Votum separatum

Zachwyt czy współczucie?

JÓZEFA HENNELOWA

 

Czytam w jednym z ostatnich biuletynów Katolickiej Agencji Informacyjnej: „W kręgach franciszkańskich mówi się coraz głośniej o liturgicznym Święcie Stworzenia. Taką informację potwierdziła Komisja do spraw Sprawiedliwości, Pokoju i Ochrony Stworzenia Europy Wschodniej, obradująca w tych dniach w Lublinie”. Dodajmy, Komisja franciszkańska, stanowiąca tylko część ciała obejmującego inne tereny świata.
Sięgam po tom esejów Antoniego Gołubiewa „Poszukiwania”, wydany czterdzieści parę lat temu przez Znak. Esej „Święto stworzenia świata”, tam zamieszczony, ukazał się jeszcze wcześniej jako wstępniak w „Tygodniku”. Pamiętam, jakie echo wywołał. Pisarz zadawał pytanie, dlaczego rok liturgiczny Kościoła, mający ukazywać całą drogę człowieka do Boga w corocznym sakralnym rytmie, zaczyna się od ewangelicznej wizji końca świata i sądu, a nie od stworzenia świata i człowieka, dzieła, „o którym Bóg wiedział, że jest dobre”. I domaga się święta „dziękczynienia za ziemię i niebo”, które byłoby także świętem istnienia świata, utrzymywanego nieustannie Bożą myślą i wolą, „świętem naszego początku i trwania”. Corocznej tajemnicy historii zbawienia, odtwarzanej przez Kościół w liturgii, przydany byłby wówczas początek nadający ostateczny sens i konsekwencję tak ujętym dziejom człowieka.
Antoni Gołubiew nie doczekał dalszego ciągu swoich wizji. W tym roku miną dwadzieścia trzy lata od jego śmierci. A teraz okazuje się, że ta sama idea wzbiera w kręgach szczególnie przecież, jak franciszkańskie, powołanych do zajmowania się Bożym dziełem w jego wszelakim kształcie materialnym. Wdzięczność za dzieło stworzenia wyraża już wiele wyznań chrześcijańskich w różnych obchodach. Osobne Święto Stworzenia to nie byłoby jakieś kryptopogańskie święto „ku czci przyrody czy stworzeń” – uspokaja o. Napiórkowski, franciszkanin. Chodzi o wyrażenie wdzięczności Bogu za akt stwórczy. I chodzi także o refleksję nad wszystkimi zagrożeniami dla stworzonego świata. Dlatego tak bliskie duchowi franciszkańskiemu jest zaangażowanie ekologiczne w najróżniejszych postaciach. Myślę jednak, że nie o sam ruch ekologiczny tu chodzi – do dziś dnia traktowany trochę jako rodzaj jeśli już nie dziwactwa, to nieszkodliwego hobby, zresztą zawsze poddany niebezpieczeństwu wyradzania się w fanatyzm i także pokusie sięgania po środki drastyczne, mniej z troską o dobre owoce, więcej z chęcią dokuczenia wszystkim stanowiącym zdaniem obrońców przyrody zagrożenie dla przedmiotu ich trosk.
Kiedy wyłaniał się świat, tak jak czytamy w wizjach biblijnych, wydaje się jakby sam Stwórca doznawał czegoś jak podziw czy zachwyt. „I widział Bóg, że było dobre”. Piękniejsze nad wszelkie spodziewanie, źródło oczarowania, wstrząsająca wspaniałość nie tylko piękna, potęgi czy czaru, ale także mądrości praw przyrody, tajemnicy budowy materii, niesłychanej precyzji funkcjonowania organizmów – wszystkiego, co w stworzonym świecie nie uległo potem zakłóceniu czy katastrofie. To jest ten zachwyt, który do dziś dnia stoi otworem przed każdym badaczem, każdym podróżnikiem, każdym, kto przyrodę, stworzenie, świat zauważa i poważa bardziej niż własny bezpośredni interes. Wszyscy oni przyjęliby takie nowe święto jako sprawę najbardziej zrozumiałą i oczywistą – byłoby to święto ich własnego zachwytu i wdzięczności.
Byłoby to jednak równocześnie święto współczucia. Kto wie, czy nie bardziej jeszcze współczucia niż zachwytu? Bo wtedy obejmowałoby także to wszystko, co przez człowieka jest marnowane, niszczone, degradowane. Wszystko, co bezmyślnie albo z zawziętością poddane jest destrukcji w imię doraźnych interesów. Wszystko, co w stworzonym świecie zagrożone jest wyrodzeniem się albo zniknięciem. Mechanizm współczucia jest zresztą jednym z najpotrzebniejszych mechanizmów współczesności, chyba jedną z najbardziej palących potrzeb i jednym ze zjawisk budzących najwięcej nadziei. To dotyczy przede wszystkim świata ludzkiego. Ale w stosunku człowieka do przyrody także okazuje się coraz bardziej niezbędne. Bowiem nasz zachwyt stosujemy selektywnie: wystarczy nam zabezpieczenie sobie enklawy niedostępnej zagrożeniu przez innych, a wtedy można nie dbać o resztę, a nawet narażać ją na zniszczenie – świadomie i nieświadomie. Można również ogłosić bezradność wobec nieubłaganych mechanizmów, kiedy nędza, klimat albo sama ludzka masa stają się siłą niosącą zniszczenie: bo jeśli tysiąc ludzi musi się napić z rzeczułki wystarczającej na napojenie setki – nie ma co mówić o ochronie przyrody.
Ale współczucie pozostanie i wtedy. Jego źródłem jest przecież ta największa tajemnica, której poświęcona jest Wielkanoc. Świat najpierw został stworzony, potem poddany winie i złu, ale ostatecznie odkupiony cały, z wszystkimi ludźmi zaludniającymi go od początku po dzień ostatni, i także ze wszystkim, co stworzone. W wizji Apokalipsy miejsce jest nie tylko na nowego człowieka, ale także na „nową ziemię i nowe niebo”. Wtedy już nie trzeba będzie współczucia, zachwyt wystarczy.


Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl