Komentarze
Janusz A. Majcherek Podatki i mieszkania
Wojciech Pięciak Domino, czyli
Unia mniej czerwona
Podatki i mieszkania
Udało się zakończyć negocjacje z Unią Europejską w dwóch równie ważnych,
co trudnych dziedzinach: przepływach kapitału oraz podatkach. W pierwszym obszarze tematycznym najwięcej kontrowersji budziła sprzedaż ziemi cudzoziemcom, na co Polska uzyskała wyjątkowo długi okres przejściowych ograniczeń, oceniany powszechnie jako sukces. W kwestii podatków szczególnie bulwersująca okazała się natomiast 22-procentowa stawka VAT w budownictwie, którą Polska sama sobie narzuciła w stanowisku negocjacyjnym i nie była w stanie go już zmienić. To tym bardziej zdumiewające, że osiągnięto zgodę na okresy przejściowe we wprowadzaniu wyznaczonego przez Unię Europejską poziomu VAT w gastronomii oraz akcyzy na wyroby tytoniowe. Można by więc złośliwie zauważyć, że polskie władze bardziej zatroszczyły się o bywalców restauracji i palaczy, niż o potrzebujących mieszkań.
Obecny rząd tradycyjnie zrzuca odpowiedzialność na poprzedników. Faktycznie, 22 proc. VAT w budownictwie został zdeklarowany w okresie przygotowywania kompleksowej reformy systemu podatkowego, przewidującej ujednolicenie wszystkich stawek w tej właśnie wysokości. Reformę udaremnił wetem prezydent, ale ujednolicona stawka VAT pozostała w stanowisku negocjacyjnym. Utyskiwanie, że doprowadzi to do załamania budownictwa, jest jednak nie w pełni uzasadnione. Mieszkań buduje się w Polsce za mało nie tyle z powodu obciążeń podatkowych, co barier
administracyjno-prawnych. Wśród nich poczesne miejsce zajmuje kuriozalna ustawa o ochronie lokatorów, w praktyce czyniąca całkowicie nieopłacalnym legalne wynajmowanie mieszkań, a więc także ich budowanie z takim przeznaczeniem. Wielkie problemy stwarza uzyskiwanie pozwoleń na budowę, niedorozwój infrastruktury i uzbrojenia terenów, zbył łatwe możliwości oprotestowywania lokalizacji przez osoby postronne, nieuregulowane stosunki własnościowe, ograniczenie praw własności w prywatnych budynkach, nie przeprowadzona reprywatyzacja...
Podobnie jak w całej gospodarce, także w budownictwie mieszkaniowym do ożywienia inwestycji potrzebne jest głębokie zreformowanie i zrestrukturyzowanie, likwidujące te bariery, ograniczenia i utrudnienia. Unia Europejska ani nie rozwiąże za nas naszych problemów, ani nam nie przeszkodzi w ich rozwiązaniu, jeśli sami się na to zdobędziemy.
Janusz A. Majcherek
Domino, czyli Unia mniej czerwona
Nie ma już w Europie prawdziwej lewicy. Tak twierdzą niektórzy. Ostatni
epigon socjalizmu miał pożegnać się z polityką w 1999 r.; był nim lider niemieckiej SPD Oskar Lafontaine (ksywa
„Internacjonalista”). „Serce bije po lewej stronie” – taki tytuł nosiła książka Lafontaine’a, który ostentacyjnie odrzucił wszelkie godności, gdy lewicowy rząd Niemiec (w którym był ministrem finansów) postawił na drastyczne cięcia w wydatkach. Ale że
„kolory” partyjne okazały się trwalsze od idei w latach 90. – kiedy zachodnia lewica postanowiła szukać
„trzeciej drogi” (tak głosił manifest Blaira i Schrödera z 1999 r.) między
„neoliberalizmem” a socjalistyczną utopią – więc kilka lat temu mówiło się, że Unia Europejska jest czerwona. Bo o ile pod koniec lat 80. siedmiu z 12 szefów rządów pochodziło z prawicy, to w 1998 r. już 10 na 15 premierów w UE było czerwonych. Jesienią 1998 r.
„Le Monde” zachwycał się, że pochód lewicy przez Europę to
„wyraz nadziei, która musi doprowadzić do socjalnego kompromisu z gospodarką rynkową”; niemiecki
„Die Zeit” diagnozował, że czerwone rządy w Paryżu i Bonn wystąpią wspólnie
„przeciw fetyszystom stabilności” (język jakby znany...).
Dziś po euforii zostało niewiele, a Unia jest coraz mniej czerwona: kilka dni temu lewica musiała oddać władzę w Portugalii. Przedtem podobny los spotkał lewicowe rządy Austrii (1999), Włoch (2000) i Danii (2001), a w tym roku czeka – jeśli potwierdzą się sondaże – rządy Francji, Niemczech i Szwecji. Ale czy znaczy to, że – jak pisał po portugalskich wyborach pewien (lewicowy) komentator –
„w gospodarczo trudnych czasach ludzie stawiają na stosowaną przez prawicę końską kurację, a nie na lewicowe reformy, dozowane w socjalnie akceptowalnych, homeopatycznych dawkach”? Niekoniecznie.
„Kolory” mylą: zachodnia lewica nie jest jednolita i gdy holenderscy socjaldemokraci wprowadzali reformy liberalne, Francją rządził
„front ludowy” z udziałem komunistów (nie odpępowionych od Lenina), a niemiecka SPD najpierw cofnęła liberalne zmiany Kohla, by potem forsować reformy idące jeszcze dalej (choć z kiepskim skutkiem). Poza tym po 1989 r. widać, że czas polityki klasycznie
„lewicowej” czy „prawicowej” to przeszłość; tym bardziej, że ostatnio cała Unia musiała zaciskać pasa przed wejściem euro.
Ale ponieważ jest faktem, że kolejne lewicowe rządy w Unii padają jak kostki domina, politolodzy podają dwa sprzeczne objaśnienia: jedni twierdzą, że lewica przegrywa, bo była zbyt wierna ideom i szukając
„trzeciej drogi” za bardzo chciała godzić modernizację gospodarki z hasłem sprawiedliwości społecznej. Inni odwrotnie: sądzą, że lewica stała się bezideowa, pragmatyczna. Bezsporne jest, że dziś głównym wyzwaniem – obok poszerzenia Unii – jest bezrobocie i pytanie o model modernizacji. Tutaj polityka lewicy niewiele dała, za to w Hiszpanii prawicowy rząd zmniejszył o połowę bezrobocie wyższe kiedyś od polskiego. Nic dziwnego, że rządy Włoch i Danii próbują dziś naśladować Aznara, oszczędzając i liberalizując prawo pracy, przy oporze związkowców (i nie tylko: zabity przez
„Czerwone Brygady” doradca Berlusconiego był autorem projektu liberalizacji).
Co z tego wynika dla Polski? Obok lekcji ekonomicznej także to, że SLD znajdzie się wkrótce w sytuacji podobnej jak rząd AWS, któremu
„kolory” przeszkadzały w porozumiewaniu się z lewicowymi rządami Zachodu, np. Niemiec. Czy teraz będzie inaczej?
Wojciech Pięciak
|