja. Na Zachodzie ich organizowanie przejęły zakłady pogrzebowe. Z biegiem czasu i w Polsce zaczną powstawać restauracje przy cmentarzach, tworzone pod kątem obsługi styp.
Stypa, na której byłem ostatnio? Przed trzema laty, po pogrzebie dziadka, we wrocławskiej restauracji. Spotkała się cała rodzina. Poznałem krewnych, o których tylko słyszałem. To było integrujące. Rozmawialiśmy o pradziadkach, naszym drzewie genealogicznym. Teraz jesteśmy w kontakcie”. 

UMIERAĆ PO LUDZKU

Grażyna Kubica-Heller, antropolog: „To, co dziś istnieje marginalnie, kiedyś było normą. Będę mówić o Śląsku Cieszyńskim, to moje rodzinne strony i je badałam. Ludzie zazwyczaj umierali w domu, a jeśli w szpitalu, byli do domu przywożeni. Najbliższa rodzina i sąsiedzi umawiali się na »śpiewanie«. Zmarły leżał w przysposobionym pokoju: w łóżku, potem w trumnie. Mycie i ubieranie należało do najbliższych. Zasłony zaciągnięte, świece, kwiaty doniczkowe. Nie palono w domu, nie przygotowywano ciepłych potraw, sąsiedzi coś przynosili. Latem okładano zmarłego darnią. Śpiewano wieczorem. Przychodzili sąsiedzi, protestanci i katolicy. Spotykano się nie tyle ze względu na zmarłego, co dla siebie. Śmierć powoduje zaburzenie w grupie. A rytuały przywracają równowagę. Więc mimo że teraz odwozi się ciało do kostnicy, są miejsca, gdzie ludzie przychodzą do domu zmarłego i choć go nie ma – śpiewają. Chcą wypełnić pustkę. Oswoić śmierć. Problem polega na tym, że o śmierci się nie rozmawia, nie jest więc skonceptualizowana, a we współczesnej kulturze to, o czym się nie mówi, nie istnieje. Śmierć została wykasowana. Przypisano jej medyczno-mechaniczny charakter. Ciało jest sprowadzone do mechanizmu, który się psuje i koniec. Traktujemy zwłoki jak coś, co kala. Powinniśmy zorganizować akcję »umierać po ludzku«”. 

RYTUAŁ I WSPÓLNOTA

Irena Borowik, socjolog religii: „Znam zapach człowieka, który umarł. Pamiętam z dzieciństwa, to był ważny element socjalizacji. Mama mnie zabierała. Pamiętam ławy poustawiane przy głowie zmarłego, śpiewanie psalmów, czytanie Pisma. W rytuale pogrzebowym na wsi zmieniło się najmniej. Starzy ludzie z mojej rodzinnej miejscowości wiedzą, jak będzie wyglądał ich pogrzeb. Wiedzą, że będzie podobny do pogrzebu ich przodków.
Rytuał? Rytuał jest uczestnictwem we wspólnocie. Pozwala być razem. Integruje. Łączy w o wiele większym stopniu niż doktryna. Bo istota rytuału polega na zapewnieniu bezpieczeństwa przy przekraczaniu granicy między sacrum i profanum. To poczucie bezpieczeństwa daje świadomość dobrze spełnionego obowiązku. Poza tym integruje nie tylko w obrębie wspólnoty religijnej, ale i innych wspólnot: rodzinnych, koleżeńskich. Moja znajoma powiedziała mi kiedyś: »Gdziekolwiek bym była, zachodzę do kościoła i jestem wśród swoich«. 
Czy obrzędowość zasłania pytanie, w co naprawdę wierzę? Głęboko wierzącym nie. Dla nich wiara i rytuał są tożsame. Ich wiara realizuje się w rytuale”.

TAK SAMO, TYLKO LEPIEJ

Ks. Stanisław Obirek: „Mam poczucie zakorzenienia w obrzędowości ludowej. Dziś wiara to dla mnie bardziej sprawa intelektu. Ale gdy przeżywam kryzys, wracam do narolskiego mikrokosmosu religijnego. Wsie są jak ważka, zatopiona w bursztynie. Religijność dyktuje typ zachowań.
Mam poczucie, że jestem oswojony ze śmiercią. »Ty jużeś zaszedł, my jeszcze idziemy...«. Ktoś będzie następny. Śmierć jest momentem weryfikacji wszystkiego. Myśl o niej pozwala mi żyć na własny rachunek.
Druga przestrzeń? Drugą przestrzeń oswaja wyobrażenie, że tam będzie tak samo, tylko lepiej. Bez kantów”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl