Wśród książek
LEKTOR
„MAKBET” LIBERY
William Shakespeare: MAKBET – w jednym z pism niemieckich znalazłem w ubiegłym roku całostronicowe omówienie dwóch nowych przekładów „Moby Dicka” Melville’a, które równocześnie pojawiły się w niemieckich księgarniach. Z noty dołączonej do omówienia można się było dowiedzieć, że Niemcy mieli już wcześniej bodaj pięć przekładów tej słynnej powieści; my mamy jak dotąd tylko jeden, autorstwa Bronisława Zielińskiego...
Z Szekspirem jest u nas wprawdzie nieporównanie lepiej, przytoczyłem jednak tę anegdotę, by uprzedzić generalne pytanie: po co nowe przekłady dzieł klasycznych, czy nie starczy nam to, co już mamy? Otóż każdy taki przekład dowodzi żywotności nie tyle dzieła tłumaczonego, ile naszej współczesnej kultury. Klasyka da sobie radę bez nas i doczeka może lepszych czasów; my natomiast, nie wchodząc z nią w dialog i rezygnując z nowego jej odczytania, stajemy się duchowo ubożsi i prymitywniejsi. Dlatego cieszyć powinien nowy polski „Makbet”, zaproponowany przez znakomitego tłumacza dzieł Samuela Becketta.
„Spośród wszystkich sztuk Szekspira – pisze w nocie na okładce Antoni Libera – »Makbet« zawsze fascynował mnie najbardziej i nigdy nie przestał nurtować. I choć bardzo wysoko cenię przekłady Stanisława Barańczaka, postanowiłem jednak tę właśnie tragedię przełożyć po swojemu. W swojej lekcji próbuję pogodzić styl wysoki z naturalnością i prostotą wypowiedzi, a nade wszystko z jasnością (nawet za cenę uproszczenia czasem wyszukanej metaforyki Autora), bo w teatrze, o czym nieraz się przekonałem, decydująca bywa komunikatywność”. W umieszczonej zamiast posłowia rozmowie z Agatą Bielik-Robson szczegółowiej wyjaśnia przyczyny swojej fascynacji tą sztuką. Wspólnie zastanawiają się nad szekspirowskim rozumieniem Losu, porównując je z ujęciem Sofoklesa w „Królu Edypie”. „Los zdegradowany, uosobiony w »demonach pomniejszych«, którymi są wiedźmy – mówi Libera – to nic innego, jak konsekwencja emancypacji Rozumu, efekt triumfu świadomości scjentystycznej, bękart sfetyszyzowanego Ratio”. Wprowadzeniem do całości jest proza Sławomira Mrożka – przewrotna i pesymistyczna wariacja na ten sam wielki szekspirowski temat. (Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2002, s. 192.)
MIEJSCE ROGOWE
Zbigniew Mentzel: NIEBEZPIECZNE NARZĘDZIE W USTACH – „To, co raz zostało zobaczone, już nigdy nie może powrócić do chaosu” – motto z Nabokova otwiera tę książkę, ułożoną z felietonów czy raczej próz Zbigniewa Mentzla publikowanych wcześniej w „Tygodniku”. Kiedy czytałem je z tygodnia na tydzień, uderzała mnie nie tylko precyzyjna kompozycja i celna fraza, ale też często poczucie, że obcuję z fragmentami nieznanej jeszcze całości, że jestem świadkiem rekonstrukcji, czy może raczej ocalania, czyjegoś świata. I że ta całość, ten nieznany mi na razie, choć bliski świat, zobaczony będzie równie ostro, a zarazem wrażliwie. Wrażliwie – to znaczy z wyczuleniem na szczegół, z wyczuciem jego znaczenia, z miłością do tego wszystkiego, co było jej warte. Ostro – czyli bez nieznośnego, taniego sentymentalizmu, który często wkrada się do naszych wspomnień, malując nieciekawą przeszłość na odpustowe kolorki.
Za ilustrację niech posłuży początek „Czterech pór roku”, tekstu, który zamyka pierwszą część książki. „Nadciągał listopad. Ostatni balkon oberwał się z kamienicy naprzeciwko. Matka kupowała lampki na groby naszych zmarłych. Ogłoszono zmianę czasu. Dziadek cofnął wskazówki zegara o godzinę. Spadł pierwszy śnieg, co kompletnie zaskoczyło Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania. Poczta wypuściła serię znaczków »Przyjaźń polsko-chińska«. Chwycił mróz. Pomór padł na nutrie pana Wilczyńskiego. W domu było zimno jak w psiarni. Przyszedł zdun, wziął zaliczkę i poszedł ją przepić. Moja siostra uczyła się esperanto. Zachorowałem na grypę, wyzdrowiałem i zachorowałem znowu. Zbudowano tysiąc szkół na Tysiąclecie, a Staś Zmorski nadal nie oddawał pamiętnika, do którego wczesną wiosną obiecał mi się wpisać”. Realia, w których został osadzony ten obrazek z dzieciństwa, choć oszczędne, pozwalają bez trudu umieścić go w „określonej epoce” i określić nawet dokładną datę. Gdy jednak przeczytamy „Cztery pory roku” do końca, okaże się, że – podobnie jak w innych tekstach składających się na dwie pierwsze części książki, „Ścianę w pokoju matki” i „Plan Warszawy” – portret owej epoki, czyli Peerelu, trafny i wyrazisty, pozostanie w tle, na pierwszy zaś plan wysuną się dziecięce czy młodzieńcze inicjacje narratora. W tym przypadku będzie to zdumiewająco głębokie w swej prostocie przesłanie, jakie w pamiętniku przekaże mu w końcu Staś Zmorski...
To pierwsza warstwa „Niebezpiecznego narzędzia...”: ewokacja przeszłości, uważne spojrzenie ocalające ją z chaosu, autobiograficzna opowieść, w której obok rodziców narratora pojawiają się: jego dziadek, właściciel scyzoryka kryjącego nie rozwiązaną do dziś zagadkę, wujek Jaś, konstruujący dla siostrzeńca tramwaj – prezent dla dzieci kubańskich, Ta Panna, czyli upiorna sublokatorka torturująca wszystkich wciąż tą samą zdartą płytą zespołu „Mazowsze”. Jeśli sięgamy po pióro, mamy obowiązek, zdaje się mówić Mentzel, umiejętnie spożytkować doświadczenie, jakie nam właśnie zostało dane. Pisząc o autobiograficznej książce Jerzego Górzańskiego, przytacza za nim zdanie Chandlera: „Kogo to obchodzi, jak pisarz dostał swój pierwszy rower?” i komentuje: „Jak na umysł, w którym zrodził się detektyw Marlowe – refleksja mało przytomna. (...) Pierwszy rower. Pierwszy zegarek. Pierwsza wędka. Pierwsza futbolówka... Wielkie tematy dla pisarza”. Po czym dodaje: „Nie dla każdego pisarza, oczywiście”.
W części trzeciej górę bierze ton polemiczny, a głównym przedmiotem sporu będzie właśnie obraz peerelowskiej przeszłości, ale także, szerzej, rozmaite objawy fałszu i agresji w obszarze słowa. Jak w historyjce, która dała tytuł książce – bo „niebezpieczne narzędzie w ustach” to oczywiście język. Część czwarta, także nie pozbawiona akcentów polemicznych, skupia się wokół pytania o miejsce literatury czy w ogóle działań twórczych w świecie współczesnym, o ich głębszy sens, nad którym rzadko się dziś zatrzymujemy. Temu służy przypomnienie zmarłego w wieku 21 lat uzdolnionego krytyka Ryszarda Zengla, namysł nad spuścizną intelektualną Konstantego Puzyny w dziesięciolecie jego śmierci, a także pełen zachwytu szkic o tomie Różewicza „Matka odchodzi” czy obszerna recenzja z powieści Pilcha „Tysiąc spokojnych miast”.
W ostatniej zaś części powracamy do opowieści, której lekturę na chwilę przerwaliśmy, tyle że wraz z jej narratorem przenosimy się do współczesności. Mamy już styczeń roku dwutysięcznego, pociąg InterCity „Kaszub” wiezie nas do Krakowa. Zajrzymy do redakcji „Tygodnika Powszechnego” i do antykwariatu przy Świętego Tomasza, gdzie będziemy świadkami niezwykłej sceny: potomek rodu Branickich odbierze młodemu osiłkowi przyniesione przezeń do sprzedaży starodruki, skradzione wcześniej z przechowywanych w Jagiellonce zbiorów Biblioteki Pruskiej.
„Pociąg »Panorama«, objęty całkowitą rezerwacją miejsc, wjeżdża na tor drugi przy peronie trzecim. Wsiadam do wagonu. Bagaż jak zwykle mam za ciężki. Papier waży”. Podróż i książka, dwie metafory rządzące światem tej prozy, stanowią znak dystansu, bez którego nie zdołamy niczego zobaczyć naprawdę, bez którego niemożliwy jest jakikolwiek ład. Trzeba, jak narrator podczas kolejnej podróży, tym razem do Wrocławia, zająć „miejsce rogowe” i z niego uważnie obserwować nasz mikrokosmos, choćby to były tylko „dwie dziewczyny, z których każda całą sobą wczuwa się w rolę bizneswoman, i myśliwy w tyrolskim stroju z twarzą purpurową od nadmiaru emocji”. Nie wolno dać się zamknąć w „Ekspresie Literackim” (pomysł skądinąd autentyczny), w którym „stu pisarzy bacznie obserwuje rzeczywistość, aby jej literacki wizerunek kolektywnie wykreować w monumentalnym dziele”. Pokusy tego rodzaju są jednak Zbigniewowi Mentzlowi na szczęście obce... (Wydawnictwo słowo / obraz terytoria, Gdańsk 2001, s. 166.)
|