LISTY
Pomysły na miasto
Z dużym zainteresowaniem przeczytałem w „TP” nr 2 i 9/2002 publikacje o stanie i możliwościach rozwoju polskich miast. Pierwsze pytanie, postawione w tytule wywiadu z prof. Jackiem Purchlą – „Prowincja czy metropolia?”, jest chrakterystyczne dla ducha dyskusji o roli miast w Polsce. Dominuje tendencja: wszystko albo nic. Lotnisko międzynarodowe i autostrady, uniwerstytet, turystyka, festiwale, parkingi, big business, jeżeli porównanie, to naturalnie z Paryżem lub Berlinem. O kosztach, nie tylko tych materialnych, najczęściej się milczy. W moim odczuciu, kryje się za tym duża doza megalomanii i kompleksów. Tak postawione pytanie sugeruje, jakoby dla polskich miast istniały wyłącznie dwie możliwości i w konsekwencji wymusza, w obliczu posiadanych środków, jedyną możliwą na dzisiaj odpowiedź: prowincja i prowincjonalność czeka na nas i nasze miasta. Czy między metropolią a prowincją istnieje pustka? A może prowincja, po podliczeniu kosztów i obciążeń metropolii, wcale nie jest złym rozwiązaniem?
Problem tkwi w pojęciu „pomysł na miasto”. Jeżeli przyjmiemy tezę o złożoności zjawiska, jakim jest miasto, za słuszną, wykluczymy możliwość stworzenia jednego pomysłu, bo nawet średniej wielkości miasto potrzebuje ich wielu. Współczesność dostarcza szeregu przykładów: Bilbao, londyńskie doki, Internationale Bauausstellung (IBA), Emscher Park w niemieckim Zagłębiu Ruhry, francuski masterplan dla Lille, holenderski Randstad i projekty przekształcenia terenów poprzemysłowych w szeregu miast Europy, od Lizbony poprzez Zurych do Lipska. Cechą wspólną tych przedsięwzięć, przy niezaprzeczalnych różnicach, jest rezygnacja z jednorazowej, spektakularnej akcji na rzecz długofalowego i kompleksowego procesu przekształcania miasta. Problem nie leży więc w wypracowaniu „pomysłu na miasto”, lecz w przełożeniu go na działanie w dynamicznym procesie i umiejscowieniu tego ostatniego w żywym organizmie, jakim jest miasto. Guggenheim Muzeum Franka Gehry w Bilbao jest jedną z wielu akcji w procesie przebudowy tego miasta. Ta jest najbardziej medialna, ale nie jedyna.
Zdynamizowanie procesów urbanistycznych jest odpowiedzią na warunki, jakie narzuca miastom ekonomia i konkurencja rynkowa. Miasta nie są jednak skazane na rolę „junior partnera”, muszą jedynie konsekwentnie i jasno formułować własne cele oraz wykorzystywać wszystkie możliwości ich realizacji. Nie oznacza to również braku kontroli społecznej. Wymienione przedsięwzięcia charakteryzuje jawność i aktywny udział opinii publicznej. Już z tych dwóch warunków wynika, że proces programowania i kierowania rozwojem miasta stawia dzisiaj daleko wyższe wymagania w stosunku do biorących w nim udział aktorów, niż tradycyjne metody. Dotyczy to zarówno planistów, architektów, ekonomistów, jak i potencjalnych inwestorów. Szczególnie zaś lokalnych polityków, administracji oraz opinii publicznej.
Podpisuję się całym sercem pod postulowanymi przez Bogusława Sonika kręgami ambicji Krakowa: Małopolska, Polska, Europa środkowa, kontynent. Wskazują one drogę wyjścia z dylematu „prowincja czy metropolia” oraz pola działania dla przyszłych „pomysłów na miasto”. Dodałbym do nich jeszcze jeden wewnętrzny krąg, może najważniejszy: Kraków i jego mieszkańcy.
WŁODZIMIERZ GÓRKO
(architekt i urbanista, Zurych)
Konkurs dla młodych architektów
FUNDACJA DLA POLSKI, działając w imieniu fundatorów nagrody architektonicznej im. Małgorzaty Baczko i Piotra Zakrzewskiego, ogłasza IV edycję konkursu na projekt z dziedziny budownictwa społeczno-publicznego (szkoły, przedszkola i inne instytucje kulturalno-oświatowe, szpitale, budownictwo mieszkalne), renowacji starego budownictwa i jego adaptacji na cele społeczne, a także rewaloryzacji blokowisk. Celem konkursu jest upowszechnianie, bliskich jego patronom, ekologicznych tworzyw budowlanych i budownictwa energooszczędnego, alternatywnych źródeł energii oraz wymiana doświadczeń z Francją i innymi krajami europejskimi w zakresie projektowania obiektów budownictwa społeczno-publicznego.
O nagrodę – 10 000 PLN z przeznaczeniem na staż we Francji – mogą ubiegać się dyplomanci wydziałów architektury i budownictwa, którzy nie ukończyli 40 lat lub uzyskali dyplom nie więcej niż 10 lat temu. Prace należy składać do 30 kwietnia 2002 r. w biurze Fundacji dla Polski: ul. Szpitalna 5/5 (III piętro) 00-031 Warszawa. Tam też można uzyskać dodatkowe informacje: tel. 0-22; 828-91-28 w. 137; fax: 0-22; 828-91-29; e-mail: fdp@nonprofit.org.pl,
www.fdp.org.pl.
Co zrobił Günter Grass?
Jestem wstrząśnięty lekturą „Spóźnionego wyznania Güntera Grassa” („TP” nr 10/2002). Żyję na ziemiach odzyskanych, nie znam wojny, lecz poprzez kontakty z ludźmi nie mogę zgodzić się z tezami tej książki.
Moja mama, mając 13 lat, była w Warszawie podczas powstania. Wspomina ulotki zrzucane przez Niemców z zapewnieniami o nietykalności kościołów. Większość ludności cywilnej chroniła się w świątyniach i... ponosiła śmierć na stojąco. Tak było tłoczno. Mama uratowała się, ponieważ nie mogła wcisnąć się do kościoła. Wspomina też, gdy jako dziewięciolatka, dwa razy przez kilka godzin, stała pod murem w czasie łapanki. Dziś mieszka w domu zbudowanym i zamieszkiwanym do 1945 r. przez Niemców. Dawni mieszkańcy odwiedzili ją kilka razy.
Moja teściowa po wojnie mieszkała z Niemką i jej czwórką osieroconych dzieci (mąż zginął pod Stalingradem). Teściową przesiedlono z Ukrainy, skąd jechała bydlęcymi wagonami przez trzy zimowe miesiące (podczas tej „podróży” poroniła dziecko). Z ową Niemką żyła w zgodzie.
Cóż uczynił noblista? Myślę, że obudził złe emocje. Zaostrzył, drzemiące w każdym z nas, nacjonalizmy. Błyskawiczna sprzedaż wielu tysięcy egzemplarzy książki Grassa jest komercyjnym sukcesem, o co też chyba chodziło autorowi. Wydaje mi się, że dzisiejsze oblicze demokracji temu właśnie służy – komercji. Szuka się tematu drażliwego i „wciągającego”, a po dodaniu zasłużonej Nagrody Nobla sukces mógł być spodziewny. Pytam więc ponownie: co zrobił Günter Grass?
Jacek Ostrowski
(Bolesławiec, woj. dolnośląskie)
Nie czuję się wypędzona
W związku z najnowszą powieścią Güntera Grassa „Im Krebsgang”, „TP” nr 10/2002 zamieścił ciekawy zestaw tekstów z różnych stron naświetlających problemy związane z toczoną w Niemczech „debatą odciążającą”. Jest to zjawisko paralelne do naszej „debaty obciążającej”, w której próbujemy poznać własne krzywdy i cierpienia, a także winy i zaniechania popełnione w stosunku do rodzimych mniejszości oraz Niemców, po II wojnie światowej zmuszonych do opuszczenia swych „kresów wschodnich”.
Należę do wymierającego „pokolenia Kolumbów” (roczniki 1919–1922), które dorastało w Polsce międzywojennej, zaznało wojny, a wreszcie dopełniło edukacji społeczno-politycznej w czasach stalinowskich. Jako że pochodzę z byłych kresów południowo-wschodnich, do moich osobistych doświadczeń należy utrata „kraju lat dziecinnych”. Moja babka po kądzieli posiadała średniej wielkości majątek w b. powiecie zaleszczyckim. Byłam jej potencjalną spadkobierczynią. Od zawsze miałam jednak poglądy centrolewicowe (w lwowskim Sacré Coeur uważano mnie za komunistkę) i, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, całkiem serio planowałam, że przejąwszy kiedyś „dobra” założę tam coś w rodzaju kibucu (przedsięwzięcie, znane mi z lektur, wywarło na mnie duże wrażenie). Chyba dlatego raczej bezboleśnie odczułam przesiedlenie z kresowej małej ojczyzny do Polski centralnej. Przed wojną w ogóle jej nie znałam i do dzisiaj czuję się tutaj dość obco. Ale zarówno mój syn, jak i jego dzieci, nie żywią żadnych szczególnych uczuć do byłych kresów wschodnich. Być może dlatego, że takich nostalgii nikt w nich nie pielęgnował.
W tamtych stronach dwory były polskie, miasteczka – głównie zamieszkane przez biedotę żydowską, wsie – ukraińskie. Wyznacznikiem tożsamości narodowej było wyznanie: rzymsko- lub grecko-katolickie. Nie zapomnę, jak płakały nasze koleżanki-Ukrainki z zaleszczyckiego gimnazjum, gdy w 1933 roku, z okazji rocznicy odsieczy wiedeńskiej, kazano im pójść nie do cerkwi, tylko do kościoła. A my, młode idiotki, śmiałyśmy się, że płaczą nad Turkami... Był to znamienny epizod dla, oględnie mówiąc, nierozsądnych poczynań polskich władz. Ich rezultatem była narastająca wrogość ze strony Ukraińców.
Moje odczucia są nietypowe. Wielu kresowiaków nie może pogodzić się z przesiedleniem, odczuwanym jako wyrządzona im krzywda, i takie emocje przekazują potomkom. Uważam jednak, że dzięki przesunięciu polskich granic na zachód zlikwidowano wielowiekowe Drang nach Osten, któremu poddawali się zarówno Niemcy, jak i Polacy (polski „napór na Dzikie Pola”). Mamy chyba bezpieczniejsze granice i uniknęliśmy (poza tragicznym epizodem bieszczadzkim) bratobójczych walk z Ukraińcami, do jakich niewątpliwie doszłoby przy zachowaniu międzywojennych granic i związanej z nimi licznej mniejszości ukraińskiej.
ANNA TATARKIEWICZ
(Warszawa)
RWE i prezes TVP
Ze zdumieniem dowiedziałem się, że w komitecie honorowym obchodów 50-lecia Radia Wolna Europa, znalazł się prezes TVP Robert Kwiatkowski. Zdziwiłem się, gdyż w zeszłym roku TVP nadała film gloryfikujący osławionego kapitana Andrzeja Czechowicza – pracownika SB, który chwalił się tym, że szpiegował RWE. Dzieło Aliny Mrowińskiej zatytułowano ,,Polski James Bond”. Czy ten skandaliczny program to jedyny powód, dla którego prezes Kwiatkowski nie powinien zasiadać w komitecie obchodów rocznicy założenia RWE? To raczej pytanie retoryczne, bo dzisiaj nikt już chyba nie ma wątpliwości, że telewizja publiczna zamieniła niezależność na upartyjnienie.
GRZEGORZ STANIEK
(Katowice)
Jak zmieniał się Kraków?
Poszukujemy mieszkańców Krakowa, którzy podzieliliby się wspomnieniami o mieście i własnym życiu w latach 1945–1990. Jeśli urodzili się Państwo przed rokiem 1960, mieszkali w Krakowie co najmniej 20 lat (przed 1990 r.) i chcieliby wziąć udział w projekcie badawczym prowadzonym przez historyka Uniwersytetu Jagiellońskiego, prosimy o napisanie do nas listu (nie musi być długi) zawierającego informacje na następujące tematy: historia rodziny ostatnich lat, dzieciństwo i lata szkolne, życie społeczności lokalnej, praca zawodowa, spędzanie czasu wolnego, zmiany w życiu codziennym. Po otrzymaniu listu skontaktujemy się z nadawcą, by przeprowadzić wnikliwszą rozmowę. Zapewniamy jednocześnie, że nie ujawnimy żadnych szczegółów z Państwa życia osobistego.
Oprócz podziękowań, w zamian za czas przez Państwa nam poświęcony, możemy jedynie ofiarować satysfakcję uczestniczenia w projekcie naukowym, którego wyniki zostaną opublikowane w Polsce i za granicą. Wszyscy uczestnicy otrzymają pisemne podziękowania na stronach publikacji końcowej (imiennie lub anonimowo, według Państwa uznania). Listy, opatrzone adresem zwrotnym, prosimy przesyłać pod adresem: Peter Leese 30-960 Kraków, skr. poczt. 116
Za wszystkie listy z góry dziękujemy.
MAGDALENA BROŻEK
PETER LEESE
Pasja pod batutą sir Soltiego
W nawiązaniu do tekstu Michała Okońskiego „Pasja Mateuszowa na płytach” („TP” nr 10/2002) pozwolę zwrócić uwagę na nagranie rzadko wymieniane w opracowaniach, nawet tak fundamentalnych jak bogato udokumentowane artykuły Stefana Riegera na łamach „TP”. Chodzi mi o „Pasję według św. Mateusza” pod batutą sir Georga Solti, nagranej w Chicago w marcu 1987 roku (1988 The Decca Record Company Limited, London). Album jest dostępny w polskich sklepach płytowych. Wielokrotnie, słuchając tego wykonania, dostrzegam rzeczywistą pasję, z jaką odtwarzany jest w nim każdy fragment Bachowskiego arcydzieła. Ewangelistą jest Hans Peter Blochwitz, Chrystusem – Olaf Bär, partie sopranowe śpiewa Kiri Te Kanawa, altowe – Anne Sofie von Otter, tenorowe – Anthony Rolfe Johnson, a basowe – Tom Krause. Całości dopełniają Chicago Symphony Orchestra i Chicago Symphony Chorus, wykonujący chóry i chorały z niezrównanym mistrzostwem.
Nagranie jest hołdem złożonym przez sędziwego już wówczas dyrygenta najsłynniejszemu dziełu Bacha, a brak barokowego instrumentarium w niczym tu nie przeszkadza. Nie potrafię słuchać tego wykonania bez wzruszenia, ceniąc je równie wysoko jak Stefan Rieger „Pasję Janową” pod batutą Petera Schreiera. Obecne dążenia do wykonywania muzyki Bacha wyłącznie na instrumentach „z epoki” prowadzą niekiedy do zapominania o istocie sztuki twórcy „Mszy h-moll”. Zebrany przez sir Georga Solti zespół gwiazd, daleki jednak od gwiazdorstwa, tworzy przejmujący dramat zgodny bez wątpienia z intencją Bacha.
TOMASZ KRZEMIEŃSKI
(Olsztyn)
Pomóż ubogim rodzinom
Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta w Krakowie opiekuje się blisko 1500 rodzin ubogich i wielodzietnych. Zajmujemy się zbieraniem i rozdawaniem nowej oraz używanej odzieży, obuwia, pościeli. Ułatwiamy zdobycie leków, pośredniczymy w przekazywaniu mebli oraz sprzętu gospodarstwa domowego. Z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy rozdajemy paczki żywnościowe. Także na święta, przygotowujemy symboliczne paczki dla więźniów nie mających kontaktu z rodziną oraz dla rodzin więźniów znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej.
Bądź naszym sponsorem i wspomóż naszą działalność! Przyjmujemy pakowaną żywność, odzież nową i używaną, pościel, kołdry, koce, firanki – wszystko, co potrzebne jest do prowadzenia gospodarstwa domowego. Jeśli chcecie nam pomóc, czekamy na Was i Wasze dary w godzinach dyżurów (poniedziałek: g.10-12; wtorek, czwartek: g. 16-18) pod adresem:
Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta ul. Józefa 5 31-056 Kraków tel.: 0-12; 430-64-72, e-mail:
zisliwin@cyf-kr.edu.pl
Ofiary pieniężne, które można odpisywać od podatku, prosimy przesyłać na konto:
PKO BP I o. w Krakowie 92 10202892 110020431
Wszystkim ofiarodawcom serdecznie dziękujemy za pomoc.
WOLONTARIUSZE
z Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta
Poparcie dla Apelu
„Podstawą wszelkich ludzkich działań powinno być dobro człowieka. Nie można jednak zgodzić się na to, by działania odwracające niebezpieczeństwo od jednego człowieka odbywały się kosztem przedmiotowego traktowania drugiego człowieka” – napisali w Apelu („TP” nr 51-52/ 2001 oraz nr 2/2002) dotyczącym etycznych konsekwencji osiągnięć naukowych: prof. Władysław Stróżewski, Kazimierz Traciewicz oraz prof. Andrzej Zoll. Listy osób, które poparły jego treść, opublikowaliśmy w „TP” nr 6/2002 i nr 8/2002. Oto ostatnie nazwiska:
dr Halina Bandurska (Katedra Fizjologii Roślin AR w Poznaniu), prof. Kazimierz Denek (wydział studiów edukacyjnych UAM w Poznaniu), Stanisław Dziuba (Żyrardów), prof. Krzysztof Haman (Instytut Geofizyki UW, członek korespondencyjny PAN), Krystyna Klisińska (Łódź), prof. Zbigniew Knapik (Akademia Medyczna we Wrocławiu), Zofia i Arkadiusz Spratek (Kozy, woj. śląskie), Jan Wywiórka (Siemianowice, woj. śląskie).
List czytelników z Gdańska i Gdyni: Lidia Godorowska, Jadwiga Jaroszewska, Pelagia Kupkowska, Genowefa Małezun, Alina Mołczun, Elżbieta Rapior, Maria Rapior.
KIK we Wrocławiu: Sabina Borejko, Anna Chojnowska, Agnieszka Chrzanowska, Danuta Fakowksa, Andrzej Grocholski, Helena Horodyska, Barbara Jankowska, Hanna Jarodzka, Lech Jarodzki, Zofia Jaszek, ks. Ryszard Kempiok, Elżbieta Kozaczkiewicz, Magdalena Krombel, Andrzej Król, Jadwiga Lenicka, Maria Liszewska, Janina Ławniczak, Danuta Łukaszewicz, Józef Łukaszewicz, Maria Łukowska-Glińska, Stanisława Maćczak, Izabela Markiewicz, Urszula Masłowska, Ryszard Masłowski, Halina Mędrek, Irena Morelowksa, Stanisław Morelowski, Małgorzata Narkiewicz, dr Krystyna Niemcowa (prezes KIK), Ewa Ostrowska, Pelagia Pietrzykowska, Danuta Piskorz, Grażyna Plater, Maria Polańska, Wanda Rataj, Łucja Ryżkin, Anna Dadun-Sęk, Jan Sęk, Emilia Siewarga, Stanisław Skroba, Teresa Snarska, Małgorzata Stradecka, Krystyna Subocz, Stanisława Szołdra, Zofia Szymańska, Jadwiga Tomas, Irena Trafikowska, Ewa Unger, Anna Ulatowska, Zbigniew Ulatowski, Stefania Wierzbicka-Głowiak, Anna Wojciechowa, Irena Zduńak.
Liczba sygnatariuszy Apelu liczy ponad 220 nazwisk. Ta solidarność napawa radością. Inicjatorzy Apelu nie czują się upoważnieni do wyrażania podziękowań. Sformułowali wszak jedynie myśli, które, jak się okazało, są podzielane przez wielu. Dlatego wszyscy sygnatariusze Apelu są de facto jego autorami. Teraz chodzi o to, by nasze wspólne przesłanie nie pozostało jedynie na papierze, ale znalazło odzew w konkretnych działaniach.
AUTORZY APELU
|